Trener rewelacji Ekstraklasy: trudno mi wyobrazić sobie sytuację, jak w Widzewie
- Bardzo trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której przychodzi właściciel i mi powie: OK, dostaniesz w przyszłym sezonie stówę - cokolwiek ta stówa ma znaczyć, nie mówimy o walucie. Chodzi o to, że dziś mam - nie wiem - trzydzieści, a on mówi, że będzie stówa. Ja bym nie miał pomysłu, jak to wydać - mówi w rozmowie z Interią Rafał Górak, trener GKS Katowice, który właśnie wyrzucił "milionerów" z Widzewa z Pucharu Polski.

Z Rafałem Górakiem rozmawiamy o jego drodze do "perfekcji", poglądach na pieniądze spływające do Ekstraklasy i powołaniu do reprezentacji Polski dla Bartosza Nowaka.
Rafał Górak: dziś się czerwienię na swoje zachowania z przeszłości
Przemysław Langier (Interia Sport): Jest taki mem, gdzie kilku ludzi jest w barze. Wszyscy wokół się biją, a jedna osoba spokojnie siedzi i sobie je. Mam wyobrażenie, że to pan. Widzew, Legia, wcześniej Pogoń - wszędzie pożar, a GKS mecz po meczu do przodu.
Rafał Górak (trener GKS Katowice): - Aż tak łatwo to nie ma. Liga w tym sezonie to pełny rollercoaster. Ale faktycznie staram się zachować w tym wszystkim spokój - pewnie dlatego, że jestem już dojrzalszym człowiekiem. Sporo indywidualnej pracy za mną pod tym względem, bo obiecałem sobie, że muszę dawać drużynie dobry przykład. Wydaje mi się, że oni idą za tym i doceniają, że nie jestem awanturnikiem i rozumiem to, jak działa sport.
Czyli zmienił się pan na przestrzeni lat? Rafał Górak z 1. ligi to był trener-furiat?
- Zależy, który okres mojej pracy w GKS weźmiemy na tapet. Wydaje mi się, że w latach 2011-13 i teraz możemy mówić o dwóch różnych osobach. Jak to się mówi w piłce: wyciągnąłem wnioski. Zresztą mam taki charakter, że staram się zawsze zacząć od siebie. Generalnie my trenerzy powinniśmy brać bardzo mocną odpowiedzialność za to, kim jesteśmy, i jak zachowujemy się wobec drużyny czy organizacji. Kiedyś tego nie rozumiałem. Byłem bardzo impulsywny, traktowałem sytuacje z piłkarzami i nie tylko zero-jedynkowo.
Co pan robił z tymi biednymi piłkarzami? Ma pan jakąś konkretną sytuację, o której dziś myśli, że panu wstyd?
- Serio chce pan to słyszeć?
Inaczej bym nie pytał.
- Zdarzyło się, że jeden z moich piłkarzy coś zawalił w pierwszej połowie. Dziś w szatni wytłumaczyłbym zawodnikom na tablicy, jak takich błędów unikać, a wtedy… tablica leciała przez całą szatnię. Gdy dziś próbuję sobie wyobrazić samego siebie tak reagującego na błąd swoich piłkarzy, momentalnie robię się czerwony, a ciśnienie mi skacze - ze złości na samego siebie.
Zerka pan częściej w przeszłość? Zastanawia się, co by było, gdyby w sezonie, w którym awansowaliście do Ekstraklasy, ale zimą byliście daleko z tyłu, władze w klubie uznały, że czas na zmianę? Pana świat byłby inny.
- Nie. Życie ułożyłoby się po prostu inaczej i nic byśmy w tym temacie nie zrobili. Natomiast mam wielką radość, że ta historia tak się ułożyła i dalej trwa, bo jest to historia, którą po latach warto będzie w całości opowiedzieć.
Teraz ma pan w klubie już taką pozycję, że zimując w strefie spadkowej, nikt nawet nie pisnął choćby półsłówka o wątpliwościach w kwestii pana przyszłości. Zna pan ligowe realia i wie, że trudno o większe uznanie.
- W Katowicach przeszliśmy dużo i wydaje mi się, że w nauczyliśmy się, co to znaczy słowo cierpliwość, ale tak naprawdę, tak encyklopedycznie. To jest nasz ogromny atut, który daje wielką siłę. Mądrość zarządu, właściciela, dyrektora - ludzi, którzy są nade mną - jest tutaj kluczowa. Faktycznie nie czułem teraz unoszącego się topora w momentach, kiedy znaleźliśmy się pod kreską. Punktowo nie było fatalnie, było całkiem przyzwoicie, progres notowała drużyna jeśli chodzi o sama grę i pewnie też dlatego nie było ani paniki, ani choćby nerwowej atmosfery.
Dobry sztab jest ważniejszy od wydawania milionów
Krótkoterminowo GKS jest w stanie wygrać z każdym, a w dłuższej perspektywie? Nie boi się pan rozwarstwienia ligi na bogatszych i tych, których nie stać na wyścig zbrojeń?
- Sam jestem ciekaw, jak będą wyczuwalne różnice budżetowe w naszej Ekstraklasie. My nie jesteśmy w gronie mocarzy pod tym względem i w teorii nie powinniśmy mieć podejścia do drużyn, które są krezusami o wiele wyższych możliwościach finansowych. GKS jest dziś klubem miejskim, ale po rozmowach z właścicielami wiem, że kwestia rozwoju przed nami jest bardzo wymagająca dla nas wszystkich.
Jednocześnie właśnie wyrzuciliście z Pucharu Polski Widzew. To dobry punkt odniesienia, by spytać, jak wiele można nadrobić sztabem szkoleniowym? Pozwolę sobie na własny wtręt: sztabem można nadrobić 20 mln euro wydane na transfery.
- Kwestia doboru ludzi i później pracy całego sztabu może dać wielką przewagę nad przeciwnikiem. Tak wielką, że nie jest się wstanie zastąpić jej tylko finansami. Nie ma szans, by sama jakość piłkarzy, ale bez odpowiedniej pracy nad nimi, była w stanie się obronić. Nie ma szans, by stało się to, gdy nie mają oni jednego szefa, jednego kierunku i wizji, że warto w komplecie podążać za kimś , który wyznacza drogę. Brak tego, o czym mówię, zawsze odbija się na zespole. Gdyby wokół mnie znalazła się choć jedna osoba, która nie pchałaby wózka w tym samym kierunku, byłoby ciężko. Dlatego tak bardzo pieczołowicie dobieram ludzi, którzy ze mną współpracują. Mam potem do nich totalne zaufanie, a jednocześnie jestem bardzo wymagający.
To naturalne. Pierwszy trener musi być szefem.
- Tak, ale ważne, by nim być w każdym momencie. Nie tylko, gdy wygrywamy - to by było zbyt banalne . Byłoby to najłatwiejszą robotą na świecie. Problem w tym, że w piłce wygrywa się rzadko. Porażki przychodzą częściej i wtedy rolą szefa jest wzięcie odpowiedzialności - trzeba stanąć przed wszystkimi i powiedzieć: tak, biorę odpowiedzialność. A mnie się wydaje, że sztaby bardzo często są rozchwiane.
Pieniądze płyną do Ekstraklasy. Co z nimi robić?
Nie jest czasem tak, że praca w średniaku budżetowym - jak to pan nazwał - jest dla trenera wygodniejsza, niż w klubie bez ograniczeń finansowych? Zacząłem od mema, na którym mógłby pan być uosobieniem spokoju, ale umiem sobie wyobrazić, że trafia pan do Widzewa i spokój się nagle kończy. Zaczyna się jazda bez trzymanki.
- Bardzo trudno mi powiedzieć, co by było, gdybym trafił do Widzewa. W GKS-ie jest tak, że pracujemy na określonym budżecie i liczymy każdą złotówkę. Proszę zwrócić uwagę, że jestem tu siódmy rok i nigdy w tym okresie nie było choćby minimalnego zadłużenia. Dyscyplinę finansową traktuję jako atut, a nie ograniczenie. Człowiek czuje odpowiedzialność za to, co mamy i jak to wydajemy. Wydaje mi się, że ludzie to doceniają, skoro pozwalają nam robić w Katowicach piłkę na takim poziomie. A co do Widzewa… Bardzo trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której przychodzi właściciel i mi powie: OK, dostaniesz w przyszłym sezonie stówę - cokolwiek ta stówa ma znaczyć, nie mówimy o walucie. Chodzi o to, że dziś mam - nie wiem - trzydzieści, a on mówi, że będzie stówa. Od czego miałbym zacząć?
Piłkarza by sobie pan kupił.
- Ja nie wierzę w bajki, że przychodzi zawodnik z drugiego końca świata i on będzie zbawcą mojej drużyny. Ja pracuję z zespołem trochę inaczej. Inny jest mój punkt widzenia na piłkę i tyle. Jednocześnie jestem wielkim orędownikiem zwiększenia standardów - doprowadzenia do tego, aby było coraz lepiej. W Katowicach wybudowano nowy stadion, co było możliwe dzięki ogromnemu finansowaniu ze strony miasta. Ja mogę tę kwotę doliczyć do budżetu i traktować ją jako podwyższenie standardu dla zespołu. Może to staroświeckie myślenie, może nie wpisujące się w trend wyścigu zbrojeń, ale ja je lubię.
Spokojnie, wciąż w Polsce są kluby, które też je lubią.
- Gdybym dostał nieograniczone środki, to na pewno chciałbym być strategicznie przygotowany do ich wydawania.
Pieniądze w Ekstraklasie będą się zwiększać - choćby z racji pewności gry w europejskich pucharach oraz tego, że łapać się będzie pięć drużyn, nie cztery. Myśli pan, że jako liga będziemy gotowi do wydawania ich sensownie?
- Wie pan, czego bym sobie życzył? By te pieniądze w jakiejś wymiernej kwocie krążyły po Ekstraklasie. To w pewnym sensie gospodarność, z której możemy mieć wiele dobrego. By klub umiał pozyskać dobrego piłkarza z innego klubu w naszej lidze i jednocześnie proponował takie kwoty, jakie proponuje się za piłkarza z innego kraju, który podobno jest dobry. Ale dlaczego nie szukać tutaj? Dlaczego nie brać naszego dobrego ligowca? Dlaczego nie wzmocnić finansowo w ten sposób innej drużyny Ekstraklasy, by ta się rozwijała i podnosiła poziom ligi, na czym każdy skorzysta? Nasycenie wewnętrznego rynku to model, do którego powinniśmy dążyć. Patrzę dziś na ligę czeską - bardzo mocną pod kątem rynku wewnętrznego. Czy ktoś tam na tym stracił?
To, o czym pan mówi, już się zmienia. Pięć lat temu faktycznie nie istniało.
- Cieszy mnie ta zmiana. I nie jestem tutaj hipokrytą, bo odszedł od nas jakiś czas temu Oskar Repka, do Rakowa. Powiem panu szczerze - ja taki transfer bardzo fajnie odbieram. Wiadomo, że jako trener miałem do niego trochę zastrzeżeń, bo nie był zrobiony tak, jak bym chciał, ale z drugiej strony jestem pełen zadowolenia z tego, że nasz najlepszy zawodnik został właśnie w Ekstraklasie.
A sami zimą odwiedziliście z portfelem Piasta Gliwice. Jest jakiś ruch w interesie.
- Ale ten portfel mieliśmy uzupełniony właśnie dlatego, że sprzedaliśmy Oskara. To zdrowy model. Trzymam kciuki, by się rozwijał i szedł w parze z tymi pieniędzmi spływającymi do ligi.
Wreszcie realne marzenia, a nie fantazje
Wracając do GKS-u, mam wrażenie, że jedziecie aktualnie na fali entuzjazmu. Dobre wyniki w lidze, półfinał Pucharu Polski… Fala entuzjazmu jest bardziej fajna, bo można na niej płynąć przez dłuższy czas, czy bardziej niebezpieczna? O zmianie narracji w tym sezonie decydują trzy kolejki.
- Przestrzegam i właściwie każdy poranek rozpoczynamy od narady ze sztabem, podczas której mówimy sobie, w jakim jesteśmy momencie i że właśnie teraz my, jako sztab, musimy być najbardziej wydajni, najbardziej pracowici, najbardziej czujni i być może nawet najbardziej niespokojni, bo wiadomo, że jak nie idzie i nie ma wyniku, to wtedy momentalnie wkrada się niepokój. Wszyscy bardzo dużo mówią, wszyscy chcą mieć jakiś pomysł. A dla mnie właśnie najważniejszym momentem w zarządzaniu moją drużyną, moim sztabem jest moment, kiedy jest dobrze. Trzeba go pilnować, a popadnięcie w samo zachwyt sprawi, że ten dobry moment zgubimy.
A da się w piłce dojść do perfekcji? Perfekcji rozumianej jako osiągnięcie poprzeczki - najwyższego możliwego pułapu w określonym środowisku i przy określonych możliwościach. Pytam konkretnie - czy GKS jest aktualnie perfekcyjny w tym rozumieniu tego słowa?
- Świetne pytanie, naprawdę. Naprawdę gratuluję takiego spojrzenia na piłkę w ogóle i na to, co się dzieje w polskiej Ekstraklasie. Wydaje mi się, że my na bardzo wysokim procencie wykorzystujemy potencjał, który mamy. Ale to nie jest max. Ja obiecywałem sobie bardzo dużo od momentu, kiedy wejdziemy na Nową Bukową i w niej zamieszkamy. Zastanawiałem się, ile to da mojej drużynie w kwestii mentalnej. Dało dużo - być może to jest ten jeden punkt, który da nam miejsce w Ekstraklasie na kolejny sezon. Gdy dziś patrzę na chłopaków i sztab, to każdy docenia miejsce, w którym jesteśmy. Zmiana domu sprawiła, że zyskaliśmy ogromne flow.
Czego zatem brakuje do perfekcji?
- Nie wiem. Po prostu mam podejście, że nie ma rzeczy niemożliwych. Że gdy doskakujesz do poprzeczki, która wyznacza twoje maksimum, to się okazuje, że można ją podnieść jeszcze trochę wyżej. W pracy nie można się ograniczać. Weźmy Puchar Polski - gdzie ja w niedalekiej przeszłości bym w ogóle mógł przypuszczać, że zaraz zagramy o finał na Narodowym? Niedawno mogłoby mi się wydawać, że półfinał to jakiś szczyt. Dziś jesteśmy w półfinale i co? Mam powiedzieć: dobrze, fajnie, wystarczy? No nie, jest kolejne wyzwanie.
Puchar Polski to największe marzenie?
- Jedno z największych. Nie spodziewałem się, że dojdę do takiego momentu, że będę mógł o tym racjonalnie marzyć. Bo ja lubię marzyć racjonalnie, a to marzenie takim jest. To już nie fantazja. Gdy spadliśmy na trzeci poziom rozrywkowy w Polsce, to nie marzyłem o Pucharze Polski - wtedy byłaby to fantazja. Ale dziś? Już marzę. Racjonalnie.
Dobiera pan marzenia do chwili.
- Tak. Kilka lat temu marzyłem, żeby klub wstał ze zgliszcz. Żeby ludzie przychodzili do pracy z uśmiechem na twarzy.a kibice wypełniali trybuny. A było bardzo źle. To była poprzeczka. Przesunęliśmy ją do miejsca, w którym możemy myśleć o czymś wielkim.
Co z powołaniem dla Bartosza Nowaka?
A jak patrzy pan w oczy Bartka Nowaka, widzi pan tam marzenie o reprezentacji Polski?
- Ja widzę wielką pracę, jaką wykonał, by móc marzyć. Znam go doskonale. Widział pan, jak wykonał swój rzut karny z Widzewem?
Oczywiście. Z miejsca pomyślałem, że gdyby nie miał takiego sezonu, to nie zdecydowałby się na taki strzał. Bo taki strzał pokazuje czasem więcej, niż jakieś pojedyncze zagranie w meczu.
- Prawda? Też to tak odbieram. To nie było ani zuchwałe, ani przekombinowane. Powiem szczerze, że widziałem na treningu z 50 karnych wykonywanych przez niego i nigdy nie zdecydował się na takie uderzenie. To dowód, w jakiej Bartek jest dyspozycji psychicznej, fizycznej i mentalnej. To jest kawał dojrzałego mężczyzny.










