Tomasz Rząsa ujawnia, od czego zależy przyszłość Nielsa Frederiksena w Lechu
- Twardo stąpamy po ziemi. Swoimi ruchami staraliśmy się minimalizować ryzyko osiągnięcia niezadowalających wyników - mówi w rozmowie z Interią Tomasz Rząsa, dyrektor sportowy Lecha Poznań.

Wywiad został przeprowadzony 11 września
Z Tomaszem Rząsą rozmawiamy o rekordowym oknie transferowym, o kulisach sprowadzenia nowych piłkarzy do klubu i o odejściach innych, o przyszłości trenera i całego projektu, jakim jest Lech Poznań.
Finanse muszą się zgadzać
Przemysław Langier (Interia Sport): Gdyby Tomasz Rząsa usłyszał dwa lata temu, że latem 2025 będzie miał do wydania 8 mln euro, co by pomyślał?
Tomasz Rząsa (dyrektor sportowy Lecha Poznań): Trudno powiedzieć, bo dynamika każdego okienka jest inna. W tym po prostu wiedzieliśmy, że chcemy wydać sporo pieniędzy, byliśmy gotowi na nasz rekord transferowy, natomiast liczba zaplanowanych transferów nie była aż tak duża, jaką wykonaliśmy. Do planów na wysokim i średnim priorytecie, doszły transfery, które pozwalały nam zabezpieczyć poszczególne pozycje w kontekście problemów zdrowotnych, które się pojawiły. Konieczność reakcji sporo nas kosztowała, jeśli chodzi o finanse.
Ale patrząc nawet tylko na te planowe wydatki, nie przypominaliście siebie z przeszłości.
- Nasza polityka transferowa od kilku okienek jest taka sama, a co sezon znajdujemy się wśród klubów, które wydają najwięcej, więc to okienko nie było niczym wyjątkowym. Owszem, jest ono dla nas rekordowe, ale od początku priorytetowe dla nas pozycje to był napastnik, dziesiątka i skrzydłowy. Mówimy o samych ofensywnych zawodnikach, z jakością, a tacy kosztują najwięcej, z czego zdajemy sobie sprawę. Nie chodziło tylko o uzupełnienie składu - wystarczy tutaj spojrzeć na napastnika. Chcieliśmy kogoś do rywalizacji z Mikaelem Ishakiem na już. Yannick Agnero jest w tym momencie w stanie to zrobić, a do tego wciąż ma duże możliwości rozwoju.
Jakościowi zawodnicy do ofensywy są potrzebni co okienko, ale to teraz znalazły się tak duże pieniądze. Przebieg okna transferowego w lidze w jakiejś części pokazał wam, że trzeba wydawać, by nie zostać z tyłu?
- Wyjdźmy od tego, że jesteśmy bardzo zdrowo zarządzanym klubem. Nie możemy i nie chcemy wydawać ponad stan. W teorii można żyć na kredyt, ale nas to nie interesuje, a raporty finansowe pokazują, że to słuszne podejście. Skoro ostatecznie wydaliśmy rekordowe pieniądze, to oznacza, że w poprzednich latach wypracowaliśmy środki, które nam pozwoliły teraz zainwestować. Jesteśmy po mistrzostwie i po najkrótszej ścieżce do fazy ligowej europejskich pucharów, z celem, by pójść za ciosem. Zachowujemy chłodną głowę, cały czas nie wychodzimy poza dostępne ramy finansowe i po prostu wydajemy tyle, ile jesteśmy w stanie wypracować.
Gdzie jest dziś wasza granica, jeśli chodzi o zakup piłkarza? Dwa lata temu powiedziałbym, że 2 mln euro, a teraz robicie takie transfery niemal w standardzie.
- W standardzie to chyba jeszcze za wcześnie…
Gholizadeh, Walemark, Agnero - coraz więcej na tej liście.
- To ofensywni zawodnicy, a oni zawsze kosztują więcej. Ale odpowiadając na pytanie - limit na transfer przychodzący może być przesuwany i może niedługo dojdziemy na przykład do takiego za 3 mln euro, ale tutaj muszą być spełnione pewne warunki. Musimy regularnie być w TOP 3 Ekstraklasy i regularnie grać w europejskich pucharach. Jak nam się uda to przez 2-3 kolejne lata z rzędu, do tego dobrze sprzedamy naszych wychowanków, to można śmiało iść do przodu, także pod kątem kwot za piłkarzy, jakich pozyskujemy. Poza tym zupełnie inaczej wygląda robienie transferów, jeśli ma się pewność gry w fazach ligowych europejskich pucharów - tak mają dziś na przykład Czesi. Kiedy można odpaść w eliminacjach, zawsze zachowuje się ostrożność.
Wśród warunków wymieniasz sprzedaż wychowanków. Nie czujecie obaw, że dziś nie bylibyście w stanie sprzedać żadnego tak dobrze, jak kilku z przeszłości?
- Kwoty podyktowane są w dużym stopniu tym, w jaki sposób zawodnicy pokazują się w europejskich pucharach. Kwoty za Jakuba Modera czy Michała Skórasia, którzy dobrze prezentowali się w Europie, były zupełnie inne, niż gdyby tylko rywalizowali w Ekstraklasie. Jeśli nasza obecna młodzież nawiąże do takich występów, to i cena za nią wzrośnie. Mogę zdradzić, że w tym i poprzednich okienkach nie brakowało zapytań o naszych uzdolnionych graczy, ale uznawaliśmy, że jeszcze za wcześnie i dla nich na wyjazd, i dla nas na podjęcie decyzji sprzedażowej. Nie chcieliśmy się osłabiać w kontekście kolejnych celów, jakie mamy do zrealizowania.
Przy takim rozbudowaniu kadry i takich kwotach wydanych na transfery, macie wszystko dobrze policzone? Że jak sezon nie wyjdzie, to nie będzie finansowego tąpnięcia?
- Przede wszystkim głęboko wierzymy w sukces sportowy przy tej kadrze, jaką posiadamy i jaką zbudowaliśmy. Spójrz na tę kadrę, magnesów już zaczyna brakować (Tomasz Rząsa pokazuje na tablicę na ścianie, gdzie zawodnicy są poustawianiu pozycjami - na niektórych znajdują się nawet cztery nazwiska). Natomiast tak jak mówiłem wcześniej - twardo stąpamy po ziemi. Swoimi ruchami staraliśmy się minimalizować ryzyko osiągnięcia niezadowalających wyników, nawet, gdy dopadają nas kontuzje, przy jednoczesnym trzymaniu się zasad, które mają chronić nas od finansowego tąpnięcia. Chronią nas mocne fundamenty, na których stoi klub.
Porozmawiajmy o piłkarzach
Jaki jest plan na Yannicka Agnero? Z jednej strony trudno mu będzie rywalizować z Ishakiem. Z drugiej pytanie, czy łapanie zbyt małej liczby minut nie przełoży się na wolniejszy rozwój w kluczowym momencie, jeśli chodzi o wiek.
- To zawodnik, który może nawiązać rywalizację z Mikaelem Ishakiem. Wierzymy, że po okresie aklimatyzacji, może go zastąpić od pierwszego gwizdka i dawać nam jakość. Sam Mika też podkreśla, że jako starszy kolega chce wspierać swojego konkurenta, pomagać mu się rozwijać, Chcemy płynnie przechodzić do momentu, gdy Yannick przejmie rolę naszego kapitana w ataku. Ale jasne, Yannick to wciąż młody piłkarz, potrzebuje okresu na zdobywanie doświadczenia, także gry w Europie. Poza tym jest jeszcze jedna opcja - Yannick i Mika mogą zagrać razem. To nie jest tak, że nie możemy grać na dwie "dziewiątki".
Jakie ma główne zalety?
- Fizyczność, motoryka, duża siła w kontakcie, dynamika. Po Danielu Hakansie będzie drugim naszym najszybszym zawodnikiem. Posiada wysoką umiejętność dochodzenia do sytuacji podbramkowych, ale wciąż musi pracować nad regularnością finalizacji.
Za podobne pieniądze chcieliście mieć Pululu. Co zdecydowało, że stało się inaczej?
- Rozpatrywaliśmy w tym okienku wielu napastników i z kilkoma byliśmy blisko porozumienia. Miałem bodajże 5 czy 6 rozmów wideo z napastnikami, co pokazuje, że byliśmy już na zaawansowanym etapie. I Pululu był jednym z takich piłkarzy, ale żeby powiedzieć to jasno - nie było też tak, że był naszym priorytetem, po którego utracie na szybko braliśmy Agnero. To zupełnie nie tak - my po prostu prowadziliśmy równolegle rozmowy na kilku frontach i ich efektem jest to, że naszym piłkarzem został Yannick Agnero. W przypadku Pululu Jagiellonia odrzuciła wszystkie oferty, więc siłą rzeczy temat stał się nieaktualny.
Cena za Agnero podobno malała wraz z upływem okienka.
- Zgadza się. W czerwcu kwota wynosiła 5 mln euro, na początku sierpnia była już inna, by jeszcze raz się zmienić pod koniec okna. Ponieważ Halmstad potrzebował sprzedać zawodnika, a my na tym skorzystaliśmy.
Następne pytanie rodzi się więc samo. "Ucieszyły" was problemy finansowe Celticu?
- To jest dopiero początek sezonu… To, że oni teraz nie weszli do Ligi Mistrzów, nie oznacza, że na koniec sezonu będą z nami inaczej rozmawiać niż w chwili wypożyczania Luisa Palmy. Nie chciałbym tutaj rozbudzać nadziei kibiców, bo opcja wykupu niestety mocno bije nasz rekord…
Dwukrotnie?
- (śmiech) Bardzo, bardzo bije rekord.
Czyli bez żadnych szans?
- Na pewno musi być korzystny zbieg okoliczności. Tak jak było z Patrikiem Walemarkiem, kiedy Feyenoord miał zbyt dużą liczbę piłkarzy na wypożyczeniach i zależało mu na porozumieniu. Ale naprawdę, nie chcę tutaj wyprzedzać rzeczywistości. Poza tym jest tu jeszcze jedna strona negocjacji, czyli sam piłkarz. Jeszcze jego musielibyśmy przekonać. Choć tutaj akurat historię mamy bardzo dobrą, bo jest szereg piłkarzy, których udało się namówić do pozostania w klubie - Ishaka dwukrotnie, Karlstroema, Milicia, Murawskiego, czy Pereirę. Mało było takich piłkarzy, którzy chcieli odejść. Nie zawsze mogliśmy coś poradzić, jak choćby z Rebocho, któremu w Lechu bardzo się podobało, ale sam podkreślał, że potrzebuje poszukania nowych wyzwań, sprawdzenia się w innym środowisku.
Nie przekonaliście też Afonso Sousy.
- Gdy wymieniałem piłkarzy, których przekonaliśmy, mówiłem o nieco starszych zawodnikach. Tacy szukają stabilizacji. Sousa jest wciąż młody i chce robić kolejne kroki w karierze. Spędził trochę czasu u nas, miał za sobą dotychczas najlepszy sezon. Był piłkarsko i mentalnie gotowy na kolejny krok. Podobnie było z Velde rok temu.
Różne teorie pojawiły się na temat kontuzji Sousy, jego nieobecności w ostatnich meczach przed transferem…
- Faktem jest, że z boiska zszedł z kontuzją w meczu z Breidablikiem. Nie chciałbym, by brzmiało to jak usprawiedliwienie, ale coś takiego jest - gdy znajdujesz się w przededniu podpisania dużo wyższego kontraktu, niż masz w Lechu Poznań, jakkolwiek to zabrzmi trudniej jest dawać z siebie 100 procent. Jako były piłkarz jestem tego świadomy, że niektórzy to potrafią, a niektórzy mniej. Nawet taki twardziel, jak Velde, który zarzekał się, że dla Lecha w każdym momencie zostawi krew na boisku, gdy pojawiła się opcja na zmianę, to jego nastawienie się trochę zmieniło… Nie chciałbym tego oceniać jednoznacznie negatywnie, to mimo wszystko ludzkie.
Z jednej strony tak, z drugiej mówimy o wciąż obowiązującym kontrakcie.
- Pytanie, na ile sztab chce korzystać z piłkarza, który głową jest już zupełnie indziej, gdy do dyspozycji jest zawodnik, który wiąże przyszłość z klubem. To tak trochę wyglądało, że z przyczyn ludzkich Sousa nie był już gotowy na 100 proc.
Nie spóźniliście się trochę z zastępstwem za niego?
- Muszę tutaj zwrócić uwagę, że Pablo Rodriguez przyszedł do nas prawie miesiąc przed odejściem Afonso. Czyli nie robiliśmy nic na zakładkę, tylko z wyraźnym wyprzedzeniem, zabezpieczając pozycję numer dziesięć. Oczywiście nie było łatwo sfinalizować sprowadzenia zawodnika z Półwyspu Iberyjskiego, który jest w dobrym wieku, jest wychowankiem Realu Madryt i po dobrych występach we Włoszech i Hiszpanii. Negocjacje tutaj trochę trwały. Mamy do niego wyrozumiałość, patrząc na cały kontekst. Liga hiszpańska skończyła grać w połowie czerwca, później miał zasłużoną przerwę i przyszedł do nas prosto po wakacjach. Badania motoryczne, które mu przeprowadziliśmy, były bardzo OK, ale widać było, że potrzebuje trochę czasu, by wrócić na określony poziom.
Tutaj pojawia się też słowo: aklimatyzacja. I słusznie. Ale kiedy przewidujecie, że ona się skończy i zastąpią ją wymagania?
- Nie da się tak jednoznacznie powiedzieć, bo ten proces u każdego przebiega inaczej. Palma jej na przykład w ogóle nie potrzebował, ale to dużo bardziej doświadczony piłkarz, z Olympiakosem i Celtikiem w CV. Ale Velde, Karlstroem, czy nawet Milić potrzebowali pół roku. Nie chcę mówić, że tyle to będzie trwać w przypadku Pablo, liczymy, że stanie się to szybciej, ale cierpliwie czekamy. To wrażliwy, spokojny chłopak. Nie zaklinając rzeczywistości powiem, że wygląda coraz lepiej. W przerwie na reprezentację potrenował z nami więcej, wszystko idzie we właściwym kierunku. Ma już dom, jest z nim już jego partnerka i dziecko, z Hiszpanii przyjechała jego siłownia. Był problem z komunikacją, ale pilnie uczy się angielskiego i próbuje sił z polskim. Jest bardzo ambitny.
A jaki macie pomysł na Fiabemę? Był blisko odejścia, ale nie odszedł.
- W dwóch ostatnich meczach pokazał się z dobrej strony, ale szczerze mówiąc - dla Bryana jest mało miejsca. Do składu włączony jest też Kamil Jakóbczyk, chłopak z rocznika 2007, który w drugim zespole wykręca świetne statystyki. Z konieczności Bryan grywał też na skrzydle, ale tutaj też jest ciasno, bo w klubie został Lisman i to on będzie jednym z czterech aktualnie dostępnych skrzydłowych - obok Palmy, Bengtssona i Ismaheela.
Dlaczego nie udało się przedłużyć pobytu Rasmusa Carstensena?
- Wydaje mi się, że z FC Koeln doszlibyśmy do porozumienia, ale zawodnik i jego partnerka chcieli być w Skandynawii. Rasmus mówił nam, że dobrze czuł się w Poznaniu, ale zależało mu, by przerwać rozłąkę. Jego partnerka też jest piłkarką, gra w Aarhus, gdzie teraz trafił Rasmus.
Z Widzewem o Fornalczyka przegraliście na finanse?
- Uważam, że doszlibyśmy do porozumienia, bo mieliśmy już ramy kontraktu, a czy Widzew zaoferował mu więcej? Według mnie nie zdecydował czynnik finansowy. Że tak powiem - sportowo zawodnik wybrał Widzew Łódź. Postawmy tu kropkę.
Czego Lech oczekuje od Nielsa Frederiksena?
Macie konkretny cel, którego realizacja lub nie, wpłynie na decyzję o przedłużeniu kontraktu z trenerem?
- Nie chciałbym tego tak określać. Przede wszystkim trener też chciałby wiedzieć wcześniej, bo może będzie miał inne propozycje, z których chciałby skorzystać. My też wolimy wiedzieć wcześniej. Dlatego nie powiem, że jeśli będziemy - przykładowo - w pierwszej trójce w Ekstraklasie, a w Lidze Konferencji awansujemy do 1/8 finału, to podpisujemy kontrakt. Bardziej zależy nam, by był rozwój. Mam na myśli to, byśmy widzieli, że trener gra zgodnie z naszą strategią, ciekawie dla kibiców, że przekłada się to na zwycięstwa. Że sztab potrafi łączyć ligę z pucharami - bo tego nie mieliśmy okazji zweryfikować w poprzednim sezonie. Że trener umie znaleźć balans pomiędzy celami sportowymi, a celami klubu, jakimi zawsze w Lechu będzie wprowadzanie wychowanków. Jeśli to wszystko będzie się scalać do zimy, pewnie będzie nam bliżej, niż dalej - choć tutaj zawsze jest ryzyko, że trener nie będzie chciał już patrzeć na nasze gęby (śmiech). A tak poważnie, zamykanie decyzji w prostym stwierdzeniu, że przyszłość trenera zależy od tego, czy w lidze jest pierwszy lub drugi, jest bez sensu, bo przecież możemy być pierwsi, a jednocześnie skłóceni z trenerem, będziemy słabo pracować, trener nie rozwinie żadnego młodego chłopaka, a gra będzie się opierać na niskiej obronie. Lech ma grać inaczej.
A nie uważacie, że czasem warto na chwilę odejść od tych ideałów? Mecze z Crveną zvezdą, czy Genkiem pokazały, że trzymanie się ich może być bolesne. Bodo/Glimt eliminowaliście grając najbardziej pragmatycznie, jak to możliwe.
- Jest to jeden z naszych wniosków, że z bardzo mocnym przeciwnikiem lub przy dużym natężeniu meczów spowodowanych terminarzem, może warto przemyśleć pragmatyzm. Że jak się nie da założyć wysokiego pressingu założyć całym zespołem, to potrzeba chwili może wymusić inne rozwiązania.
Trener doszedł do podobnego wniosku?
- To nasze wspólne wnioski.
A jakie są wnioski dotyczące plagi kontuzji?
- W każdym przypadku jest trochę inaczej…
Kibice zawsze mają wątpliwości, co do przeciążeń treningowych.
- Idziemy budową kadry, tym, że jest młodsza i fizycznie lepiej przygotowana do większych wysiłków, w kierunku intensywności. W tym kierunku rozwija się futbol. Nie zmniejszymy dystansu do Europy bez dynamiki i fizyczności. Od intensywności nie ma odwrotu. Kontuzje to kwestie trochę treningowe, trochę materiału ludzkiego, trochę zarządzania wysiłkiem zawodników podczas meczów. Składowych jest dużo, ale mamy określoną ścieżkę i nie chcemy z niej schodzić. Wyciągamy wnioski, chcemy robić pewne rzeczy lepiej, a jednocześnie nie zmieniać kierunku.
Może trzeba szukać rozwiązań w skautingu w Afryce - fizyczność tych piłkarzy jest inna, do tego kluby skandynawskie pokazują, ile można zarobić na zawodnikach sprowadzanych bezpośrednio z tamtych szkółek.
- Fajnie, że to pytanie padło. Zastanawiamy się, myślimy. Natomiast jedną z najważniejszych zasad skautingowych, jakie dziś mamy, jest to, by bez względu na kontynent pochodzenia piłkarza, miał on doświadczenie z gry w Europie. Jest to problem, gdy piłkarz przyjeżdża i dopiero poznaje kulturę europejską.
Może odpowiedzią byłby satelicki klub, gdzie można umieścić takiego piłkarza z Afryki.
- Hmm… Rozpatrujemy różne opcje, by podążać za trendem fizyczności. Ryzyko jest też takie, że ciężko gdzieś wejść, gdzie biznes już się kręci. Nikt nie odda za darmo kury znoszącej złote jaja, ale można na przykład nawiązać współpracę z ludźmi, którzy pracują dla krajów skandynawskich. Mogliby pracować dla nas, może to kwestia przyszłości?
Pytania od kibiców
Ulubiona teoria spiskowa dotycząca Lecha, na którą trafiłeś przeglądając Twittera.
- W ogóle nie ma mnie na Twitterze ani na żadnych innych mediach społecznościowych - nawet dzieci mi mówią, że nie istnieję. Siłą rzeczy nie znam teorii spiskowych.
Czy nie myśleliście o kimś z Szachtara czy Dynama - powołując się na sytuację polityczną?
- Przez ostatnie dwa okienka, nie wliczając najnowszego, byliśmy blisko pozyskania dwóch zawodników Szachtara. Piłkarze chcieli do nas trafić, ale ostatecznie klub zablokował te transfery. Szukamy różnych rozwiązań. Gdzie się dzieją trudne sytuacje, my tam jesteśmy.
Czego brakowało Kamilowi Jóźwiakowi, że nie został piłkarzem Lecha ponownie?
- W momencie, gdy wzięliśmy "Gumę" i "Skrzypę", był temat Kamila Jóźwiaka, natomiast sportowo zdecydowaliśmy się na Leo i Luisa.












