Reklama

Reklama

Szymon Marciniak: Mało komu za parę złotych uśmiecha się słuchać bluzgów na "ch" i "k"

- Panie sędzio, chyba się pan stresuje tym debiutem, skoro pan przyszedł w piżamie - o sędziowaniu za 20 zł, krytyce żony i wielkim futbolu opowiada Interii Szymon Marciniak, który jako pierwszy Polak od 18 lat poprowadzi mecz na międzynarodowej imprezie piłkarskiej.

Marciniak znalazł się wśród arbitrów, którzy poprowadzą mecze Euro 2016. Ostatnim Polakiem, który sędziował na tak wielkiej imprezie był Ryszard Wójcik podczas mistrzostw świata w 1998 r. 

Interia: Dobre występy w Ekstraklasie, awans do sędziowskiej grupy Elite, a teraz perspektywa prowadzenia meczów podczas Euro 2016. W jaki sposób pan do tego doszedł?

Szymon Marciniak: - Ciężka praca, dobrze dobrany zespół i wyrozumiała rodzina, którą kosztowało to wiele wyrzeczeń. Oni się najwięcej poświęcili, choć mi też lekko nie było. Rzadko widywałem dorastające dziecko, syn z żoną parę ładnych lat musieli swoje wycierpieć. Inna sprawa, że żona to od zawsze mój największy krytyk.

Reklama

Zna się na piłce?

- O spalonego można ją śmiało pytać, ale krytykuje w innych kwestiach. Kiedyś przeczytałem, że żucie gumy rozluźnia, więc spróbowałem. Żułem cały mecz, a zaraz po zakończeniu spotkania SMS od niej: "Jak ty wyglądałeś z tą gumą? Jak krowa na łące, która przeżuwa trawę!".


Pamięta pan pierwszy poprowadzony mecz?

- Tak, to był początek maja, mecz trampkarzy. Przyjechała żona z dzieckiem. Za sędziowanie dostałem 20 zł, wystarczyło nam na lody. I to dosłownie! Tak świętowaliśmy debiut.

A największa wpadka? Na przykład z niższych lig?

- Rzadko mi się zdarzały, bo jak jechałem na niższą ligę to zmobilizowany, by nikt nie mówił: "O, z ekstraklasy przyjechał, a sędziować nie umie!". Ale mam ciekawostkę - często  kluby z okręgu płockiego proszą mnie, bym poprowadził ich mecz. Kiedyś pojechałem na spotkanie Świt Staroźreby  - Skrwa Łukomie. Po meczu podszedł do mnie zawodnik i mówi: "Wie pan co? Jest pan najlepszym sędzią w całej okręgówce!". Dopiero później koledzy powiedzieli mu, że prowadzę mecze w ekstraklasie. Zaczął przepraszać, ale mówię mu: "To był dla mnie najlepszy komplement, bo szczery".

Nie raz człowiek wracał z meczu zziębnięty, nasłuchał się  epitetów i w domu zastanawiałem się: "Po co ja tam jechałem, za te 80 złotych?". Ale dziś to wszystko doceniam. Cierpiała na tym rodzina i praca zawodowa. Nie pracowałem do godz. 15, tylko do 13, bo dokładnie o 13:09 miałem autobus do Włocławka, gdzie grałem w piłkę. A powrotny o 21:03 lub 21:04. I tak dzień w dzień. Zawodowstwo arbitrów uratowało wielu małżeństw i karier sędziowskich.

Ile zarabia zawodowy sędzia?

- Kontrakty są zróżnicowane - od 4 do 8,5 tys. zł plus 3,6 tys. zł za każdy ekstraklasowy mecz. Z tych pieniędzy musimy też zapłacić podatki, opłacić hotele, dojazdy, żywność, odżywki, trenerów itd. Można z tego nie korzystać, ale takie podejście ma krótkie nogi.



Jako arbiter zawodowy nie może pan zajmować się niczym innym niż pracą sędziego. A co pan wcześniej robił?

- Kontrolą jakości w firmie mojego przyjaciela. To w ogóle nie było związana ze sportem, Firma Kluge jest producentem armatury kotłowej . Zresztą studiowałem pedagogikę. Jak widać życie pisze różne scenariusze, ale piłka zawsze odgrywała u mnie kluczową rolę.

Nie miał pan chwili zwątpienia czy rzucać pracę zawodową na rzecz piłki?

- Nie, bo czekałem na to od lat. Mój szef-przyjaciel też zdawał sobie z tego sprawę. Za to dziś pracuję trochę jak strażak czy policjant. Muszę być gotowy na każde wezwanie Polskiego Związku Piłki Nożnej. Jeździmy do szkół, przedszkoli, opowiadamy o sędziowaniu...Może nie wykonuję najlepszego zawodu świata, bo często jesteśmy po ostrzałem krytyki, ale warto to robić!


W grudniu zawsze zaczynają się kursy sędziowskie i jest coraz mniej chętnych. Młodych ludzi ciężko zagonić do czegokolwiek oprócz komputera. Poza tym jeśli ktoś ma jechać na jakąś wioskę za parę złotych i nasłuchać się słów na "k..." i na "ch...", to mało komu się to uśmiecha. Mnie ciężko było zagonić do domu, a nie odwrotnie. Czasem jechałem pociągiem, czasem autokarem, a czasem nawet na stopa, byle dotrzeć na mecz. Często brałem nawet dwa spotkania w sobotę i dwa w niedzielę, bo mi się to podobało. A dziś jak ktoś po kogoś nie przyjedzie, to już jest duży problem. Nikt nic za darmo ci jednak nie da!

Jak wygląda dzień zawodowego sędziego?

- Wstaję koło 7, zajmuję się dziećmi i około 8:30 idę na siłownię. Na początku trenerzy przygotowania fizycznego trochę na mnie krzyczeli, że za dużo tej siłowni, ale w końcu mądrzy ludzie mi pomogli to połączyć w treningu crossfitowym. Ostatnio musiałem odpuścić jeden mecz z powodu choroby i już mnie nosiło, bo lekarz kazał mi kilka dni odpocząć. Organizm domagał się wysiłku, a ja nie byłem sobą. Bardzo polubiłem też aerobik, zajęcia z TRX i pilatesu [pomaga w rozciąganiu i uelastycznianiu mięśni - przyp. red.]. Kiedyś się z tego śmiałem i nie chciałem tak trenować. Wolałem ciężary, ale w końcu zacząłem ćwiczyć z głową i prawie nie mam kontuzji. Mimo że w zeszłym sezonie prowadziłem 64 mecze.

Co dalej?

- Po siłowni odpoczywam 2-3 godziny i idę biegać. Odległości są różne - od 5 do 10 km, zależy od etapu przygotowań. Na ogół biegam po boisku Delty Słupno. Znam tam już każdą kępkę i dziurę, choć jest ich tam coraz mniej (śmiech). Bardzo dobrze mi się tam trenuje, nie ma zgiełku. Wcześniej biegałem na Wiśle Płock, ale tam cały czas ktoś przyszedł porozmawiać, a ja potrzebuję ciszy i spokoju. Nienawidzę, gdy ktoś mi przeszkadza. A w Słupnie mam taką swoją samotnię. Często biegam też po lesie, słucham wtedy muzyki lub lektora. Bieganie kończę koło 12-13, później basen, sauna, masaż. Na koniec lubię pójść na trening bokserski. Wtedy pracują zupełnie inne mięśnie.

I na tym koniec?

- Nie, do domu wracam o godz. 15 i zaczynam inne rzeczy związane z sędziowaniem - oglądam klipy, robię samoocenę. Mecz trwa 90 minut, więc na to potrzebuję dobre 3,5 godziny. Co najmniej tyle zajmuje wykonanie rzetelnej samooceny. Obejrzenie ponowne całego meczu to 90 minut, a zatrzymania, ewentualne powtórki, merytoryczne opisy to następne 90 minut itp. Sędziowie międzynarodowi mają też inny portal, gdzie ćwiczymy różne sytuacje.



Nie nuży pana trening w samotności? To nie to samo co ćwiczenie w grupie piłkarzy, których jest co najmniej 20.

- Gdy biegam, to mam słuchawki na uszach i słucham muzyki lub lektora. Sędziowie muszą znać języki. Angielski mam już na bardzo dobrym poziomie, ale nauki nigdy dość. Zacząłem się też uczyć hiszpańskiego, porozumiewam się po niemiecku, bo przez rok grałem tam w piłkę. Dzięki temu mogę zawodników zaskoczyć. 

Gdy prowadziłem w Lidze Europejskiej mecz Karabach Agdam - Eintracht Frankfurt, to jeden z Niemców wyraził swoją opinię o mojej pracy. Szybko więc, bardziej piłkarskim sloganem powiedziałem co myślę o jego grze i do końca meczu był już moim największym kumplem. Jak nie ma potrzeby, to się z językiem nie zdradzasz, ale dzięki temu można sobie zbudować szacunek. Możesz mieć nazwisko, ale jak popełnisz cztery błędy, to zawodnicy od razu to wykorzystają.


Jaki dystans przebiega pan w trakcie meczu?

- 10 - 12 km, czyli na ogół więcej niż piłkarz. Mój rekord to 14,8 km podczas spotkania towarzyskiego Meksyk - Holandia. Mecz był szybki, dużo było też radosnego futbolu. Każdy wiedział, że zagra góra 50 min, więc dawali z siebie wszystko. No, trzeba było się nabiegać (śmiech).

Nie paraliżuje pana obecność wielkich piłkarzy? Podczas ostatniego meczu spotkał się pan np. z Gianluigi Buffonem z Juventusu czy Everem Banegą z Sevilli.

- Wszyscy twierdzą, że moją najmocniejszą stroną jest właśnie psychika. Życie mnie nigdy nie oszczędzało. Miałem dość trudne dzieciństwo, zawsze trzeba było walczyć o swoje. Nie przelewało się - zarówno rodzice, jak i ja walczyliśmy, by było dobrze.

Kiedyś sędziowałem mecz Portugalii, w której byli tacy gracze jak Nani czy Cristiano Ronaldo. I sędziowałem im tak samo jak zawodnikom z okręgówki. Może to zabrzmi dziwnie, ale tak jest. Trzeba wiedzieć z kim pożartować, kiedy śmiać się nawet z siebie, a także kiedy opierdzielić. Zawodnik czuje, czy sędzia jest normalny. To takie zarządzanie zasobami ludzkimi.

Jakiś przykład?

Szybko skumplowałem się np. z Giorgio Chiellinim [obrońca Juventusu i reprezentacji Włoch]. Wówczas debiutowałem w Lidze Mistrzów, a on zagadnął mnie: "No, panie sędzio, dziś debiucik. Pewnie mocno pan zestresowany?". Powiedziałem, że nie, ale ciągnął temat: "Jak to? To dlaczego przyszedł pan w piżamie?". I miał rację, bo UEFA dała nam takie szaro-białe stroje, które rzeczywiście przypominały piżamę. Wszyscy buchnęli śmiechem, my także. To było fajne, miłe. Odpowiedziałem: "Będziesz pamiętał, że kartkę dał ci człowiek w piżamie".

Trzy tygodnie temu Chiellini też podszedł do nas po meczu Włochy - Belgia. Mówił, że fajnie nam idzie, że się rozwijamy. To było miłe.

Rozmawiał: Piotr Jawor

Szymon Marciniak

Urodzony 7 stycznia 1981 r. w Płocku

W ekstraklasie zadebiutował w 2008 r., a siedem lat później trafił do najwyższej grupy sędziowskiej - "Elite".

W 2011 r. zadebiutował na arenie międzynarodowej w meczu ME do lat 17 Francja - Białoruś. Rok później pierwszy raz prowadził mecz Ligi Europy (Lazio - Maribor), a w 2014 r. zadebiutował w Lidze Mistrzów (Juventus - Malmoe).

Pierwszy mecz reprezentacji seniorów poprowadził 11 września 2012 r. i było to spotkanie el. MŚ Portugalia - Azerbejdżan.  



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje