Reklama

Reklama

Sotirović ostro atakuje Lenczyka! "Człowiek bez honoru"

- Nie lubi obcokrajowców, jego treningi kaleczą futbol - atakuje Oresta Lenczyka wyrzucony przez niego napastnik Vuk Sotirović.

Napastnik Śląska Wrocław Vuk Sotirović w rozmowie z INTERIA.PL odsłonił kulisy ostatnich wydarzeń w Śląsku Wrocław. Serbski napastnik bez żadnych skrupułów zaatakował trenera Oresta Lenczyka, którego obwinia o wyrzucenie z pierwszego zespołu Śląska.

"Cieszę się, że niebawem przestanie kaleczyć zawodników, bo te treningi, w którym braliśmy udział, to kaleczyły futbol. To nie są nawet piłkarskie treningi. Pan trener słynie z tego, że wymyśla treningi na poczekaniu i potem kręcimy krzesłem prowadząc piłkę. Muszę te ćwiczenia zapisać, żeby kiedyś komuś to móc opowiedzieć. Dwa inne zespoły, które trenowały obok nas na Cyprze śmiały się z nas" - opowiada Vuk Sotirović. Zapraszamy na cały wywiad!

Reklama

INTERIA.PL: Dostałeś od klubu pismo. Z jakich więc powodów zostałeś odsunięty od zespołu?

Vuk Sotirović, napastnik Śląska Wrocław:* Spóźnienia na treningi, nieprzykładanie się do ćwiczeń. Oczywiście jest to nieprawda, ale tak można przecież powiedzieć, bo tego nikt nie udowodni. Nie spóźniłem się na trening ani razu, na zajęciach dawałem z siebie wszystko. Innym powodem zawartym w tym piśmie jest spóźnianie się na posiłki. I to jest rzeczywiście prawda. Dwa razy nie było mnie na śniadaniu. Był to czas, kiedy nie grałem w sparingach, ponieważ bolała mnie szyja i nie wstawałem na poranny posiłek. Chciałem pospać, bo lubię spać, a w nocy z powodu bólu nie byłem odpowiednio wypoczęty. Nikt mi jednak nie zwrócił uwagi i nie pytał, dlaczego się spóźniłem. Za takie coś zazwyczaj są jakieś tam drobne kary finansowe, jeśli to komuś bardzo przeszkadza.

To wszystkie zarzuty wobec ciebie?

- Następny punkt, jaki był zawarty to obrażanie zawodników i członków sztabu szkoleniowego. Zawodników żadnych nie obrażałem. Było jedno spięcie z Remkiem Jezierskim, jednak do żadnej bójki między nami nie doszło. Ale gdy przeczytałem, że obrażałem trenerów, to zastanawiałem się, czy ja rzeczywiście byłem na tym samym zgrupowaniu. Ktoś się uparł, żebym w Śląsku już więcej nie zagrał. Tym kimś jest oczywiście trener. Między mną a trenerem nigdy nie było żadnego konfliktu. Kiedy nie grałem w wyjściowym składzie w jednym z wywiadów powiedziałem, że będę sobie szukał nowego klubu. Zostało to źle przetłumaczone i wyszło na to, że ja nie chcę grać dla Śląska. Od wtedy trener Lenczyk zaczął o mnie mówić różne rzeczy. Że jestem leń, że jestem pokłócony z całą drużyną. Wszystkich tych bzdur już nawet nie pamiętam.

W pewnym momencie poszedłem się z nim pogodzić, choć do końca nie wiedziałem jak się mam zachować. Ostatecznie jednak doszło między nami do spotkania. Rozmawialiśmy dosłownie chwilę i przez jakiś czasu tematu nie było. Dowiedziałem się też, że pan trener w wywiadzie powiedział, że jestem alkoholikiem, że namawiam kolegów z drużyny, żeby pili alkohol i będzie robił wszystko, żeby mnie w tym klubie już nie było. I dlatego nie ma mnie już w klubie. Ja też po części zawiniłem dając się sprowokować. To, co jednak wydarzyło się na Cyprze, na pewno nie było powodem do wywalenia mnie z drużyny. Trener miał coś do mnie i to jest główny powód, dla którego nie ma mnie już w zespole.

Co dokładnie zarzuca ci trener?

- Tego nie wiem. Ktoś powie, że trener ma "jaja". A ja powiem, że on nie ma "jaj". On nie wie, co to są "jaja" i w dodatku chowa się za swoim stanowiskiem. Taki "szczurek". Ludzi takich jak on nazywam "szczurami".

Nie przesadzasz?

- Jeżeli ktoś za moimi plecami mówi kłamstwa na mój temat, to ja w tym momencie mam związane ręce i nie mogę nic zrobić. Mogę jednak powiedzieć, że to jest "szczur". Ja chciałbym, żebyśmy kiedyś spotkali się w jednym pokoju - ja, trener, reszta zespołu i wtedy wyjaśniłoby się, kto mówi prawdę, a kto kłamie. Tego bym sobie życzył, choć wiem, że do tego nigdy nie dojdzie.

Trener potrafił pójść do prezesa i powiedzieć, że ja obrażałem panią doktor, z którą nie mogłem ćwiczyć z pewnych powodów. Bo skoro od roku wykonuje pewne ćwiczenia i nie mam kontuzji to nie widzę sensu, żeby zmieniać te ćwiczenia. On przekręcił moje argumenty i powiedział, że niby ja powiedziałem, że nie mogę ćwiczyć z tą kur... Normalna osoba na pewno tak nie mówi. Ja tak nie powiedziałbym nawet swojemu koledze, bo do pani Ewy mam bardzo duży szacunek. Nigdy w życiu jej nie obraziłem i nigdy w życiu źle o niej nawet nie pomyślałem. I pomyśleć, że ta sytuacja miała miejsce tuż po naszym pogodzeniu się z trenerem. Jeżeli ktoś tak przekręca moje słowa, to jest to chora osoba.

Winy po twojej stronie nie ma wcale?

- Ja nie mówię, że jestem święty, ale pewne fakty zostały przeinaczone. Za trenera nie spóźniałem się na treningi. Wiem, że były pewne prowokacje z jego strony, ale ja ani razu się z nim nie kłóciłem. Kiedy podczas obozu na Cyprze dowiedziałem się, że mam odejść kazał mi wyjść z pokoju, w którym mieliśmy odprawę, bo chciał mówić o mnie. Wiem jednak, co mówił pan trener na mój temat. Podobno zawodnicy byli przeze mnie straszeni.

Nie szkoda ci, że doszło do tej całej sytuacji?

- Żałuję, że mnie nie ma w pierwszej drużynie Śląska, bo jestem w tym klubie znacznie dłużej niż trener Lenczyk i myślę, że trochę serca tu zostawiłem. Nie chcę jednak, żeby stawiano mi pomniki, bo ja tylko wykonywałem swoją pracę. Robiłem to najlepiej jak tylko potrafiłem. Nawet po tym incydencie ten klub na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Mam jednak pretensje o to, iż nikt nie chciał wysłuchać moich argumentów i mojej wersji wydarzeń. Większość ludzi w klubie zna prawdę, ale milczy. W końcu łatwiej jest wyrzucić jednego zawodnika niż trenera.

Czyli Śląsk powinien zwolnić Lenczyka?

- Ja nie żądam wcale zmiany trenera. Żądam jednak, żeby o mnie się tak nie mówiło, bo to nie jest prawda. Na swoją reputację musiałem zapracować i nie pozwolę, żeby ją tak szargano. Cieszę się, że pan trener ma tyle lat, co ma i w żadnym innym klubie już raczej pracować nie będzie. Cieszę się, że niebawem przestanie kaleczyć zawodników, bo te treningi, w którym braliśmy udział, to kaleczyły futbol. To nie są nawet piłkarskie treningi. Pan trener słynie z tego, że wymyśla treningi na poczekaniu i potem kręcimy krzesłem prowadząc piłkę. Muszę te ćwiczenia zapisać, żeby kiedyś komuś to móc opowiedzieć. Dwa inne zespoły, które trenowały obok nas na Cyprze śmiały się z nas.

Czy wypowiedzi trenera na twój temat mogą mieć wpływ na twoją karierę?

- Tylko teraz. Jeśli ludzie mnie poznają, zmienią szybko zdanie. Będą wiedzieli, że ja wcale nie jestem taki, jak ta osoba, która mnie przedstawia w zupełnie innym świetle.

Trener nie próbował znaleźć z tobą wspólnego języka?

- Nigdy nie próbował. Gdyby on był dobrym trenerem, to byłby też dobrym psychologiem. A psychologiem jest żadnym, bo do każdego zawodnika nie można podchodzić tak samo. Każdy z nas ma przecież inną osobowość, inny charakter. Na jednego należy krzyknąć, z innym trzeba rozmawiać łagodnie. On stosuje jeden sposób na wszystkich. Nigdy nie przyszedł do mnie i nie wytłumaczył, co mu nie pasuje. Jeżeli coś robiłem złego, mógł przyjść i mi to powiedzieć, ale między nami nie było po prostu żadnego dialogu. Taka jest jego filozofia trenowania. Na szczęście długo już nie popracuje.

Trener nie lubi obcokrajowców?

- Myślę, że ich nie lubi. Przepędził ich przecież w Bełchatowie. Moje odczucie jest takie, że on nie lubi obcokrajowców. Przed nim ostrzegali mnie już Polacy, którzy grali pod jego okiem. Mówili mi, że to jest kawał ...., wiesz czego. Mówili, żebym na niego bardzo uważał. Ja po prostu nie uważałem zbyt uważnie i stało się wiadomo jak. Spośród zawodników, których znam nie spotkałem jeszcze kogoś takiego, który by miał dobre zdanie o nim. Mnie on po prostu nienawidził. Choć z jego strony były różne zagrywki, że niby wszystko jest fajnie.

Byłeś prowokowany?

- Kilkanaście razy. Podczas treningów były żarty na mój temat, a jak coś odpowiedziałem to mu to nie pasowało. On chyba lubi grzecznych chłopców, którzy nie będą się odzywali. Jeżeli ktoś ze mnie żartuje, to są pewne granice. Ja wiem, że nie można każdego lubić. To normalne, że jednego lubi się bardziej, a innego mniej. Ważne jednak, żebyśmy się jako grupa szanowali. A tutaj tego nie było. Taki jest mój punkt widzenia. Były z jego strony na przykład żarty o wojnie. Myślę, że z tego nie powinno się żartować. Te żarciki rozśmieszały chyba tylko jego.

Nie można było tej sprawy załatwić inaczej?

- W klubie z normalnym trenerem takie sprawy da się załatwić. Ale jak ktoś tylko czekał na to, by mnie tu nie było, to miał idealną sytuację. Zrobił to, co zaplanował. Nawet jak zawodnicy poszli z nim porozmawiać, to on ich olał.

Podobno spóźniłeś się na środowe spotkanie z prezesem.

- Prawda. Spóźniłem się, ale ja nie wiedziałem, że mam iść na to spotkanie. Dowiedziałem się dopiero, gdy stawiłem się w klubie, aby potrenować. Myślałem, że to spotkanie miało na celu wyjaśnić dokładnie to, co się stało podczas obozu na Cyprze. Zapewniam, że spóźnienie nie było celowe. Przeprosiłem za to prezesa i przyznaję się, że w tej sytuacji zawiniłem.

Jaka przyszłość cię teraz czeka?

- Tego nie mogę powiedzieć, bo sam nie wiem. Jest kilka zagranicznych klubów, które mnie chcą, choć ja wolałbym pójść na wypożyczenie do jakiegoś polskiego klubu. Czasu zostało niewiele, ale zobaczymy, co uda się zrobić. Bardzo chciałem zostać w Śląsku, jeszcze niedawno przecież rozmawiałem z klubem o przedłużeniu kontraktu. Jest mi przykro, że moja przygoda ze Śląskiem kończy się w ten sposób. I to z winy jednego człowieka, który aktualnie prowadzi ten zespół.

Jego nazwiska starasz się nie wymawiać.

- Myślę, że nie zasłużył na to, abym wymawiał jego nazwisko. Niech będzie - pan trener, choć i to są mocne słowa.

Jak będziesz wspominał chwile spędzone we Wrocławiu?

- Zawsze będę miło wspominał czas spędzony we Wrocławiu. Z tym klubem udało mi się zdobyć Puchar Ekstraklasy. Pokochałem tutejszych kibiców. Szkoda, że ta piękna przygoda dobiega końca. Lepiej będę wspominał współpracę z trenerem Tarasiewiczem. To osoba, która ma godność, honor, czyli wszystkie cechy porządnego człowieka. Trenerowi Tarasiewiczowi jestem wdzięczny nie tylko ze względu sportowych, ale też spraw życiowych. To jest facet z "jajami", który stał za zespołem.

Rozmawiał: Konrad Kaźmierczak

* - Wywiad został autoryzowany

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy