Sławomir Abramowicz: nie lubię tej cechy w sobie. Potrafi przytłoczyć
- Próbowałem na siłę dać więcej, zrobić więcej. Wydawało mi się, że nie jestem na tyle dobrym piłkarzem, jakim powinienem być. Czasami to powodowało, że efekt był odwrotny. Czy w treningu, czy czasami w meczach, zwłaszcza kiedy tam na początku może grałem. Kiedy bardzo dużo chciałem dać, a czasami po prostu nie było mnie na to nie stać, aby aż tyle włożyć w zespół czy w mecz, w trening. Czasem za dużo chcę. To potrafi przytłoczyć - mówi w rozmowie z Interią Sławomir Abramowicz, bramkarz Jagiellonii Białystok.

Korespondencja z Turcji (zgrupowanie polskich klubów)
Sławomir Abramowicz to jeden z najlepszych bramkarzy Ekstraklasy, ale i właściciel nieoczywistej łatki - uchodzi za niezwykle inteligentnego człowieka o bardzo szerokich horyzontach. Tą rozmową chcieliśmy poznać go trochę lepiej.
Dobre i złe strony bycia piłkarzem
Przemysław Langier (Interia Sport): Co jest najlepsze i najgorsze w byciu piłkarzem?
Sławomir Abramowicz (bramkarz Jagiellonii Białystok): - Najlepszą częścią jest to, że to jest twoja praca, którą lubię robić. W moim otoczeniu nie ma osoby, która nie lubiłaby sportu, choćby uprawiała go dla siebie, dla zdrowia. A my to robimy zawodowo i jeszcze za to dostajemy pieniądze, więc to jest naprawdę coś wspaniałego. Myślę, że życiowym celem każdego jest to, aby odnaleźć się w fachu, który kocha. Poza tym dużo podróżujemy, zwiedzamy świat, możemy odnaleźć się w różnych środowiskach, poznawać nowych ludzi z każdego zakątka świata.
- Negatywy to na pewno to, że kariera piłkarza nie jest długa. W każdej takiej innej pracy możesz pracować do emerytury, odkładać pieniądze. A w piłce pracujesz do 35. roku życia i potem też musisz mieć na siebie jakiś plan, gdy zostało jeszcze bardzo dużo życia. W "normalnym" zawodzie 35 lat to wciąż młody człowiek. W piłce emeryt. Do tego zawsze jest ryzyko, że jakieś pechowe zdarzenie, jakaś kontuzja, może z dnia na dzień odebrać ci możliwość wykonywania pracy, czasem na zawsze. Nie masz stabilizacji - praca rzuca cię po najróżniejszych miejscach, zmieniasz miasto, zmieniasz kraj, nie zawsze na taki, w którym ci się podoba. Nie masz czasu w weekendy, nie jesteś w stanie niczego zaplanować. Ja na przykład już nie pamiętam, kiedy byłem na nartach, z dziesięć lat minęło. A bardzo bym chciał.
Zobacz również:
Kontrakt pozwala Ci na uprawianie narciarstwa?
- To kwestia świadomości. Robert Lewandowski też się na ten temat wypowiada w ten sposób. Niektórych rzeczy po prostu nie możesz robić i musisz o tym wiedzieć. Podobnie jest z trzymaniem diety, nawet gdy masz akurat wolne. Konieczność bycia w formie jest permanentna.
Uchodzisz za piłkarza, który ma poukładane w głowie, ale wciąż jesteś bardzo młody. Wiesz już, co będziesz robił po 35. roku życia?
- Bramkarz może grać trochę dłużej. Myślę, że do czterdziestki. Co dalej? Nie, tego jeszcze nie wiem. Pewnie wiele zależy od tego, gdzie będę w momencie końca kariery, a dziś tego nie przewidzę. Teraz skupiam się tylko na piłce, na tym, aby osiągnąć swoje cele, aby się rozwinąć się, rozwinąć swój potencjał najbardziej, jak mogę. Na resztę przyjdzie czas.
Słodycze za witryną
W pozytywach powiedziałeś, że można podróżować. I tak się zastanawiam, czy ty piłkę traktujesz troszkę tak, poniekąd, przy okazji, jako narzędzie do tego, żeby móc zobaczyć świat?
- Aż tak to nie, bo to funkcjonuje na zasadzie, że niby można coś zobaczyć, ale teoretycznie nie można. Trochę jak ciasto za szybą w cukierni - możesz na nie spojrzeć, ale nawet nie dotkniesz, nie mówiąc o spróbowaniu. Odwiedziliśmy bardzo dużo miejsc, ale funkcjonowaliśmy w nich w reżimie meczowym. Może raz czy dwa była okazja wyjść na jakieś miasto, bo akurat tak się złożyło, że dzień po meczu było wolne, a lot powrotny późno, ale z zasady my te miejsca poznajemy z okna autokaru lub hotelu. Możesz sobie popatrzeć, a jednocześnie nie za wiele zobaczyć.
Jest jakieś miejsce, które cię ujęło na tyle, że wiesz, że wrócisz? Że ta zamiast oglądać witrynę tej cukierni, pojedziesz tam w czasie prywatnym, by do niej wejść?
- Przychodzą mi do głowy dwa takie miejsca. Pierwsze to Bodo w Norwegii. Przepiękne miasto położone za kołem podbiegunowym. Niesamowite otoczenie. Mieliśmy hotel nad wodą, z widokiem na górzyste tereny. W Polsce trudno znaleźć takie miejsce i miałem wtedy ogromną ochotę, by wyjść, pospacerować. Niepowtarzalny krajobraz - Norwegia stała się dla mnie jednym z czołowych miejsc do odwiedzenia na przyszłość. Drugie to Sewilla, gdzie graliśmy z Realem Betis.
Myślisz, że wybierając klub swój pod przyszłość będziesz też patrzył na ten aspekt, gdzie Ci przyjdzie żyć? Czy to zupełnie dwie niezależne od siebie kwestie - kariera karierą i nieważne, co widać z okna?
- To, co za oknem, to chyba będzie ostatni punkt przy decydowaniu. Przede wszystkim to musi być odpowiednie miejsce do rozwoju. Muszę wiedzieć, czy będę tam grał, jakie będą widoki na przyszłość. Ale faktycznie - jeśli miałbym do wyboru kluby z identycznie wyglądającą ścieżką rozwoju, z których jeden, powiedzmy, byłby z Dalekiego Wschodu, a drugi z Hiszpanii lub Włoch, to wiadomo, co wybiorę.
- Jak to się w ogóle stało, że Ty wciąż jesteś piłkarzem Jagiellonii? Rok temu Łukasz Masłowski mówił, że bardzo trudno Cię będzie zatrzymać.
- Opinia publiczna zna tylko cząstkę tego, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. Za wiele nie mogę mówić, ale oczywiście jakieś oferty były. Był też czas, gdy sam byłem przekonany, że bliżej mi do odejścia niż pozostania w Jagiellonii. Toczyły się rozmowy, były zapytania, ale i na bieżąco pojawiały się wnioski. Ostatecznie stwierdziliśmy, że kolejny sezon w Jagiellonii będzie najlepszą opcją i dziś uważam, że to była dobra decyzja.
Jagiellonia się zmieniła. A Adrian Siemieniec?
Masz wrażenie, że Jagiellonia jest w momencie, w którym nie może zakładać minimalistycznych planów, a walkę o najwyższe cele? Że wizerunek kopciuszka, który miała jeszcze dwa lata temu, mocno się już zdeaktualizował?
- Myślę, że tak właśnie jest. W sezonie mistrzowskim oczekiwania były niewielkie. Można było tylko wygrać lub - hmm - sprostać tym niewielkim oczekiwaniom. W takiej sytuacji gra się łatwiej. Nie ma presji, że coś możesz stracić. Obecnie poniekąd staliśmy się więźniami własnego sukcesu. Czujemy, że oczekiwania dziś są bardzo duże. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, każdy na nas patrzy, nie jesteśmy już anonimowi. Jest wobec nas nastawienie, że niektórych meczów nie wypada nam przegrać. Czasem te oczekiwania są wygórowane, bo jak wspomnę eliminacje Ligi Konferencji, gdzie musieliśmy wyeliminować aż trzech rywali - bez marginesu na pomyłkę - panowała ogólna opinia, że Jaga nie ma prawa się potknąć. A przecież to wcale nie było tak, że awans był formalnością. To były ciężkie mecze, ale cóż - tak w piłce jest, że im więcej się zdobywa, tym bardziej oczekiwania rosną.
Jak w tej presji odnajduje się Adrian Siemieniec? Jest wciąż tym samym gościem, którym był dwa lata temu, gdy tej presji nie było?
- Myślę, że nie wiem wszystkiego od środka. Nie uczestniczę w rozmowach sztabu, więc sam trener czy członkowie sztabu mogliby powiedzieć więcej na ten temat. Ja z perspektywy zawodnika mogę powiedzieć, że to, co robiliśmy kiedyś, w ogóle się nie zmienia.
Czemu właściwie Adrianowi wychodzi w piłce?
- Przede wszystkim zna się na rzeczy, zna się na piłce. To jest klucz, bo wiadomo, że nieważne jakim człowiekiem byś nie był, jak bardzo poukładanym, jak wiele byś wiedział, to jeśli - mówiąc kolokwialnie - nie ogarniałbyś praktyki, to nic by z tego wszystkiego nie było. Trener umie zarządzać drużyną, umie zarządzać taktyką. Dobierać odpowiednich pewnych piłkarzy, rotować ich na pozycjach. Weźmy przykład. Dawid Drachal - trener go przesunął na inną pozycję i to wypaliło. Po prostu czasami widzi coś w piłkarzu, czego nikt inny nie widzi, a to potem działa. Ma łatwość w wychodzeniu z problemów. Zna sposoby dotarcia do zawodników, by im jak najwięcej przekazać - mówię tu także o kwestiach pozasportowych. Potrafi widzieć w piłkarzu człowieka, co - trochę paradoksalnie - pozwala mu rozwinąć go jako piłkarza.
Te pozytywne cechy Adriana są generalnie powszechnie znane, ale ja przed sezonem zapytałem go, czego on w sobie najbardziej nie lubi. I on mi odpowiedział, że tego jak się zachowuje po porażkach, jak się czuje po nich, jak uzewnętrznia złość. Co wy widzicie w szatni po porażkach?
- Ja bym tak nie powiedział, bo mam wrażenie, że akurat bardzo dobrze radzi sobie z emocjami. Nie przypominam sobie sytuacji, kiedy po jakimś meczu, nie wiem, cokolwiek w szatni latało, żeby jakoś mocno podnosił głos. Raczej stara sobie dać tę chwilę, aby przemyśleć pewne rzeczy i nie mówić na gorąco Bo to, co chciałbyś powiedzieć, wiadomo, że czasami pod wpływem emocji zniekształca przekaz. Czasem mam wrażenie, że trener dusi w sobie emocje, by nic nie wypalić, i następnego dnia wypowiadać się na chłodno.
Zobacz również:
Kiedy było trudno?
A Ty masz w sobie jakąś cechę, której u siebie nie lubisz?
- Może perfekcjonizmu? Może to nie jest taka bardzo zła cecha, ale czasami mi to przeszkadzało. Próbowałem na siłę dać więcej, zrobić więcej. Wydawało mi się, że nie jestem na tyle dobrym piłkarzem, jakim powinienem być. Czasami to powodowało, że efekt był odwrotny. Czy w treningu, czy czasami w meczach, zwłaszcza kiedy tam na początku może grałem. Kiedy bardzo dużo chciałem dać, a czasami po prostu nie było mnie na to nie stać, aby aż tyle włożyć w zespół czy w mecz, w trening. Czasem za dużo chcę. To potrafi przytłoczyć.
Kiedy czułeś się najgorzej w karierze?
- Ciężko mi wskazać konkretny moment, ale myślę, że okres sprzed dwóch, trzech lat, gdy każdy mecz oglądałem z ławki. Czasami czułem po sobie, że może zasługuję na jakąś szansę. Cierpliwość momentami mi się kończyła. Wiadomo, że każdy chce grać. Czasami jeździłem właśnie na młodzieżowe kadry. Było nas tak 18, może 19. Wszyscy bramkarze grali w klubach. Byli wtedy Oli Zych, Aleksander Bobek. Ja jako jedyny przyjeżdżałem na tę kadrę bez żadnych minut. I to też było dla mnie czasami przytłaczające.
Później jeździłeś na kadrę, grając w klubie, ale nie wybiegałeś na boisku. Jak w młodzieżowym Euro 2021, gdy Adam Majewski postawił na Kacpra Tobiasza. Nawet Cezary Kulesza obruszył się tym kiedyś w wywiadzie dla Interii.
- Tak, czytałem tę rozmowę. Ale ja absolutnie nie miałem urazy do trenera Majewskiego, którego bardzo szanowałem, szanuję cały czas. Nawet jeśli wiedziałem, że mam za sobą świetny sezon i uważałem, że zasługuję w tym momencie na grę, to absolutnie nie zmieniało mojego podejścia i nawet w roli trzeciego bramkarza cieszyłem się z tego, że mogę być na takiej imprezie i robiłem wszystko aby pomóc zespołowi. Na końcu jednak zawsze jest drużyna.
W piłce jest w ogóle czas na zwątpienie?
- Oczywiście, że tak. Myślę, że tak jak w każdym aspekcie życia, nie wszystko się zawsze układa i czasami też wątpisz, czy to, co robisz, jest właściwe.
Przyszło takie zwątpienie przed obecnym sezonem, gdy było jasne, że drużynę czeka rewolucja kadrowa?
- Duża rotacja zawodników, połowa składu odchodzi, połowa przychodzi - zadajesz sobie pytanie, czy to będzie funkcjonowało tak, jak do tej pory. Tym bardziej, że w sparingu z Widzewem przegraliśmy przed sezonem 1:7. Pojawiła się myśl, że być może szykuje się sezon przejściowy. Ale my od początku nie narzucaliśmy sobie sztucznej presji, bo byliśmy świadomi jak jakościową drużyną jesteśmy i, że to tylko kwestia czasu jak wszystko zacznie grać. A zagrało bardzo szybko.
Przed Jagiellonią mecz z Fiorentiną. Jest szansa pokazać się na rynku lig top 5 w Europie.
- Myślę, że to jest jedna z ostatnich rzeczy, na jakie zwracam uwagę w kontekście takich meczów. Jestem świadomy tego, że byłem obserwowany na wielu meczach i niekoniecznie były to sportowo najatrakcyjniejsze mecze. Więc nie potrzebuję dodatkowej motywacji w tym aspekcie. Wystarczającą jest sama świadomość tego, że będziemy mieć przyjemność zmierzenia się z tak jakościowym zespołem.













