Sensacja w Białymstoku, ale co się stało w Poznaniu. Gol w 75. sekundzie. Mistrz upokorzony
W pierwszym spotkaniu w nowym sezonie Ekstraklasy Jagiellonia przegrała w Białymstoku z beniaminkiem z Niecieczy 0:4. I nikt się pewnie nie spodziewał, że w drugim starciu tego dnia historia się powtórzy. Cracovia nowa w elicie nie jest, dokonała wielu ważnych roszad, ale przecież przyjechała na teren mistrza Polski, który w poprzednim sezonie wygrał tu 15 z 17 ligowych spotkań. A ona napoczęła go już w 75. sekundzie. Wygrała zaś 4:1 (2:1).

Gdy piłkarze Lecha Poznań i Cracovii rozgrzewali się jeszcze na murawie, w Białymstoku zakończyło się już pierwsze starcie nowego sezonu PKO Bank Polski Ekstraklasy. I to zakończyło się w tak sensacyjny sposób, że trudno wyobrazić sobie bardziej kosmiczny scenariusz. Jagiellonia, czyli poprzedni mistrz Polski, przegrała na własnym stadionie z beniaminkiem z Niecieczy 0:4. A mogła wyżej.
Kibice przy Bułgarskiej przyjęli ten wynik z uśmiechem. Niedługo później aktualny mistrz Polski z Poznania przegrywał z Cracovią 0:2. A po chwili mógł i 0:3. Fanom "Kolejorza" już tak do śmiechu nie było.
PKO Bank Polski Ekstraklasa. Sensacyjny początek starcia przy Bułgarskiej. Gol dla Cracovii już w pierwszej ich akcji
Pięć dni temu Lech przegrał starcie o Superpuchar z Legią Warszawa 1:2, ale jakoś specjalnie nikt się tym nie przejął. Niewiele znaczące trofeum tuż przed pierwszą ligową przeprawą, ale przede wszystkim - przed początkiem walki o Ligę Mistrzów. W tygodniu poznaniacy dowiedzieli się, ze czeka ich dwumecz z Breidablikiem, mecz z Cracovią był dla nich sprawdzianem formy. Bez Afonso Sousy, oszczędzanego ponoć na wtorek, ale i obecność Portugalczyka nie miałaby większego znaczenia.
Problemem Lecha jest bowiem obecnie defensywa, którą już... zakończono wzmacniać.

Lech zaczął niby ofensywnie, Cracovia niby się głęboko broniła, ale już pierwszy jej przechwyt, na słabo grającym Michale Gurgulu, zakończył się golem. Kontra dwóch na dwóch, Ajdan Hasić zagrał do Filipa Stojilkovicia, a Szwajcar w debiucie strzałem w bliższy róg zaskoczył Mrozka. Była 75. sekunda meczu.
Później przez niemal 15 minut nic się nie działo, bo z jednej strony przeszkadzał dym z odpalonych rac, a z drugiej - awaria transmisji Canal+.
Gdy już grę wznowiono, za wiele też się nie zmieniło. "Pasy" skupiły się obronie, szukały dalekich podań lub przechwytów po pressingu w środkowej strefie. I to się udało, po kiepskim podaniu do Alexa Douglasa znów do kontry ruszył duet Stojilkovic - Hasić. Tym razem zamienili się rolami, było 0:2. A mogło być i 0:3, gdyż bliźniaczą kontrę niecelnym strzałem wykończył Otar Kakabadze.
Lech wyglądał źle, zwłaszcza w obronie. Jego przewaga niewiele znaczyła, masa była niecelnych podań, ale w końcu Filip Jagiełło trafił zza pola karnego. Co z tego, skoro w tej akcji i tak wcześniej był spalony Mikaela Ishaka.
Na kwadrans przed końcem pierwszej połowy, choć formalnie już była 45. minuta, Lech dostał jednak karnego, po zagraniu ręką Gustava Henrikssona. Ishak trafił z 11 metrów, a doliczone 14 minut nie wniosło nic więcej.
Lecha Poznań - Cracovia w pierwszej kolejce Ekstraklasy. Kwadrans po przerwie wystarczył. Wszystko było już jasne
Cracovia prowadziła, ale już tak pewna sukcesu być nie mogła. W Lechu Niels Frederiksen dokonał zmiany na środku obrony - słabego Alexa Douglasa zastąpił Mateusz Skrzypczak. Reprezentant Polski wrócił więc na Bułgarską w meczu ligowym i przywitał się... golem. Tyle że samobójczym.
Akcja "Pasów" była przednia, zapisywanie bramki Skrzypczakowi, który niewiele mógł zrobić, jest trochę niesprawiedliwe. To Dominik Piła świetnie zagrał obok Milicia do Hasicia, ten uciekł Gurgulowi i znalazł się sam przed Mrozkiem. Piłka pewnie i tak by wpadła, bez interwencji Skrzypczaka.

A i to nie był koniec. W 60. minucie było już 1:4 - piłką stracił Gisli Thordarson, a Martin Minczew z dystansu przymierzył tuż obok słupka.
Na pół godziny przed końcem było więc po meczu, nikt chyba w poznańskiej ekipie nie wierzył już w zwrot akcji. Na trybunach chyba też, skoro Frederiksen do ratowania wyniku wysłał Bryana Fiabemę.
Tempo siadło, Cracovia spokojnie kontrolowała grę, to ona była bliżej podwyższenia na 5:1 niż Lecha trafienia po raz drugi.
Skończyło się na 1:4. W Lechu mają się czego bać przed dwumeczem z Breidablikiem. A w Krakowie trener Luka Elsner może spać spokojnie. A pewnie i o Benjaminie Källmanie kibice szybko zapomną, jeśli Stojilkovic będzie grać tak jak w piątek w Poznaniu.











