Reklama

Reklama

Richard Guzmics: Norwegowie nas nie szanowali, ale potem to my imprezowaliśmy

- Ludzie rozsiedli się przed telewizorami i czekali na nasz sukces. Przecież my przez 44 lata nie byliśmy na mistrzostwach Europy! A na mistrzostwach świata 36 lat! Może pan to sobie w ogóle wyobrazić? Czuje pan, w jakiej sytuacji przez lata była węgierska piłka? A teraz zrobiliśmy coś niesamowitego - o awansie na Euro 2016, dresie Gabora Kiraly'ego i nowej tradycji opowiada Interii Richard Guzmics, obrońca reprezentacji Węgier i Wisły Kraków.

INTERIA: Na Węgrzech jeszcze trwa święto?

Reklama

Richard Guzmics: - Już chyba nie. Po meczu bawiliśmy się z kibicami, na trybunach byli moi znajomi i rodzina. Później zeszliśmy do szatni, gdzie czekał na nas człowiek, który grał na keybordzie. Taka mała niespodzianka, specjalnie dla nas. 

W polskiej szatni króluje disco polo, a w węgierskiej?

- Też coś w tym stylu.

A "Dziewczyny o perłowych włosach" zespołu Omega nie było?

- Nie, tym razem puścili nam coś w innym rytmie (śmiech). Impreza trwała na całych Węgrzech. Ludzie rozsiedli się przed telewizorami i czekali na nasz sukces. Przecież my przez 44 lata nie byliśmy na mistrzostwach Europy! A na mistrzostwach świata 36 lat! Może pan to sobie w ogóle wyobrazić? Czuje pan, w jakiej sytuacji przez lata była węgierska piłka? Wszyscy u nas narzekali na piłkarzy, pytali czemu jesteśmy tacy słabi. Uważano, że wszystko co związane z piłką nożną jest złe. Ale teraz coś się zmieniło, zrobiliśmy coś niesamowitego. Otwieramy nowy rozdział węgierskiej piłki!

Co złego działo się z futbolem w ojczyźnie Ferenca Puskasa?

- Gdybym to ja wiedział... Dzieci niby garną się do piłki, ale nic z tego nie wynikało. Z drugiej strony nie mamy porządnych stadionów, brakuje systemu szkolenia, organizacja szwankuje na każdym kroku. Wszyscy czekali na sukces, tylko że nie było ku temu podstaw. Dopiero teraz zaczynamy budować stadiony, mamy awans na Euro, więc może coś ruszy. Jest szansa na nowe otwarcie. Poczułem, że jesteśmy jednością. Nie mamy świetnych piłkarzy, którzy graliby w Bayernie czy Realu Madryt, ale mamy zespół. 

O co  zagracie na Euro? Bo nie czarujmy się - jedziecie jako jedna z najsłabszych drużyn.

- Norwegowie też się cieszyli, że na nas trafili w barażu. Wyczuwałem, że w ogóle nie mają do nas szacunku, a tymczasem wygraliśmy z nimi oba mecze. Nie jeden, ale dwa! Na Euro też możemy sprawić niespodziankę.

Twarzą waszej kadry jest bramkarz Gabor Kiraly.

- To świetny facet. Urodził się tam gdzie ja, czyli w Szombathely. Profesjonalista pełną gębą. Wystarczy, że chwilę z nim porozmawiasz i widzisz charyzmę. To samo czuć na boisku. 

Ale tak szczerze - te spodnie dresowe, w których gra, trochę was nie bawią?

- Skądże, na Węgrzech to już symbol! Przecież występując w nich promował naszą piłkę w takich zespołach jak Hertha Berlin, Crystal Palace czy TSV 1860 Monachium. Całą karierę gra w tych spodniach, tak samo na treningach. Poza tym Kiraly po polsku znaczy "król" (śmiech).

Piłka nożna jest u was sportem numer jeden?

- Tak, choć ostatnio na popularności zyskał hokej na lodzie [Węgrzy awansowali do elity, w decydującym meczu pokonali w Krakowie Polaków]. Dużo ludzi interesuje się też piłką ręczną i piłką wodną. Kibice piłkarscy bardzo pragnęli sukcesu i dzięki niemu moda na futbol wraca. Bilety na nasze mecze rozchodzą się bardzo szybko.

Jeśli zagra pan na Euro, to marzenia reprezentacyjne zostaną spełnione?

- Z jednej strony wiem, że zrobiłem coś dla węgierskiej piłki po 44 latach, ale z drugiej strony chcę więcej.

Na Węgrzech taki sukces jak awans do Euro świętujecie piwem czy winem?

- Wino... Albo nie, piwo (śmiech). Coś panu opowiem - dzień przed każdym meczem eliminacji chodziliśmy całą drużyną do kościoła. Modliliśmy się, rozmawialiśmy, a później ksiądz każdemu nalewał do kielicha święcone wino. Ta tradycja zaczęła się dopiero podczas eliminacji. Zobaczyliśmy jednak, że rodzi się coś dobrego, więc chodziliśmy do kościoła przed każdym meczem. No i skończyło się awansem.

Dla pana to szczególny sukces, bo jeszcze dwa lata temu cały kraj nie mógł panu wybaczyć bramki straconej z Rumunią. Jakby tego było mało, później został pan jeszcze bez klubu.

- No tak, trochę mnie ta sytuacja podłamała, ale nie dałem się złamać. Dużo i ciężko pracowałem, a ten mecz z Rumunią ciągle siedział mi w głowie. W końcu go jednak wymazałem z pamięci, ciężko trenowałem i teraz mam nagrodę.

A nie miał pan chwili zwątpienia? 

- Bywało ciężko. Długo o tym myślałem, ale na końcu wysnułem prosty wniosek, że muszę myśleć pozytywnie i wtedy wszystko powinno być dobrze. Wszyscy wokół mi pomagali: rodzina, przyjaciele, znajomi. To było ważne wsparcie, dzięki któremu wyznaczyłem sobie cel.

Zaskoczyło mnie, że w barażu ani minuty nie zagrał Nemanja Nikolić, który w polskiej ekstraklasie jest gwiazdą.

- Tak, ale trener potrzebował napastnika, który będzie też bronił. Gdy drużyna ma atakować, to Nikolić może się wykazać, ale gdy gramy z kontry, to do tej taktyki potrzebny jest inny zawodnik. 

Rozmawiał: Piotr Jawor

Dowiedz się więcej na temat: piła nożna | Richard Guzmics | Wisła Kraków | Węgry | Euro 2016

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje