Rewolucja w Widzewie. Znamy powody zmian. "7 mln euro to wielka kwota"
O Widzewie Łódź można wiele napisać, ale nie to, że wokół tego klubu jest w tym sezonie spokój. Drużynę prowadzi aktualnie już trzeci trener, a w środę doszło do kolejnych zwolnień - pracę stracili dyrektor sportowy Mindaugas Nikolicius i sprowadzony przez niego dyrektor ds. rekrutacji Igor Cerina. O tym, co się dzieje w klubie, rozmawiamy z Dariuszem Adamczukiem, który kilka tygodni temu związał się z Widzewem w roli pełnomocnika zarządu ds. sportu, a obecnie układa go po swojemu.

Przemysław Langier (Interia Sport): Dlaczego z pracą pożegnał się Mindaugas Nikolicius?
Dariusz Adamczuk (Widzew Łódź): - Dużo na ten temat powiedziałem w oświadczeniu klubowym. Nie lubię podejmować takich decyzji, bo jak wiesz - pracując w Pogoni Szczecin nie zwolniłem żadnego trenera. To, co się dzieje teraz w Widzewie, na pewno nie służy klubowi i kibicom, ale uznaliśmy, że zmiany były potrzebne, by pójść do przodu.
Jak dyrektor zareagował na zwolnienie? Spodziewał się go?
- Co w gabinetach, to w gabinetach.
Z jednej strony trudno dziś mówić, by transfery Nikoliciusa przełożyły się na efekty, z drugiej na moment ich dokonywania wyglądały naprawdę dobrze. Nie jest tak, że aby realnie ocenić dyrektora sportowego, trzeba trochę poczekać?
- Sam byłem dyrektorem sportowym i wiem, że transfery zawsze potrzebują czasu. Na końcu to zawsze trener pracuje z zawodnikami. To też nie pomaga, że mieliśmy ich już trzech w ciągu piętnastu kolejek, ale mimo wszystko wydaje 7 mln euro na polskie warunki to bardzo, bardzo duża kwota.
Z tej wypowiedzi wynika, że głównym powodem rozstania było wydanie dużej kwoty, która przełożyła się na zbyt małą jakość.
- Między innymi, bo mieliśmy też troszkę inną wizję budowania drużyny, ale to zostawiam między nami. To nie była prosta decyzja, bo gdy sam zostałem zwolniony z Pogoni Szczecin, to też nie były łatwe momenty dla mnie, ale na końcu te decyzje trzeba było podjąć. Niko i Igorowi dziękuję za ich pracę.
Gdy pojawiła się informacja, że przychodzicie do Widzewa wraz z Piotrem Burlikowskim i Sławomirem Rafałowiczem, chyba każdy już czuł pismo nosem, że zbliża się czyszczenie kadr. To był moment, w którym właściwie było pewne, że dojdzie do dymisji, jakie przypieczętowaliście w środę?
- Nie. Od naszego przyjścia minęło sześć tygodni. To był czas na poznanie struktury klubu, poznanie skautingu. To była bardzo intensywna praca i nie było przed naszym przybyciem założenia, że takie będą następne kroki.
Robert Dobrzycki dał swobodę w ułożeniu Widzewa na nowo
Wpadliście w tryb optymalizacji ustawień?
- Tak. Robert Dobrzycki przejął Widzew z wszystkimi ludźmi, którzy byli tu wcześniej. Tak naprawdę to nie Robert zwalniał i zatrudniał trenerów, nie on zwalniał Niko. Nie chcę mówić, że daje nam pełną dowolność, ale dość duże zaufanie już tak. Takie zaufanie miał też Niko. Na końcu właściciel oczekuje ofektów.
To jak to działa w praktyce? Podejmujecie decyzję o zwolnieniu dyrektora i informujecie o tym właściciela? Bez żadnej presji z jego strony, że trzeba pomyśleć o zmianie na tym stanowisku?
- Nie było żadnej presji. Robert Dobrzycki nas zatrudnił - mówię tutaj o trójce, którą wymieniłeś - i dał nam przestrzeń. On ma co robić, ma potężną firmę, a w Widzewie ludzi od tego, by wszystko "hulało". Daje na to pieniądze oraz zaufanie. Wcześniej miał je do trenerów i tak dalej. Chcę to jasno powiedzieć, że Robert nie jest zaangażowany w zmiany w Widzewie Łódź.
Kiedy już nie będziemy mówić o optymalizacji, a stałym modelu zarządzania? To już ten moment?
- Myślę, że tak. Trzeba było to zrobić prędzej niż później, jednocześnie wiedząc, że będziemy narażać się na komentarze, czy artykuły, że Widzew znowu płonie. Chciałbym, by o Widzewie mówili przez pryzmat wyników, a nie zmian trenerów, czy "na górze". To nie jest mój styl zarządzania.
Robert Dobrzycki dziesiątki razy powtarzał, że obecny sezon wcale nie jest musowy pod kątem zajęcia wysokiego miejsca w lidze, bo to dopiero początek drogi, ale tak szczerze - ile dziś jest w nim rozczarowania?
- Na pewno ono jest. Minione okienko było rekordowym w historii polskiej piłki i - jakby to powiedzieć - na te pieniądze, które zostały wydane, właściciel liczył na ciut wyższą pozycję w tabeli. Jest trochę, jak powiedziałeś, że nie mamy złych zawodników. Ale nie mamy drużyny. To trzeba zdecydowanie poprawić.
Widzew walczy o ciekawszą wiosnę
Okiem osoby, która w tym biznesie siedzi wiele lat, widzisz szansę, że Widzew jeszcze w tej rundzie będzie szedł w górę?
- Ważne są dla nas te trzy mecze ligowe i mecz Pucharu Polski. One dadzą pewne odpowiedzi, bo mogą nam dać albo sytuację, że na wiosnę o nic już nie gramy i spokojnie budujemy drużynę, albo podłączamy się o grę w pucharach. Dziś wygranie trzech kolejnych meczów - co pokazał Radomiak - może pozwolić na wskoczenie do strefy pucharowej. Jeśli dobrze wszystko poukładamy, runda wiosenna będzie bardzo ważna.
Co do szatni wniósł Igor Jovićević?
- Swoje doświadczenie. Bo jeśli mówimy o punktach, to jest ich zbyt mało. Tak naprawdę musiałbyś zapytać zawodników, bo to oni przebywają z nim na co dzień. Ja znam Igora i jego warsztat i na pewno sięgając po niego, nie brałem go na sezon. To kompletnie nie spina się z moją koncepcją. Kosta Runjaić pracował w Pogoni przez cztery sezony. Najpierw ją utrzymał w trudnym czasie po Macieju Skorży, gdy mieliśmy bodajże 9 punktów po 15 meczach, a w następnym sezonie zaczęliśmy od czterech punktów w ośmiu meczach. Dziś Kosta jest w Serie A, a być może, gdyby podjął wtedy decyzję, by się rozstać po ośmiu meczach, jego sytuacja inaczej by wyglądała. Ale ja wiedziałem, że to dobry trener, i teraz to samo mogę powiedzieć o Igorze. Potrzebujemy tylko troszkę czasu, bo ta drużyna miała już trzech trenerów. Każdy z nich miał swoją koncepcję, a zawodnicy za każdym razem muszą się do niej przestawić.
Jak w tym momencie będzie wyglądać struktura Widzewa? W wypowiedzi cytowanej na stronie klubu, pada twoje zdanie: "Chcę, by w Dziale Sportowym obowiązywał model pracy proponowany przeze mnie". Czyli jaki?
- Taki, w którym jest osoba odpowiedzialna za transfery. Tą osobą będę ja. Oczywiście nigdy nie robię transferów sam - po to przyszli Piotr Burlikowski, czy Sławek Rafałowicz, po to jest skauting. W moim modelu to ja na końcu muszę podjąć decyzję w porozumieniu z trenerem. Ja mogę lubić jakiegoś zawodnika, ale to trener na końcu z nim pracuje, więc przy transferze musi być jasny i klarowny podpis z jego strony. Wiemy, jakich trener chce zawodników, na jakie pozycje, o jakim profilu, co ułatwia nam ich poszukiwania. Tak to działało w Pogoni - dlatego mieliśmy tam bardzo mało przestrzelonych transferów. Oczywiście nie gwarantuję, że każdy transfer będzie udany, bo tak nie będzie, natomiast mimo iż są tutaj większe pieniądze, mogę zagwarantować, że każdy będzie przemyślany. Nie chcemy robić transferów dla transferów, by kibice, czy środowisko byli zadowoleni, że coś się dzieje. Wolę zrobić mniej transferów, ale takich, by były jakościowe.
Czyli do tej pory ty recenzowałeś dyrektora sportowego, ale teraz wpadasz w te tryby, w których sam będziesz recenzowany?
- Nie recenzowałem dyrektora sportowego, bo gdy tu przyszedłem, transfery były już zrobione. Jedyny, który zrobiłem, to Gikiewicza do Zagłębia. Nie doszliśmy jeszcze do momentu, jak miałoby to wyglądać zimą.
Pytam bardziej o to, kto będzie oceniał ciebie i twoją pracę?
- Zarząd, właściciel, kibice, dziennikarze… Tak to wygląda.
Widzew i transfery. Jak to będzie wyglądać zimą
Kibice lubią pytać "gdzie są transfery". Okno otworzy się za niespełna dwa miesiące. Jakie macie na nie plany?
- Nie chciałbym szeroko mówić, jakich zawodników będziemy szukać, bo mamy jeszcze cztery mecze. Trener cały czas obserwuje drużynę, choć ma już swoje spostrzeżenia. Na pewno nie będzie 14 transferów, bo potrzeba stabilizacji. Trener też przyszedł po to, by rozwijać tych chłopców. Tak naprawdę niektóre "transfery" są w klubie - wystarczy czasem kogoś rozwinąć. Wzięliśmy takiego trenera, który potrafi to robić. Jak prześledzisz sobie transfery, które wyszły z Szachtara Donieck w Europę i to, gdzie ci piłkarze grają, to budzi szacunek. Transfery będą, ale bardzo przemyślane.
Czyli jednym z powodów, dla którego wzięliście Igora Jovićevicia, była jego historia w rozwijaniu młodych piłkarzy?
- Ogólnie rozwijanie zawodników. Nie chcemy trenera, który powie: dajcie mi gotowych zawodników, a ja wam zrobię wynik. Tak może powiedzieć Mourinho, czy inni trenerzy pracujący w innych realiach budżetowych.
Ile prawdy jest w medialnych doniesieniach, że celujecie bardzo wysoko, jeśli chodzi o nazwiska? Tomasz Włodarczyk z Meczyków ostatnio mówił, że interesowaliście się sytuacją Kacpra Kozłowskiego. To by było bardzo wysoko.
- Pomidor. Ale na pewno brakuje nam Polaków w drużynie, a to ciężkie tematy. Wiemy z Piotrkiem Burlikowskim z poprzednich klubów, że ściągnąć Polaka to duże koszty, ale będziemy nad tym pracować. Trzeba też patrzeć w kierunku akademii i wychowywania swoich zawodników. Aby baza dobrze się rozwinęła, potrzeba trochę czasu. Mój model w Pogoni Szczecin opierał się na ściąganiu piłkarzy do pierwszej jedenastki, natomiast na ławce chciałem mieć młodzież. W ten sposób Pogoń, mimo mniejszego budżetu niż w Legii, Lechu i Rakowem, cały czas walczyła z tymi klubami o mistrzostwo Polski.
Mówisz o sprowadzaniu Polaków. Mówimy o Polakach z Polski, czy z zagranicy?
- Nie zamykamy się na żadną z tych opcji. Z Polski przyszli Bergier i Fornalczyk, co pokazuje, że piłkarze z rynku wewnętrznego mogą też odpalić.
W przypadku piłkarzy zagranicznych celujecie w taką półkę, jak wspomniany Kacper Kozłowski? Nie mówię konkretnie o nim, ale o półkę, na której się znajduje.
- Żeby zbudować drużynę, która ma grać o mistrzostwo Polski i co roku grać o europejskie puchary, to tak - zawodnicy ocierający się o reprezentację Polski lub którzy mają duże doświadczenie w ligach zagranicznych muszą być brani pod uwagę.
Rozumiem, że transfery będą do podstawowej jedenastki - tak, jak przed chwilą mówiłeś odnosząc się do Pogoni.
- Jeśli mówimy o okienku zimowym, to tak.
Czternastu transferów nie będzie, ale macie w głowie liczbę?
- Nauczyłem się nie mówić o takich rzeczach, bo potem jest łapanie za słówka. Sprowadzimy tylu, ilu się uda, bo okienko zimowe nie jest łatwe i - tak jak powiedziałem - nie będziemy robić transferów tylko po to, żeby je zrobić. Jeżeli będziemy pewni, że chłopak nam pomoże - to go weźmiemy. Możemy zrobić jeden transfer, a możemy zrobić cztery.
Dlaczego nie może odpalić wasz najdroższy transfer z lata? Gdzie leży problem Zeqiriego?
- Na pewno nie pomogło mu to, że ostatni mecz przed przyjściem do Widzewa rozegrał 15 marca. Według naszej trójki - mnie, Piotrka Burlikowskiego i trenera - nie pomagają mu też wyjazdy na reprezentację, choć wiadomo, że dla niego jest to zawsze świetna informacja. Zostając w klubie trochę zaległości by nadrobił. Mamy nadzieję, że po okresie przygotowawczym, którego większość spędzimy w Turcji, dojdzie do siebie. Choć mam też nadzieję, że jeszcze w tych czterech meczach coś strzeli. W przypadku napastnika czasem pierwsza bramka uwalnia następne.
Jeśli będą transfery do klubu, to muszą być też z klubu. Wielu piłkarzy jest na waszej liście transferowej?
- To przed nami. Mamy jakieś swoje przemyślenia, ale dopiero po ostatnich czterech meczach usiądziemy z trenerem. Pytanie jest też inne - czy ściągniemy na określone pozycje lepszych zawodników.
To inaczej - macie w głowie konkretne nazwiska, które są bliżej odejścia z klubu niż pozostania?
- Na dziś każdy z zawodników ma szansę zostania w klubie. Każdy ma kontrakt i nie chciałbym mówić o ich odejściach, bo to są piłkarze Widzewa Łódź, a my w każdego z nich wierzymy.
Co w tym momencie jest waszym głównym sportowym celem?
- Nie powiem, jak Kamil Grosicki, gdzie Pogoń ma tyle samo punktów, co my, że walczymy o utrzymanie, bo to na pewno nie jest naszym celem. Jest nim powalczenie "o coś" - czy to w Pucharze Polski, czy przez ligę. A już takim stuprocentowym celem jest to, by drużyna, którą będziemy mieli na wiosnę, uzupełniona jeszcze latem, zaczęła kolejny sezon z wysokiego "C". Nie boimy się tego mówić, bo po to przyszliśmy do Widzewa. Po to zostawiliśmy z Piotrkiem rodziny w swoich miastach, by realizować projekt wielkiego Widzewa nawiązującego do swoich najlepszych czasów z lat 80. i 90. Wierzę, że to nam się uda.
Przed tym sezonem nie znalazłbym ani jednej osoby wśród władz Widzewa, która powiedziałaby, że już w nim będziecie walczyć o mistrzostwo Polski. Ale patrząc na wielkość tego klubu, potencjał, pieniądze, zastanawiam się, kiedy nadejdzie moment, w którym wprost powiecie: Widzew w tym roku bije się o mistrzostwo?
- W sumie odpowiedziałem już pytanie temu. W przyszłym roku chcemy się włączyć do walki o puchary, a jak się włączasz w walkę o puchary, to czasem o tym, kto jest mistrzem, decyduje jeden, czy dwa mecze. W kolejnym sezonie nie ma już wymówek.
Wiele ostatnio było komunikatów. Kolejnych już nie będzie?
- To nie jest mój styl, by były kolejne. O Widzewie ma się mówić przy okazji wygranych meczów. Mamy nowego trenera, mamy nowy pion sportowy, a to w klubie jest najważniejsze. Nie wykluczamy jeszcze drobnych korekt w akademii - choć mówię o jej wzmocnieniu, a nie kolejnych osobach "out", bo klub bez dobrej akademii to nie jest klub. Mamy do tego warunki, buduje się baza, są pieniądze na ten cel - ale to wspominam na marginesie, bo wiadomo, że dla kibiców najważniejszy jest pierwszy zespół.














