Od kwietnia ubiegłego roku w Widzewie wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Tyle że na razie trudno powiedzieć, by te zmiany przynosiły oczekiwane efekty. Nadzieje kibiców związane z przejęciem klubu przez Roberta Dobrzyckiego były ogromne. Najwięksi optymiści przewidywali, że już w poprzednim sezonie zespół zacznie walczyć co najmniej o europejskie puchary, a klub wkrótce rozpocznie budowę nowego stadionu na 35 tysięcy osób. Nic z tych rzeczy.
Podstawy do takich oczekiwań rzeczywiście były. Do Widzewa sprowadzono 23 piłkarzy, na których wydano rekordowe w polskiej lidze około 23 mln euro. Sam Osman Bukari kosztował 5,5 mln euro, co do dziś pozostaje rekordowym transferem w historii Ekstraklasy.
Na boisku nie przełożyło się to jednak na oczekiwany wynik. Widzew dopiero w ostatniej kolejce zapewnił sobie utrzymanie w Ekstraklasie, a zespół prowadziło aż czterech trenerów: Żeljko Sopić, Patryk Czubak, Igor Jovićevic i Aleksandar Vuković.
Dopiero temu ostatniemu udało się uniknąć najgorszego scenariusza. Widzew nie spadł z ligi, choć jego gra, szczególnie na wyjazdach, pozostawiała wiele do życzenia. Cel został jednak osiągnięty.
Nowy pion sportowy, nowa wizja
W tym sezonie miało być lepiej. Jednym z filarów zmian miał być nowy pion sportowy. W poprzednich rozgrywkach za politykę transferową odpowiadali najpierw Mindaugas Nikolicius, a później Dariusz Adamczuk. Niewypał transferowy z Osmanem Bukarim oraz nieudana współpraca z trenerem Igorem Jovićeviciem zakończyły się odejściem srebrnego medalisty olimpijskiego.
Stery pionu sportowego przejął Łukasz Masłowski, jeden z twórców sukcesów Jagiellonii Białystok. Wspierają go Artur Płatek, pełniący funkcję dyrektora sportowego, oraz Piotr Kosiorowski, szef skautingu.
Od początku nie było jednak tajemnicą, że Masłowski i Vuković nie patrzą na futbol w taki sam sposób. Szef pionu sportowego najchętniej zmieniłby trenera wcześniej, ale Serb zrealizował najważniejszy cel, czyli utrzymał Widzew w Ekstraklasie. Jego zwolnienie tuż po zakończeniu sezonu byłoby trudne do obrony. Trzeba było więc poczekać na odpowiedni moment.
Vuković nie pasował do układanki Masłowskiego
Ten moment przyszedł szybciej, niż można było się spodziewać. Choć w tym sezonie gra Widzewa, przynajmniej w ofensywie, wyglądała lepiej zespół zdobywał mniej punktów niż wiosną pod wodzą Vukovicia.
Oczywiście nie wszystko można było zrzucić na trenera. We Wrocławiu sędziowie wypaczyli wynik spotkania, w doliczonym czasie meczu z Lechem Poznań fatalny błąd popełnił Bartłomiej Drągowski, a przeciwko Koronie piłkarze Widzewa obijali słupki i poprzeczki.
Fakty pozostawały jednak nieubłagane. Po siedmiu kolejkach Widzew miał tylko siedem punktów, a dodatkowo odpadł z Pucharu Polski. Droga do walki o europejskie puchary znów zaczęła się wydłużać.
Ostatni mecz Vukovicia na ławce Widzewa był jednocześnie jednym z najsłabszych w tym sezonie. Łodzianie zremisowali z Radomiakiem 0:0. Trener nadal jednak pracował, a Łukasz Masłowski w Canal+ zapewniał, że szkoleniowiec ma czas, by zespół zaczął grać na miarę oczekiwań. Do czwartku.
Po treningu w szatni pojawił się Masłowski i poinformował Vukovicia, że ten przestaje być trenerem Widzewa. Serb miał być zaskoczony, szczególnie że już w niedzielę łodzian czekał mecz na Łazienkowskiej z Legią Warszawa, czyli klubem, który prowadził w przeszłości.
Masłowski tak tłumaczył decyzję o zmianie szkoleniowca: - Mieliśmy dość sporo czasu, by zastanowić się, czy wizja z trenerem Vukoviciem odniesie sukces. Nie ocenialiśmy tego tylko przez pryzmat jednego meczu. Patrzyliśmy, jak wyglądał Widzew w poprzednim sezonie, w okresie przygotowawczym i podczas mikrocykli. Doszliśmy do wniosku, że inaczej patrzymy na futbol i musimy poszukać trenera, którego model będzie bliższy mojej wizji i wizji zarządu - podkreślał.
- Zgadzam się, że Widzew potrzebuje stabilizacji i mam nadzieję, że tych zmian będzie coraz mniej - dodał.
25 milionów euro za 32 piłkarzy
W Widzewie po raz trzeci zmieniła się również strategia transferowa. Najpierw Nikolicius celował przede wszystkim w piłkarzy z potencjałem sprzedażowym. Zespół jednak słabo punktował. Później Adamczuk sprowadzał zawodników za ogromne pieniądze, otwiera się w nowym oknie, którzy mieli być gotowi do gry od razu. Na transfery wydał ponad 15 mln euro, ale efekty ponownie nie były takie, jakich oczekiwano.
Masłowski obrał inną drogę. Latem do Widzewa trafiło dziewięciu zawodników, ale klub wydał na nich około 2 mln euro. Część pozyskano za darmo, część wypożyczono.
W sumie w ciągu półtora roku do Widzewa trafiło 32 piłkarzy, a wydatki transferowe wyniosły około 25 mln euro. Do tego dochodzą bardzo wysokie, jak na polskie warunki, kontrakty niektórych zawodników. Andi Zeqiri miał zarabiać około 1,3 mln euro rocznie.
Jeśli zestawić wydatki transferowe z dorobkiem punktowym, wychodzi ponad 500 tys. euro za każdy zdobyty punkt. 25 mln euro podzielone przez 49 punktów daje około 510 tys. euro, czyli ponad 2 mln złotych.
Stolarski ma odwrócić sytuację
W piątek Widzew przedstawił następcę Vukovicia. Zespół objął 33-letni Mateusz Stolarski. Nowy trener przez cztery lata był związany z Motorem Lublin. Najpierw pracował jako asystent, a od marca 2024 roku jako pierwszy szkoleniowiec. W pierwszym pełnym sezonie doprowadził Motor do najwyższego w historii klubu, siódmego miejsca w Ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach lublinianie zajęli dopiero 12. pozycję, a Stolarski został zwolniony. W 82 meczach w roli pierwszego trenera zdobywał średnio 1,39 punktu na spotkanie.
Teraz przed nim zdecydowanie trudniejsze zadanie. Musi szybko poukładać zespół, który w siedmiu kolejkach zdobył siedem punktów, a na pierwszy ogień dostał mecz z Legią na Łazienkowskiej.
- Nie będę dawał deklaracji dotyczących wyników i stylu, bo kibice chcą zobaczyć efekty, czyli naszą postawę na boisku. Powiem tylko, że w Motorze nie mieliśmy najlepszych piłkarzy czy najlepszego sztabu, ale mieliśmy potencjał i sprawiliśmy, że fani mogli się z nami identyfikować - powiedział Stolarski.
- Jestem jeszcze przed pierwszym treningiem z zespołem i poznaniem zawodników od wewnątrz. Oczywiście byłem przygotowany do rozmów z Widzewem. To, co można było zobaczyć na wideo, z tym się zapoznałem. W moich drużynach zawsze było tak, że nawet kiedy skazywano nas na pożarcie, próbowaliśmy wygrać. Czasem się udawało, a czasem trzeba było przełknąć gorzką pigułkę porażki - dodał.
























