Rewelacja Ekstraklasy przegrywała do 90. minuty. Potem stało się to. Sceny w Krakowie
Cracovię śmiało można nazwać rewelacją dwóch pierwszych kolejek nowego sezonu Ekstraklasy. Po odejściu Dawida Kroczka drużynę przejął Luka Elsner - 43-letni Słoweniec z doświadczeniem m.in. w Ligue 1, który jak na razie świetnie radzi sobie w realiach naszej ligi. Po premierowych zwycięstwach w niedzielne popołudnie do Krakowa przyjechała Lechia Gdańsk, która napsuła gospodarzom krwi. Finalnie byliśmy świadkami wielkich emocji w samej końcówce.

Cały poprzedni sezon Cracovię prowadził Dawid Kroczek, który już kwietniu 2024 roku przejął pierwszy zespół po Jacku Zielińskim, choć pierwotnie miał pracować tylko z rezerwami. Najpierw dokończył z drużyną kampanię 2023/2024 (13. miejsce), po czym dostał szansę na dłużej. Pod jego wodzą krakowianie uplasowali się na solidnym, szóstym miejscu z 51. punktami na koncie. Mimo to już w połowie maja br. klub przekazał, że kontrakt Kroczka nie zostanie przedłużony.
Jego miejsce zajął Luka Elsner. CV Słoweńca wygląda naprawdę ciekawie. Trenerskie szlify zbierał na ojczyźnie, po czym przeniósł się kolejno na Cypr oraz do Belgii i Francji. To właśnie tam spędził ostatnie lata kariery jako szkoleniowiec Standard Liege, Le Havre AC oraz Stade Reims. Z przedstawicielem Ligue 1 pożegnał się na początku lutego tego roku. Wiosną po 43-latka zgłosiła się Cracovią, z którą Elsner rozpoczął nowy sezon Ekstraklasy. I to w jakim stylu!
Tak gra Cracovia Elsnera
W pierwszej kolejce "Pasy" na wyjeździe rozbiły Lecha Poznań 4:1. Do siatki mistrza Polski trafiali wszyscy trzej ofensywni zawodnicy gości: ściągnięty rok temu z Besiktasu Ajdin Hasić, Martin Minchev, za którego zimą zapłacono tureckiemu Caykurowi Rizespor pół miliona euro oraz Filip Stojilković - następca Benjamina Kallmana. Szwajcar został ściągnięty za taką samą kwotę w trakcie obecnego okienka. Jego poprzednim pracodawcą był niemiecki Darmstadt 98. Cracovia w meczu z Lechem nie potrzebowała piłki, którą na przestrzeni całego spotkania posiadała zaledwie przez 25 proc. czasu gry. Liczyła się zabójcza skuteczność w kontrach oraz pressing na połowie przeciwnika.
Luka Elsner preferuje grę trójką stoperów. Kluczową rolę w tym systemie odgrywają wahadłowi, którymi w przypadku Cracovii są David Olafsson i Otar Kakabadze. Formację z trzema stoperami za czasów Bayeru Leverkusen uwielbiał również Xabi Alonso, który w sezonie 2023/2024 nie przegrał żadnego meczu w Bundeslidze. Tam na wahadłach szaleli Jeremie Frimpong i Alex Grimaldo. Bayer z silniejszymi rywalami także zbyt często nie potrzebował futbolówki. Bazował na szybkich kontratakach oraz składnych, kombinacyjnych akcjach z ataku pozycyjnego. Oczywiście, porównanie obu drużyn i szkoleniowców - zaledwie po dwóch kolejkach Ekstraklasy - jest niedorzeczne, ale kto zabroni nam marzyć, żeby z zachowaniem proporcji, na naszym podwórku również doczekać się małej namiastki geniuszu gry w takim stylu?
W drugiej serii gier Cracovia potwierdziła, że wyczyn w starciu z Lechem nie był przypadkiem. Tym razem na własnym stadionie ekipa Luki Elsnera pokonała Termalikę Nieciecza 2:0. Tydzień wcześniej Beniaminek rozbił na wyjeździe 4:0 Jagiellonię Białystok. Krakowianie znów "podzielili się" piłką z rywalem. W całym spotkaniu to Termalica miała ją dłużej, ale nie przełożyło się na to na bramki. Bramki, które znów zdobywała Cracovia. To sprawiło, że po dwóch kolejkach Cracovia była liderem tabeli. Nawet po rozpoczęciu trzeciej, kiedy na pierwsze miejsce wskoczyła Wisła Płock, "Pasy" wciąż mogły pochwalić się najlepszym bilansem bramkowym (6:1).
Lechia postawiła się rewelacji ligi. Remis w Krakowie
W niedzielę w stolicy Małopolski zawitała Lechia Gdańsk. Zawodnicy Johna Carvera byli po dwóch porażkach - 1:2 z Górnikiem Zabrze i 3:4 z zespołem Nielska Frederiksena. Trzeba przyznać, że terminarz zespołu z Trójmiasta nie jest najłatwiejszy. Mecz Cracovia - Lechia miał rozpocząć się o godz. 14:45, jednak najpierw byliśmy świadkami uczczenia minutą ciszy 81. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Organizatorzy i kibice zadbali o olbrzymie emocje. Jednym słowem: ciary.
Doping fanów gospodarzy od pierwszych sekund był olbrzymi, wręcz zagłuszający. Nic dziwnego, skoro piłkarze Cracovii od razu zaczęli nękać rywalami groźnymi akcjami. W 6. minucie kontrę Lechii zatrzymał Gustav Henriksson. Skończyło się na żółtej kartce i kiepskim wykonaniu rzutu wolnego przez gości. Z perspektywy trybuny prasowej doskonale było widać linię defensywy Cracovii złożoną z pięciu zawodników. W ofensywnych fazach wahadłowi bezcennym wsparciem. Po dziesięciu minutach gry to jednak piłkarze z Gdańska cieszyli się z gola. Do siatki trafił Tomas Bobcek. Słowak wygrał pojedynek fizyczny z defensorami, po czym z "rywalem na plecach" obrócił się w stronę bramki i uderzył z woleja.
Cztery minuty później Cracovia mogła doprowadzić do wyrównania, jednak z prawej strony pola karnego niecelnie dośrodkowywał Kakabadze. W tych obszarach boiska wielu prób dryblingu podejmował Hasić. Bośniak momentami schodził także na pozycję ofensywnego pomocnika. Po golu dla ekipy Johna Carvera groźnych akcji było jak na lekarstwo. Jedno jest pewne - krakowianie nie błyszczeli tak jak w dwóch pierwszych meczach Ekstraklasy, choć i tak kontrolowali to, co dzieje się na murawie. W 35. minucie nareszcie coś drgnęło. Wśród kłębów dymu z rac unoszącego się nad stadionem, po rzucie rożnym gospodarze dwukrotnie uderzali głową, jednak cuda w bramce Lechii wyczyniał Szymon Weirauch. Minutę później 21-latek musiał jednak wyciągać piłkę z siatki. Od razu po wybiciu z własnej szesnastki Amir Al Ammari zgrał futbolówkę głową. Kiedy zrobiło się niebezpiecznie, obrońca Lechii - Maksym Dyachuk - również z główki chciał zagrać do swojego golkipera. Wtedy zza jego pleców wyskoczył Filip Stojilković, który delikatnie przelobował Weiraucha. Cracovia doprowadziła do remisu, a Szwajcar strzelił drugiego gola w sezonie.
Kilka minut przed końcem pierwszej połowy kibice gospodarzy zamarli. Futbolówkę poza plac gry wybił Ajdin Hasić. 23-latek padł na murawę i zakrył twarz koszulką. Chwilę później jego miejsce zajął Mateusz Praszelik. Nie wiadomo, jak poważny jest uraz Bośniaka. W doliczonym czasie gry jeden z zawodników huknął tak, że bramka drżała przez dobrych kilka sekund po uderzeniu w spojenie. Chwilę potem obie ekipy zeszły do szatni.
Zaraz po powrocie na boisko goście drugi raz wyszli na prowadzenie. Kapitalnie z dystansu uderzył Ivan Zhelizko. W 59. minucie mogło być już 3:1, ale kluczową interwencją we własnym polu karnym popisał się Wójcik. Potem - po rzucie rożnym - bramkarz Lechii kolejny raz uratował zespół przed utratą gola - i to dwukrotnie. Jego interwencje okazały się kluczowe. Gospodarze nie potrafili tworzyć sobie dogodnych sytuacji, często zagrywali niechlujnie, niedokładnie, na co wściekła się Luka Elsner. Jednocześnie zawodnicy gdańskiej Lechii poczynali sobie coraz odważnej. Czuli, że tego dnia Cracovia jest do ogrania. Na prawym skrzydle solidnie spisywał się Camilo Mena. Gospodarze bili głową w mur, brakowało im jakości. Więcej energii poświęcali na pretensje do arbitra.
Lechia już witała się z gąską, zwycięstwo wisiało na włosku. Tymczasem w doliczonym czasie gry remis Cracovii zapewnił niezawodny Stojilković. 25-latek skorzystał ze świetnego dośrodkowania Otara Kakabadze, który wcześniej niezwykle efektownie ograł rywala na skrzydle. Krakowski stadion wybuchł z radości. Gospodarze obudzili się w samej końcówce, ale to nie wystarczyło, żeby zgarnąć komplet punktów. Musieli zadowolić się remisem 2:2. Do Bayeru Leverkusen ekipie Elsnera jeszcze daleko, jednak w sobotnie popołudnie udowodnili, że potrafią także odwracać losy meczów i uciekać spod topora.
Ze stadionu Cracovii, Michał Chmielewski.















