Reklama

Reklama

Radosław Majewski dla Interii: Tajemnica Lewandowskiego

- Mógłbym powiedzieć, że to Robert kiedyś grał ze mną, a nie ja z nim (śmiech). Pamiętam, kiedy przyszedł do Znicza miał bodajże kontuzję. A potem graliśmy razem w różnych reprezentacjach, do lat 19, 21, 23 i w pierwszej reprezentacji. Teraz także jesteśmy w kontakcie. Robert zrobił wielką karierę. Jest takie powiedzenie: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. On sobie dobrze pościelił - zdradza tajemnicę sukcesów Roberta Lewandowskiego jego przyjaciel Radosław Majewski, który był pierwszym idolem "Lewego".

Radosław Majewski wraca do treningów po długiej przerwie spowodowanej kontuzją zerwania więzadeł w kolanie. W środę po raz pierwszy trenował z drugoligowym Zniczem Pruszków. Niewykluczone, że wkrótce zobaczmy go ponownie na boisku. Z byłym reprezentantem Polski spotkaliśmy się na stadionie drugoligowca, była okazja do poruszenia wielu tematów.

Zbigniew Czyż, Interia: Kiedy w ubiegłym tygodniu umawialiśmy się na wywiad mówił pan, że planuje rozpocząć treningi ze Zniczem i właśnie w środę stało się to po raz pierwszy. Przypomnijmy naszym czytelnikom, we wrześniu ubiegłego roku doznał pan poważnej kontuzji podczas treningu australijskiego Western Sydney Wanderers.

Reklama

Radosław Majewski: Tak, wszystko się zgadza. To był brutalny faul na nogi mojego klubowego kolegi. Teraz natomiast jestem już podekscytowany powrotem do treningów. Ostatni raz piłkarskie buty miałem założone osiem miesięcy temu. Nie mogłem się już doczekać tej chwili. Dostałem zielone światło od lekarzy z kliniki, w której się rehabilituję.

Jak długo będzie pan trenował ze Zniczem?

- Tego nie wiem, mam nadzieję, że nie będę przeszkadzał (śmiech). Jestem wychowankiem tego klubu, pamięta mnie jeszcze prezes, rozmawiałem z trenerem. Będziemy się starali, żebym w ogóle nie przeszkadzał. Natomiast muszę przyznać, że wreszcie poczułem boisko, piłkę. Bardzo się z tego cieszę.

Wcześniej nie było żadnych treningów?

- Coś tam sobie grałem samemu po cichu, ale to nie jest to samo, co szatnia, rozmowy.

Jak wygląda kolano? Skoro rozpoczyna pan treningi, to musi być chyba naprawdę bardzo dobrze.

- W najbliższy poniedziałek mam jeszcze szczegółowe badania, takie, których nigdy nie miałem, nawet gdy miałem inne kontuzje. Zaplanowaną mam też tomografię i inne konsultacje. Teraz dostałem zielone światło, żeby wejść na tak zwany poziom fitness. W grudniu przeszedłem operację, chociaż w październiku łudziłem się jeszcze, że nie będzie potrzebna. Ćwiczyłem, rehabilitowałem się w Australii, ale pod koniec tamtego miesiąca zdecydowałem o poddaniu się operacji. Za mną sześć miesięcy żmudnej pracy, dużo wylanego potu, wzmacniania nogi. Nastawiłem sobie głowę tak, że przygotowałem się psychicznie na pół roku rehabilitacji i się udało.

Były myśli, żeby zakończyć karierę?

- Nie, myślałem sobie, że głupio byłoby ją zakończyć kontuzją. Grałem dosyć długo w piłkę i to nie byłoby w moim stylu tak się z nią pożegnać. Zobaczymy, co będzie dalej.

W maju dobiegł końca kontrakt z klubem z Australii, ale tam - z powodu pandemii - sezon został przesunięty o trzy miesiące, do końca sierpnia. Jak wygląda formalnie pana sytuacja?

- No właśnie sam do końca nie wiem. Jestem w trakcie rozmów z klubem, sam je prowadzę, robi to także mój menadżer. W związku z kontuzją i kwestiami ubezpieczenia, trzeba wszystko do końca wyjaśnić. Jeśli będzie decyzja, że mam wracać do Australii, to tak zrobię. Spodziewam się w połowie czerwca konkretnych decyzji.

Jeśli przygoda z Australią już się jednak zakończy, planuje pan powrót do polskiej ligi?

- Są jakieś zapytania i owszem, nie tylko z Polski, ale też z zagranicy. Sam nie jestem w stanie jeszcze konkretnie powiedzieć, czego chcę. Co prawda jestem już blisko wyleczenia kontuzji, ale to nie jest też tak, że za trzy tygodnie będę mógł grać. Myślę, że za dwa tygodnie będę wiedział już coś więcej, może to być Polska, ale równie dobrze Australia, Chiny lub inny kraj.

Będzie powrót do Ekstraklasy?

- Nie wykluczam, że do Ekstraklasy wrócę nawet teraz. Jestem otwarty na propozycje, czekam na konkretne oferty, bo w życiu lubię konkrety, można się ze mną dogadać. Tak naprawdę jestem otwarty na wszystkie opcje. Chęci są, nawet żona powiedziała mi dzisiaj, kiedy wychodziłem na trening: "Zobacz jak ty fajnie wyglądasz, widać, że sprawia ci to dużą radość". Z drugiej strony, trzeba wszystko jakoś pogodzić. Mieszkamy w Pruszkowie, lada dzień spodziewamy się drugiego dziecka.

Chłopczyk, czy dziewczynka?

-Dziewczynka, już druga.

Poza futbolem zajmuje się pan także czymś innym?

- Zapamiętałem sobie bardzo dobrze słowa, które mówili mi starsi koledzy, czy to z Groclinu Grodzisk, Lecha Poznań, Pogoni Szczecin, czy z Polonii Warszawa, żeby ten przeskok z piłki nożnej do normalnego życia był w miarę spokojny i lekki. Trzeba robić coś samemu. Staram się robić coś, co będę chciał pielęgnować i co będzie jakimś zalążkiem.

Jaki to biznes?

- Wkrótce otwieramy w Pruszkowie restaurację. Mamy na nią pomysł, żona będzie się nią w głównej mierze zajmować. W ubiegłym roku, razem ze wspólnikiem, otworzyliśmy Piłkarską Arenę Pruszków, w której można grać pod balonem. Na razie balon jest zwinięty, ale otwieramy go z powrotem w październiku.

Czyli cały czas coś się dzieje?

- Zdecydowanie tak. Na nudę na pewno nie będę narzekał. Jest jeszcze temat moich nieruchomości, mam do tego także współpracowników. Trzeba ludziom zaufać, póki co, mimo tej kontuzji, jest całkiem nieźle.

Jeśli Radosław Majewski wróci na boisko, to do kiedy planuje jeszcze grać na profesjonalnym poziomie?

- Kompletnie nie mam pojęcia, niczego nie planuję aż tak daleko. Mój nieżyjący już tata zawsze mi mówił, żeby nigdy nic nie planować, bo wszystko może się zmienić z dnia na dzień.

Kiedyś był pan młodym obiecującym piłkarzem, teraz jest podobnie z Michałem Karbownikiem. Wielu wróży mu wielką karierę, a pan?

- Nie znam go osobiście, ale muszę przyznać, że dobrze się kręci z piłką. Trzeba wiedzieć, że za granicą będzie zupełnie inaczej. Tam nikt nie będzie czekał trzech meczów aż wszystko zaskoczy. Masz jedną szansę i musisz ją wykorzystać. Ja też zostałem rzucony na głęboką wodę, kiedy w 2009 roku przechodziłem do Nottingham Forest. Mówiąc trochę żartobliwie, za granicą trzeba umieć "pływać". Wiele zależy od charakteru. Nikt nikogo nie będzie głaskał i zastanawiał się, że jest młody i obiecujący, czy się mu uda, czy nie. Dostajesz jeden mecz i musisz wykorzystać swoją szansę.

Legia w tym roku wreszcie awansuje do Ligi Mistrzów?

- Niemal każdego roku mamy takie nadzieje, a potem się rozczarowujemy. Na to składa się wiele czynników, jak chociażby losowanie rywala, letnie transfery, czy odrobina szczęścia. Wydaje się jednak, że to jest już zespół gotowy i świadomy swoich celów. Legia gra atrakcyjnie, jest rozpędzona.

Kto spadnie do pierwszej ligi?

- Już jakiś czas temu powiedziałem, że ŁKS i Arka i cały czas się tego trzymam.

Lech Poznań, w którym pan grał wygląda coraz dojrzalej.

- Tak, można powiedzieć, że prezentują się bardzo podobnie do Legii. Grają fajną piłkę, jest coraz więcej młodzieży, fajnie się to ogląda. We wtorek rozjechali Pogoń Szczecin, to zdecydowanie zespół na pierwsza trójkę w tabeli.

Radosław Majewski zagra jeszcze kiedyś w Zniczu z Robertem Lewandowskim, który też grał w Pruszkowie?

- Mógłbym powiedzieć, że to on kiedyś grał ze mną (śmiech). Pamiętam, kiedy przyszedł do Znicza miał bodajże kontuzję. A potem graliśmy razem w różnych reprezentacjach, do lat 19, 21, 23 i w pierwszej reprezentacji. Teraz także jesteśmy w kontakcie, może niezbyt częstym, ale kiedy będzie w Polsce, to umówiliśmy się na kawę, żeby powspominać dawne czasy. Robert zrobił wielką karierę, jest takie powiedzenie: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. On sobie dobrze pościelił. Życie płata różne figle, dlatego niewykluczone, że za rok znów spotkamy się w Zniczu.

Rozmawiał Zbigniew Czyż


 

 

 

 

 

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy