Popis na trybunach, a potem ruszył hit w Warszawie. Zadecydował gol w 97. minucie
Legia Warszawa przed 31. kolejką PKO BP Ekstraklasy plasowała się na ostatnim miejscu dającym utrzymanie. Przy Łazienkowskiej 3 w Warszawie pojawił się Widzew Łódź, który plasował się na pierwszym miejscu w strefie spadkowej. W piątkowy wieczór rozegrany został mecz, który w dużej mierze może zdecydować o utrzymaniu. Rywalizacja zakończyła się wygraną Legii 1:0 po golu w 97. minucie.

Przed startem tego sezonu PKO BP Ekstraklasy zarówno w Warszawie jak i Łodzi snuli mistrzowskie plany. Legia oczywiście tradycyjnie celowała w tytuł najlepszego klubu w Polsce. Z kolei Widzew wydał mnóstwo pieniędzy, aby wzmocnić się na tyle, żeby o mistrzostwo powalczyć.
W obu przypadkach wszystko to okazało się kompletnie nietrafione. Legia postawiła na złego trenera, wybierając Edwarda Iordanescu. Rumun nie podołał wyzwaniu. W nowy rok Legia weszła w strefie spadkowej już pod wodzą Marka Papszuna. Były trener Rakowa Częstochowa dość szybko poprawił pozycję Legii.
Legia triumfuje w hicie. Utrzymanie coraz bliżej
Przynajmniej na tyle, że na cztery kolejki przed końcem "Wojskowi" plasowali się na ostatnim bezpiecznym miejscu w tabeli. W 31. serii gier przyszło im mierzyć się z Widzewem Łódź. Ekipa z Łodzi zajmowała pierwsze miejsce spadkowe w tabeli ze stratą punktu do gospodarzy. Był to dwusetny mecz Papszuna w Ekstraklasie.
Kibice Legii na tę okazję przygotowali oczywiście tradycyjnie "wybuchową" oprawę. Na trybunach nie zabrakło rac, fajerwerków, a także ogromnego tifo. To wszystko ubarwiało piątkowy hit.
Napisać, że pierwsza połowa tego meczu nie zachwyciła, to jak nic nie napisać. Wystarczy właściwie przytoczyć jedną statystykę, tę która odnosi się do strzałów celnych. Tych kibice zasiadający na trybunach nie zobaczyli wielu. Statystycy naliczyli bowiem ledwie jedną próbę, która leciała w światło bramki.
Ostatecznie do przerwy goli nie było, a Legia straciła dodatkowo Pawła Wszołka. W drugiej połowie było nieco ciekawiej. Swoje okazje miały oba zespoły, ale w ostatni kwadrans wchodziliśmy z bezbramkowym remisem. W doliczonym czasie gry wyborną sytuację miał wprowadzony z ławki Adamski.
Napastnik Legii otrzymał znakomite dośrodkowanie, właściwie idealnie na nos. Piłka po jego strzale wpadła jednak idealnie w dłonie Drągowskiego. To nie był ostatni ofensywny akcent w tym meczu. Ten miał miejsce w 97. minucie. Kacper Chodyna posłał dośrodkowanie w pole karne.
Piłkę właściwie z lini bramkowej wybił Drągowski. Spadła jednak pod nogi jednego z legionistów. Wywiązało się niesamowite zamieszanie, w którym najlepiej odnaleźli się Bartosz Kapustka i Rafał Adamski. Ten pierwszy strzelił na bramkę, a ten drugi stał na linii strzału i po odbiciu od jego nóg futbolówka zatrzepotała w siatce. Na stadionie wybuchła euforia. Legia po tym meczu awansowała na 9. miejsce w tabeli.











