Polski klub negocjował transfer. Padło: 300 tys. do klubu, 100 tys. do kieszeni
- Do końca życia zapamiętam pewne negocjacje z Turkami. Prezes mówi: no to trzysta tysięcy do klubu, a sto tysięcy dla prezesa. Pytam: ale jak sto dla prezesa? Na co on: w takim razie przepraszam: trzysta do klubu, dwieście dla prezesa - opowiada w rozmowie z Interią Mateusz Dróżdż, były prezes Cracovii.

W pierwszej części wywiadu z Mateuszem Dróżdżem rozmawialiśmy o jego nagłym i niespodziewanym odejściu z Cracovii oraz o aktualnym stanie tego klubu. Druga część to rozmowa o polskiej piłce, w której Dróżdż - jako prezes Zagłębia Lubin, Widzewa Łódź i Cracovii - widział wiele.
Kluby się odzywają
Przemysław Langier (Interia Sport): Co dalej z Mateuszem Dróżdżem?
Mateusz Dróżdż (do stycznia prezes Cracovii): - Mówiłem, że Cracovia może być moim ostatnim klubem, ale nie będę ukrywał, że mam niedosyt sportowy. Tyle że czekają mnie trudne negocjacje z żoną... Generalnie chciałbym wrócić do piłki.
Dużo klubów się odezwało?
- Zależy, co rozumiemy przez "dużo". Bo było kilka zaproszeń do rozmów, ale nie każde oznacza ofertę. Pojawiały się różne projekty, gdzie właściciel się odzywał - drugoligowe, trzecioligowe. Ja za wszystkie te rozmowy jestem wdzięczny, ale gdzieś wreszcie muszę osiąść, bo zapewniłem rodzinie już kilka przeprowadzek. Był Lubin, Łódź, Kraków... Obiecałem żonie, że zdobędę mistrzostwo z Cracovią, a potem ona zdecyduje, co dalej. Nie udało się, ale może warto podjąć jeszcze jedno takie wyzwanie. Nie czuję się osobą, która nie może pomóc jakiemuś klubowi, choć dopuszczam myśl, że mogę wylądować poza piłką. Aczkolwiek wolę w niej zostać.
Na taką zwykłą, ludzką, prezesowską czutkę - na ile procent rozpocznie pan kolejny sezon jako prezes klubu piłkarskiego?
- Nie odważę się powiedzieć procentowo, ale mam takie dwa kluby - tylko błagam, proszę nie pytać, jakie - w których widziałbym siebie. W sensie odpowiadałoby mi tam też grono osób wokół.
Czyli polska piłka wciąż potrzebuje prezesa Mateusza Dróżdża.
- Zbyt mocne oświadczenie...
Ja zainteresowanie panem odczytuję trochę, jakby wciąż z różnych szaf wypadały trupy. Pan się kojarzy z porządkowaniem takiego bałaganu.
- Nie do końca w tych przypadkach. Choć powiem tak - byłem w trzech klubach. Zagłębie było najlepiej przygotowanym z nich. W Widzewie z kolei nie musiałem się zajmować akademią i sprzedażą. W Krakowie było trochę inaczej, na głowie miałem praktycznie wszystko. Ale to też wynikało z tego, że trzeba było zmieniać strukturę klubu. Wcześniej decyzje były podejmowane jednoosobowo przez właściciela, a ja jako prezes starałem się rozwinąć tę strukturę. Ale czy polska piłka potrzebuje Dróżdża? Nie mnie to oceniać.
Śląsk Wrocław kontra Wisła Kraków. Kto ma rację?
Pan też zajmował się bezpieczeństwem na stadionach, a ostatnio mieliśmy głośną sprawę, gdzie podobno to bezpieczeństwo było zagrożone. Jaki jest pana punkt widzenia na niedoszły mecz Śląska i Wisły?
- To jest bardzo ciekawa sprawa dla mnie jako prawnika i osoby, która naukowo się tym zajmuje. I której monografia na 99 proc. będzie wykorzystywana w postępowaniu sądowym, bo pisałem o odpowiedzialności odszkodowawczej organizatora imprez masowych. Są nawet fragmenty, które wskazują co w sytuacji, gdy drużyna nie przyjedzie na mecz. Jako prawnik, mocno czekam na werdykt, bo to będzie precedensowa sprawa w zakresie ewentualnych odpowiedzialności odszkodowawczych. Mamy tu do czynienia z absurdami ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Z jednej strony rozumiem samą ideę walki Wisły o wpuszczanie jej kibiców na stadiony - bo oni powinni na nie wchodzić. Ale z drugiej rozumiem też organizatorów...
To jak to wygląda prawnie?
- Istnieje przepis w ustawie o bezpieczeństwie imprez masowych, który ja uważam za niekonstytucyjny, ale on wciąż obowiązuje. Przepis, który daje swobodę niewpuszczania każdego kibica, czy to pana redaktora, czy mnie na stadion, bo na przykład, nie wiem, ktoś stwierdzi, że moja obecność na stadionie powiedzmy Wisły, Kraków mogłaby spowodować negatywne reakcje. Jest przepis, który to umożliwia, jakkolwiek absurdalnie brzmi. W związku z czym z miłą chęcią bym przeczytał decyzję, która skutkowała karą dla Śląska. Ja tu się nie chcę opowiadać po żadnej ze stron i nie powiem, która ma rację, ale bardzo mnie interesuje finalna interpretacja przepisów w zakresie ustawy, bo mówimy o sprzecznej relacji pomiędzy przepisami PZPN-u a ustawą o bezpieczeństwie imprez masowych. To jest problem od dawna nierozstrzygnięty. Bo jak to jest, że PZPN, czy FIFA, mogą zamknąć stadion, podczas gdy w ustawie jest zapisane, że robi to wójt lub organ wydający pozwolenie na imprezę masową? No to kto to może zrobić? Przepisy PZPN-u są szczebla niższego niż prawa powszechnie obowiązującego, więc kończąc ten długi wywód prawniczy, bardzo ciekawy jestem decyzji, jaka finalnie będzie miała miejsce w tej sprawie.
Czyli mamy dwa wykluczające się prawa.
- Tak. Sprawa meczu Śląska z Wisłą, czy za moich czasów Cracovii z Pogonią, gdy zalało nam serwerownię i wpuszczając kibiców bez identyfikacji, złamałbym regulamin imprez masowych, pokazują, że ustawa o bezpieczeństwie wymaga zmian. Bo obecnie prowadzi do wniosku, że jednocześnie zgadzam się z ideą Wisły i jej walką o kibiców, oraz rozumiem, na czym bazuje prezes Śląska Wrocław.
Pieniądze w polskiej piłce
A pan, jako prezes, jakie miał najtrudniejsze przypadki w karierze?
- W Krakowie mi się zdarzyło na przykład usłyszeć, że ze względu na kontuzję, piłkarz nie może kontynuować kariery. W teorii zamykało to sprawę przedłużenia kontraktu, a mimo to trzeba było się zachować jak człowiek i to zrobić. Miałem też u zawodnika podejrzenie nowotworu - też przedłużyliśmy kontrakt. Nie zostawiliśmy też zawodnika, któremu w wieku 18 lat dwukrotnie "poszło" więzadło - dziś gra w 1. lidze. W Górniku Polkowice spotkałem się ze śmiercią Kuby, 25-letniego bramkarza, którego wykończył nowotwór. To takie ludzkie, najtrudniejsze rzeczy. "Hardcorowa" była sprawa z bieganiem kibiców Widzewa po dachu podczas meczu na Cracovii. Byłem przerażony, bo dach się palił, ale nie wiedziałem, z której strony, a wiedziałem, że największe kataklizmy na stadionach powodowało właśnie zapalenie się konstrukcji.
Ciężkie działa pan wytoczył, gdzie blednie nawet obecne w piłce naciągactwo na pieniądze, czy ich przepalanie.
- O tym, czy są przepalane, trudno mówić zero-jedynkowo, bo zależy, co rozumiemy przez "przepalanie". Ja na pewno zawsze walczyłem z łamaniem jakichś ogólnych zasad, w których interes klubu by ucierpiał. Do końca życia zapamiętam pewne negocjacje z Turkami. Prezes mówi: no to trzysta tysięcy do klubu, a sto tysięcy dla prezesa. Pytam: ale jak sto dla prezesa? Na co on: w takim razie przepraszam: trzysta do klubu, dwieście dla prezesa.
W sensie do kieszeni prezesa?
- Tak. Nie chcę nikogo tutaj obrażać, ale może u nich to było normalne? U nas by nie przeszło. Często mówiłem "nie", bo zawsze stawiałem interes klubu na pierwszym miejscu. Powynosiłem takie rzeczy z domu. Tylko, że w piłce nauczyłem się też być nieco bardziej elastyczny ze względu na wysokość pieniędzy, które w niej występują.
No i wraca dyskusja o ich przepalaniu.
- Nie chcę mówić w ten sposób, bo na wiele rzeczy wpływa strategia klubu. Dam przykład, jeśli chodzi o Cracovię. Jedną z moich największych porażek był spadek drużyn U-17 i U-19 z Centralnej Ligi Juniorów. Z drugiej jednak strony mogę odbić piłeczkę i powiedzieć, że U-15 i rezerwy awansowały, a "piętnastka" zdobyła brązowy medal. I my w sposób bardzo, bardzo znaczący zwiększyliśmy budżet Akademii. Ktoś może powiedzieć: skoro zwiększyliście budżet Akademii, a spadają wam dwie drużyny, to przepalacie pieniądze, ale ja do końca nie uważam, żeby to była prawda, bo to jest pewien proces, szczególnie w Akademii, który może finalnie przynieść przychody. A dla mnie wygrywanie CLJ-ek nie jest do końca potrzebne.
Przepalanie raczej widzi się w wynagrodzeniach.
- One faktycznie bardzo poszły do góry. Jak zaczynałem w Zagłębiu Lubin, to były inne czasy. Dziś płaci się połowę więcej. A w Zagłębiu byłem w 2018 roku.
Czyli szybko to postępuje.
- Tak. Generalnie osiem kontraktów, które w Zagłębiu były wtedy najwyższe, teraz byłyby najniższymi w Cracovii. I teraz pytanie: czy to na pewno jest przepalanie? Bo jednak poziom dzisiejszej ligi jest wyższy niż wtedy? A z drugiej strony, czy jest ten poziom adekwatny do tego, co piłkarze, prezesi i sztaby zarabaiają? To już nie mnie oceniać, choć gdybym miał usiąść do dyskusji o wyrównanej lidze, powiedziałbym, że to nie świadczy o jej słabości, ale o słabości największych zespołów.
Są dwie teorie na temat tego, że do polskiej piłki trafi teraz więcej pieniędzy, choćby przez zwiększoną liczbę drużyn w pucharach i łatwiejsze ścieżki kwalifikacyjne. Pierwsza - to dobrze, bo będziemy rośli. Druga - to bez znaczenia, bo my i tak nie umiemy mądrze wydawać pieniędzy. Która jest bardziej prawdziwa?
- Ta pierwsza. Weźmy za przykład Jagiellonię, która pokazuje, że dzięki większym przychodom możesz stać się klubem samowystarczalnym. To inny klub niż Jagiellonia sprzed kilku lat. Pamiętam, jak jeździliśmy tam, na stary stadion jeszcze, z Zagłębiem Lubin - nie da się porównać tamtej atmosfery czy podejścia do klubu do tego, jak jest teraz. Będziemy rosnąć dzięki tym pieniądzom, a one będą napływać. Wkrótce mistrz Polski będzie miał pewne miejsce co najmniej w Lidze Europy, a tam kwota gwarantowana ociera się o 10 mln euro.
Pytanie, czy my umiemy te pieniądze wydawać.
- Znowu wracamy do kwestii ocennych. Na co te pieniądze powinny iść, jaka jest strategia klubu itd. Mówi się o przepalaniu kasy na transfery, a tam nigdy nie będzie stu procent dobrych strzałów. I tak jest lepiej niż było, bo kluby zaczynają pracować na liczbach. Widzę też, jak kadry się rozwijają. Jest więcej osób, które mają stricte kwalifikacje na klub sportowy i uważam, że duża część klubów obecnie potrafi dobrze wydawać pieniądze - choć wciąż nie wszystkie.
Największy deficyt w polskiej piłce jest w pieniądzach czy w zwykłym ludzkim know-how?
- W obu tych rzeczach. Zawsze pieniędzy jest mało, to wiadomo, natomiast patrząc, ile pracy trzeba było włożyć w to, by poprawnie zorganizować tzw. match day experience, to wciąż widzę jeszcze pewne deficyty. W Cracovii ludzie bardzo chcieli się pod tym kątem rozwijać.
Widzew jako nowy, bogaty klub
A jak pan patrzy dziś na przykład na Widzew Łódź - to jako prezes zazdrości pan Michałowi Rydzowi, że stoi nad nim właściciel, który jest w stanie wyłożyć ogromne pieniądze, czy sobie pan myśli: kurczę, w tym wszystkim jest ryzyko utopienia się w nowej rzeczywistości.
- Każdy by chciał mieć takie warunki. Te, które daje też Robert Dobrzycki, są wymarzone, nawet jeśli niosą za sobą zagrożenia. Jeśli chodzi o Widzew, są pewne etapy tworzenia klubu i mając pieniądze, chce się spróbować przeskoczyć pewne rzeczy. To o tyle ryzykowne, że czasem efekty są odwrotne od oczekiwanych. Ale jeśli jako prezes mam powiedzieć, czy chciałbym operować takimi pieniędzmi, odpowiem, że zdecydowanie tak.
Ludzie by się zaczęli przyklejać do pana.
- Taka jest piłka nożna. Wykonywanie transferów na 5 mln euro są pewną nowością w polskiej piłce. Na takie rzeczy trzeba uważać - na przykład na budowanie szatni w oparciu o zarobki.
Da się w ogóle bogaty klub prowadzić w sposób racjonalny?
- Pewnie, że tak. Pod warunkiem, że człowiek zda sobie sprawę z zagrożeń, jakie wiążą się z wejściem w etap rynkowy, który czasami doprowadza do tego, że tworzysz korporację, podczas gdy klub piłkarski nigdy taką korporacją sensu stricte nie będzie. Tu trzeba mieć duże doświadczenie i wiedzę i nie tylko w zakresie samego zarządzania klubem, ale całej tej otoczki, żeby to poskładać. Szczególnie też w takim miejscu jak Widzew Łódź.
Ja czasem mam wrażenie, że Robert Dobrzycki przyjął taktykę pod tytułem: wydawajcie te pieniądze, po prostu. Że wręcz oczekuje tego, żeby wydawać te pieniądze i niekoniecznie idzie za tym mądre wydawanie pieniędzy.
- Trochę się teraz zaśmiałem, bo w tej piłce już tyle jestem i chciałbym dożyć takiego momentu, że przychodzi właściciel i mówi: macie pieniądze, wydawajcie. Ale byłbym człowiekiem nieracjonalnym, gdybym dokonywał publicznej oceny wydawania pieniędzy w Łodzi. To jest prawo właściciela, taki pomysł.
To na koniec: gdyby mógł pan coś zmienić w polskiej piłce - miał taką władzę, że z dnia na dzień zmienia pan jakąś jedną, dwie rzeczy - co by to było?
- Myślę, że są potrzebne zmiany w funkcjonowaniu klubów miejskich i działania w zgodności z przepisami unijnymi, choć jak popatrzymy sobie na raport UEFA, to jesteśmy bodajże na drugim miejscu w Europie co do udziału kapitału własnego w klubach, który jest ujemny. W związku z tym widać, że dużo rzeczy zaczynamy robić na kredyt. Zobaczymy, jak będzie w tym roku wyglądał proces licencyjny, bo znam trochę rzeczy od środka i zastanawiam się, czy mechanizmy, które są wprowadzone w zakresie kontroli finansowej pozwolą na taką skalę. Co do klubów miejskich, to rzeczywiście jest naruszona kwestia zdrowej konkurencji - z jednej strony nie możesz miastu, jako właścicielowi, zabronić inwestować, z drugiej jest to zwyczajnie rynkowo nieuczciwa konkurencja względem właścicieli prywatnych.











