Reklama

Reklama

PKO Ekstraklasa. Tak polskie kluby palą milionami w kominku

Już dziś do walki o pierwsze punkty w tym roku przystąpią piłkarze Ekstraklasy. Elita polskich klubów od dawna marzy o regularnych występach w Europie. I choć trafiają do niej coraz większe pieniądze, zamiast wzmacniać swe drużyny, na wyścigi pozbywa się najlepszych piłkarzy. Mamy dla was złą wiadomość: zanosi się na kolejny letni eurołomot. Dlaczego? - Polskie kluby palą w kominku milionami - mówi obrazowo prezes PZPN-u Zbigniew Boniek. Co miał na myśli?

Zobacz szczegóły z Ekstraklasy!

Tak smutnej zimy w polskiej piłce klubowej jeszcze nie mieliśmy. Na pierwsze gwizdnięcie Zachodu czołowe kluby wypuściły niemal wszystkich najlepszych piłkarzy, na czele z najlepszym strzelcem ligi Jarosławem Niezgodą.

Spośród dziewięciu czołowych, które po 20 kolejkach mają realne szanse na mistrzostwo Polski, nie osłabiły się tylko Cracovia i Piast Gliwice, który został rozbrojony już latem, gdy wstydziliśmy po porażkach z zaściankowym FC Ryga.

Reklama

Od tego sezonu Ekstraklasa szczyci się rekordowym kontraktem telewizyjnym. Wpływa do niej z tego tytułu 250 mln zł, a rekordowe są też środki z umów marketingowych. Pod względem dochodów ze sprzedaży praw TV polska liga jest ósma w Europie. Sportowo jednak pikuje w dół czwartej dziesiątki. Czyżbyśmy za większe pieniądze niż te, którymi dysponują np. Czesi, produkowali gorszą piłkę klubową? Niestety, tak.

Po niespełna ośmiu latach kierowania PZPN-em Boniek postawił prostą diagnozę: - Średni poziom Ekstraklasy nie jest słabszy od lig porównywalnych. Brakuje nam jednak mocnych liderów, dwóch-trzech klubów, które by regularnie punktowały w rozgrywkach europejskich i w ten sposób windowały nas w rankingu klubowym UEFA.

Odkąd Wisłę Kraków przestał finansować Bogusław Cupiał i jego Tele-Fonika okrętami flagowymi powinny być Legia i Lech. To one dystansują konkurencję pod względem budżetów, wpływów, siatki skautów, ich akademie piłkarskie są także w krajowej czołówce, a wykreowani w nich piłkarze zostają sprzedani za gigantyczne sumy. Przyjrzyjmy się, dlaczego zawodzą nasze okręty flagowe.

Legia: wojna polsko-polska wewnątrz klubu

Niewiele ponad cztery lata temu Legia awansowała do Ligi Mistrzów i nawet zdołała z niej awansować do Ligi Europejskiej, zostawiając w pobitym polu Sporting Lizbona. Z wypiekami na twarzy przeżywaliśmy jej batalię z wielkim Realem, zakończoną "zwycięskim" remisem 3-3. Wydawało się, że wreszcie mamy eksportowy klub, który zagości w Europie na długie lata. Z ławki trenerskiej dowodził Jacek Magiera, boiskowymi liderami byli Vadis Odjidja-Ofoe, Aleksandar Prijović, Guilherme, czy Bartosz Bereszyński.

Co się stało, że z tej ekipy nic nie zostało, poza wspomnieniami? Liderów szybko rozsprzedano. Wizja wyższych zarobków w ligach zagranicznych skusiła piłkarzy - to naturalny proces. Ofoe, za marne 2,5 mln euro przeszedł do Panathinaikosu. Do PAOK-u, za niespełna trzy miliony euro, przeniósł się Prijović. I tak, przeżywająca głęboki kryzys finansowy Grecja przechwyciła z łatwością największe talenty najbogatszego polskiego klubu.

Jakby tego było mało woja polsko-polska rozgorzała także wśród właścicieli. W końcu doszło do rozłamu i Dariusz Mioduski postawił na swoim, spłacając Bogusława Leśnodorskiego i Macieja Wandzla. Każdy z nich otrzymał za swe udziały niemal 20 mln zł. Jedni twierdzili, że Leśnodorski zostawił Mioduskiemu kurę znoszącą złote jaja, tyle że ten ją zarżnął. Inni twierdzili, że pan Dariusz nabył kolosa na glinianych nogach, z rozbudowaną administracją i najwyższym kontraktem, w wysokości 800 tys. euro rocznie dla bocznego, leciwego obrońcy.

Transferowe strzały na oślep

Która z tych wersji by nie była prawdziwa, pewne jest jedno: Mioduski wiedział, w co się pakuje. I nie pokierował klubem tak, jak przystało na światłego biznesmena. Najwyraźniej zabrakło mu piłkarskiego know-how.

Jak dotąd kierował klubem tak, że sukcesem nie są już awanse w europejskich pucharach, mistrzostwa Polski, tylko wyprzedaż najlepszym piłkarzy. Ratunkowa, w ramach łatania dziury budżetowej.

Tylko w tym sezonie na wytransferowaniu najlepszych piłkarzy (Szymański, Majecki, Niezgoda, Carlitos, Kulenović, Cafu, Ojrzyński, Jodłowiec) klub uzyskał ponad 20 mln euro. Na zakupy nowych wydał ponad dziesięciokrotnie mniej.

Trener "na lata" nie wytrwał do lata

Na czym polegały błędy? W skrócie: zła polityka w pionie sportowym. Lekką ręką, przy pierwszym kryzysie, Legia pozbyła się trenera Jacka Magiery, by powierzyć zespół Romeo Jozakowi, który nigdy nie był trenerem, a później cenionemu szkoleniowcowi, ale kobiecego futbolu - Deanowi Klafuroviciowi. W ostatecznym rozrachunku błędem było też sprowadzenie Ricarda Sa Pinto, który wietrzył spisek na każdym kroku, poniewierał dziennikarzy, nie wytrzymywał presji. Każdy z tych trenerów miał być budowniczym wielkiej Legii na lata, sęk w tym, że trudno było każdemu spośród nich wytrwać do lata.

Po Magierze, który na stanowisku wytrwał 354 dni, czyli niespełna rok nastali:

- Romeo Jozak przepracował 213 dni,

- Dean Klafurić - 108 dni,

- Ricardo Sa Pinto - 231 dni.

W ten sposób w piłce nic się nie zbuduje. Tu nikt nie ma czarodziejskiej różdżki. Do skompletowania i zgrania zespołu potrzebny jest dobry trener i staruszek czas.

Oczywiście, jeszcze bardziej kosztowne były strzały na oślep przy poszukiwaniu wzmocnień. A przecież każdy z wyżej wymienionych trenerów, za wyjątkiem Magiery, dostawał niemały budżet na zbudowanie swojej armii. Salvador Agra, Iuri Medeiros, Luis Rocha, Armando Sadiuku (za 750 tys. euro), Hildeberto, Mauricio, Steven Langil, Tomasz Necid, Daniel Chima Chukwu - przychodzili przy dźwiękach fanfar, a odchodzili po cichu, bez rozgłosu.

To było właśnie owo palenie milionami w kominku, przez które teraz Dariusz Mioduski musi sprzedawać piłkarskie klejnoty rodowe, a cierpliwości do trenera nauczył się dopiero wtedy, gdy klub znalazł się w tarapatach finansowych.

Dziś Legia się chlubi rekordową sprzedażą Majeckiego, ale jeszcze nie tak dawno nie wierzyła w niego i promowała leciwego Arkadiusza Malarza. Problem w tym, że legioniści pozbyli się także najlepszego strzelca Jarosława Niezgody, a także Cafu i Nagy’a. Osłabili zatem ofensywę i drugą linię, a powinni się przecież wzmocnić w perspektywie walki o europejskie puchary.

- Gdy trener Vuković zaczął wyprowadzać drużynę na prostą w walce o mistrzostwo Polski, to w tym momencie wkracza prezes i sprzedaje mu najlepszych zawodników - skomentował trafnie w podcaście "Legia to jest potęga" Cezary Kowalski z Polsatu Sport.

Lech: buksująca lokomotywa

Drugą lokomotywą napędzającą polską piłkę klubową powinien być Lech Poznań. "Kolejorz" szczyci się świetnie ułożoną pracą z młodzieżą. Zresztą to na niej zarobił najlepiej. W sezonie 207/2018 z transferów Jana Bednarka, Dawida Kownackiego i Tomasza Kędziory uzyskał 11,5 mln euro. Problem w tym, że z sezonu na sezon drużyna zawodzi. Z Nenadem Bjelicą przynajmniej do końca liczyła się w walce i mistrzowski tytuł.

Przy Bjelicy warto się zatrzymać na dłużej. Pracował przy Bułgarskiej 618 dni, miał  jedną z najlepszych w historii klubu średnią punktową (1.85 pkt na mecz), a jednak został odprawiony 10 maja 2018 r. Lech poszukiwał skuteczniejszego szkoleniowca. I szuka go do dziś, podczas gdy Bjelica święci triumfy z Dinamem Zagrzeb.

Trenerem na lata miał być najpierw Ivan Djurdjević, w którym "Kolejorz" widział swoją wersję Pepa Guardioli (były ceniony piłkarz zostaje trenerem), a jednak stracił posadę po 167 dniach. W listopadzie 2018 r. na ratunek sprowadzono byłego selekcjonera Adama Nawałkę. Miał pracować kilka lat, przebudować zespół, wprowadzić świeżą krew, zdyscyplinować zespół. Ledwie zaczął wprowadzać swoje metody, jak został zwolniony. Nawet nie wpół drogi. Na jej początku, po 126 dniach. Pięć zwycięstw, remis, pięć porażek - dorobek Nawałki dawał "Kolejorzowi" siódme miejsce.

Nawałki już nie ma, Lech pokłada nadzieje w trenerze młodszego pokolenia. Dariusz Żuraw dopiero pracuje na swoje nazwisko wśród szkoleniowców. Klub zdjął z niego presję do minimum. Przed sezonem przy Bułgarskiej po raz pierwszy od wielu lat nie lansowano hasła "bijemy się o mistrza". Niewiele to pomogło. Poznańska "Lokomotywa" buksowała. Z zawodnikami pokroju Tiby, Amarala, Gytkjaera, Jevtivcia, Jóźwiaka i Gumnego zagubiła się  w środku tabeli. Na koniec roku 2019 udało jej się wspiąć na piątą pozycję. W Poznaniu, całej Wielkopolsce nikogo to nie satysfakcjonuje. Najlepiej to widać po ziejących pustkach z trybun. Przez lata "Kolejorz" był liderem frekwencji (np. średnio 20697 widzów w sezonie 2017/2018). Tymczasem bezbarwny mecz z Arką, na pożegnanie ubiegłego roku, oglądało przy Bułgarskiej jedynie 7641 osób)

Fani Lecha skazani są na wspomnienia z okresu świetności. Gdy w 2015 i 2016 "Kolejorza" żegnali w pucharach Szwajcarzy, w sierpniu 2008 dowodzona przez Franza Smudę ekipa rozgromiła Grasshopper Zurych 6-0 i poszła za ciosem. Po horrorze z dogrywką odprawiła Austrię Wiedeń. Mało tego, "Kolejorz" awansował z grupy Pucharu UEFA, kosztem francuskiego AS Nancy i Feyenoordu Rotterdam. Dziś eliminowanie takich ekip jest marzeniem ściętej głowy dla polskiego zespołu.

Dzieło Smudy kontynuował Jacek Zieliński, który w Poznaniu wywalczył upragnionego "majstra". Liderem zespołu w tamtym okresie był Robert Lewandowski, ale po jego sprzedaży do Borussii Dortmund w sporej mierze udało się go zastąpić Artjomem Rudniewem, którego hat-trick dał poznaniakom sensacyjny remis z Juventusem w Turynie (wrzesień 2010), a później bramka w rewanżu przyniosła podział punktów z wielkimi Włochami. Mało tego, przy Bułgarskiej Lech pobił 3-1 Manchester City. Udało się awansować z grupy w sezonie 2010/2011 LE.

Od tego czasu "Kolejorz" nie zaistniał w Europie. W 2012 r. drogę ryglowała mu AIK Solna. Rok później Żalgiris Wilno, a w 2014 r. Islandczycy ze Stjarnan.  Rok później w walce o LM Lech nie sprostał FC Basel, ale awansował do fazy grupowej Ligi Europy, gdzie nawet wyprzedził portugalskie Belenenses. 

Szóstoligowiec z Anglii lepszy od mistrza Polski juniorów?

Z roku na rok kluby coraz bardziej zamieniają się w legię cudzoziemską, przez co Ekstraklasa traci najcenniejszą rzecz - własną tożsamość. Tego trendu nie jest w stanie zatrzymać nawet ekonomia: wśród 10 najdrożej sprzedanych piłkarzy w historii naszej ligi są sami Polacy!

Na dłuższą metę kibice nie będą się identyfikować z drużynami zdominowanymi przez bezbarwnych obcokrajowców, jakich nam się serwuje na pęczki, wśród których nie ma już takich gwiazd jak: Danijel Ljuboja (przed emeryturą czarował w Legii), Ofoe, Kalu Uche (Wisła).

W tym sezonie w Ekstraklasa zaprezentowała już 181 "stranierich". Ich liczba sprowadzonych zimą dobija do 30, a kluby się dopiero rozkręcają. Okres transferowy trwa do końca lutego.

Kluby wmawiają nam, że zagraniczni są tańsi i lepsi. Dziwnym trafem poziom ligi spada z roku na rok, wraz z obsuwaniem się jej w rankingu UEFA.

Kolejne obiegowe hasło sterników klubowych głosi, że w Polsce leży szkolenie, przez co nie da się stawiać na naszych rodaków. Obłudę tej polityki najbardziej obnaża Korona, która ostatnio zatrudniła D’Seana Theobaldsa z szóstego poziomu rozgrywkowego w Anglii. Poziom żartu został przekroczony głównie dlatego, że kielczanie zdecydowanie zdobyli mistrzostwo Polski juniorów. Szansy w Ekstraklasie nie dostaje jednak Artur Piróg, czy Oskar Sewerzyński. Dostanie ją D’Sean z Tondbridge Angels. Przy całym szacunku, ale D'Sean kibiców na trybuny na pewno nie przyciągnie.

Andrzej Gowarzewski w encyklopedii piłkarskiej "Rocznik 2019" wali jak obuchem po głowie suchymi faktami: W 1990 roku mieliśmy w lidze 349 piłkarzy i tylko czterech obcokrajowców

W 2000 r. na 435 zawodników 45 pochodziło zza granicy.

W 2006 r. "stranieri" stanowili już 112 na 451 piłkarzy.

Od 2018 r. obcokrajowcy to już około 200 zawodników na 472.

Kibice chcą legend

Nieprzypadkowo przeżywająca spore kłopoty sportowe, ale też organizacyjno-finansowe Wisła Kraków niemal najlepiej zapełnia stadion, choć bilety i karnety na jej mecze należą do najdroższych w kraju. Przedostatnia w tabeli Ekstraklasy "Biała Gwiazda" pod względem frekwencji cały czas utrzymuje się w czołówce. Pod względem średniej frekwencji jest czwarta w Polsce (za Legią, Śląskiem i Lechem). Ludzie garną na stadion dla żywych legend: Błaszczykowskiego, Brożka, czy Wasilewskiego i nie odstrasza ich fakt, że wymieniona trójka liczy sobie razem 109 lat. Kibic ma świadomość, że koszulkę każdego z nich będzie mógł nosić z dumą do końca życia. Tymczasem słuch o Sadiku, Langilu, Obradoviciu, czy całej masie innych -iciów szybko przeminie.

Michał Białoński

Najwięcej obcokrajowców w Ekstraklasie w sezonie 2019/2020

19- Korona

18 - Cracovia

17 - Jagiellonia

13 - Legia

12 - Arka, Pogoń

Oto kluby, które wyrzucały przedstawicieli Ekstraklasy z europejskich pucharów

2019/2020

DAC Dunajska Streda (Słowacja - Cracovię)

Ryga FC (Łotwa - Piast)

Broendby Kopenhaga (Dania - Lechia)

Glasgow Rangers (Szkocja - Legia)

2018/2019

Spartak Trnava (Legia)

Sheriff Tiraspol (Mołdawia - Legia)

FC Dudelange (Legia)

AS Trenczyn (Słowacja - Górnik Zabrze)

KAA Gent (Belgia - Jagiellonia)

KRC Genk (Lech)

2017/2018

FK Astana (Kazachstan - Legia)

FK Kabala (Azerbejdżan - Jagiellonia)

FC Midtjyland (Dania - Arka)

FC Utrecht (Holandia - Lech)

2016/2017

Szkendija Tetowo (Macedonia Płn. - Cracovia)

IFK Goeteborg (Szwecja - Piast Gliwice)

Sonderjyske (Dania - Zagłębie Lubin)

Ajax Amsterdam (Holandia - Legia w 1/16 finału, po awansie z Ligi Mistrzów)

2015/2016

FC Basel (Szwajcaria - Lech)

IFK Goeteborg (Śląsk)

Omonia Nikozja (Cypr - Jagiellonia)

SSC Napoli, FC Midtjyland, FC Brugge (Legia, w fazie grupowej LE)

FC Basel, AC Fiorentina (Lech, w fazie grupowej LE, przed CF Belenenses)

2014/2015

Celitc (Legia, porażka walkowerem przez nieudolność w liczeniu żółtych kartek)

Ajax Amsterdam (w 1/16 finału Legia, choć wcześniej wygrała grupę LE z Trabzonsporem, KSC Lokeren i Metalistem Charków)

Zulte Waregem (Belgia - Zawisza Bydgoszcz)

Stjarnan (Islandia - Lech)

Metalist Charków (Ukraina - Ruch Chorzów)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL