Reklama

Reklama

Piotr Świerczewski: Trenowałem w lesie, boiska nie miałem

- Był Nikolić i Prijović, a teraz będą nowi napastnicy, możliwe, że lepsi - mówi w rozmowie z Interią przed startem Ekstraklasy Piotr Świerczewski, były piłkarz polskiej ligi i reprezentant Polski. Popularny "Świru" opowiada także o swoich doświadczeniach trenerskich m.in. w ŁKS-ie Łódź i Motorze Lublin. - Trenowałem w lesie, boiska nie miałem - przyznaje.

Ekstraklasa: wyniki, terminarz, strzelcy, gole

Interia: Wyczekuje pan z niecierpliwością na naszą Ekstraklasę?

Piotr Świerczewski, były reprezentant Polski: Teraz się nie ogląda tych meczów, bo jest zimno na zewnątrz. Przyjemnie się ogląda natomiast ligę angielską czy hiszpańską w telewizji. Są to dużo atrakcyjniejsze ligi do oglądania, ale tak, jak każdy polski kibic, taka przerwa zimowa daję mi trochę niedosytu. Wszyscy czekamy na rozgrywki ligowe. Bardzo ciekawie się zapowiadają. Legia, która była gdzieś tam na końcu, idzie w górę. Wisła, która też była bardzo nisko, próbuje walczyć w górnej części tabeli. Dół tabeli też jest ciekawy. Smuda wrócił na ławkę trenerską w Łęcznej i zobaczymy, jak będzie grać ta drużyna. Potem jeszcze będzie ten podział punktów.

Reklama

Co pan sądzi o tej reformie Ekstraklasy?

- Dla mnie ona jest ok, bo wszyscy mają szansę. Jak ktoś sobie zrobi 10 punktów przewagi, to cały czas jest jeszcze w grze, a tak to byłoby już po zawodach. Nie zawsze jest to sprawiedliwe, ale te reguły gry są dla wszystkich takie same. Dla atrakcyjności ligi nie jest to najgorsze.

Kto według pana ma największe szanse na mistrzostwo?

- Wydaję mi się, że Lechia Gdańsk, Legia i Lech Poznań to są drużyny, które powalczą o mistrza. Nie zapominam też o Jagielloni Białystok, która fajnie gra w piłkę. Kto z tej czwórki zdobędzie mistrza? Nie wiem. Nie jestem prorokiem. Jak to w sporcie, niech wygra najlepszy.

Jagiellonia  w tym okienku nie pozbyła się żadnego istotnego zawodnika. Najlepsi zostali, a jeszcze pozyskała Gorodona i Novikovasa. To da jej jakąś większą przewagę, czy Legia, Lechia, Lech to główni pretendenci do mistrzostwa?

- Ja bardzo darzę sympatią Jagiellonię jej i kibiców. Byłem tam nieraz na meczu. To klub, który nie ma wielkiego budżetu, ale mądrze buduje swój skład personalnie. Fajnie, że są teraz na pierwszym miejscu. To też nie jest przypadek. Cieszę się też, że Lechia Gdańsk wróciła na taki poziom. Kiedyś bardziej w Ekstraklasie walczyła o utrzymanie niż o mistrza Polski. Wspaniała praca trenera Piotrka Nowaka, spektakularne transfery. To wszystko może dać fajny efekt tej drużynie.

Co pan sądzi o transferowych zmianach w Legii? Tam się też trochę pozmieniało. Mam na myśli zwłaszcza ten transfer Prijovicia.

- Prijović za trenera Jacka Magiery naprawdę się rozwinął i grał bardzo dobrze. Ale czy on wcześniej był taki dobry? Ja bym się tak nad tym zastanowił bardzo głęboko. On był mocnym rezerwowym. To Nikolić był numerem jeden. Role później się trochę odwróciły, ale taki jest sport. Jeden ma zwyżkę, a drugi obniżkę formy. Nie ma ludzi niezastąpionych. Był Nikolić i Prijović, a teraz będą nowi napastnicy, możliwe, że lepsi.

Myśli pan, że Chukwu i Necid sprostają wyzwaniu? Nie będą mieli łatwego zadania, bo ich poprzednicy strzelali mnóstwo goli dla Legii. Nikolić był wręcz pewniakiem do zdobywania bramek w lidze.

- To prawda. Ci jednak, którzy przyszli byli na pewno mocno obserwowani i te transfery też nie są przypadkowe. Ci zawodnicy w jakiś tam sposób też będą strzelać bramki. Czy więcej czy mniej - to się okaże.

Tak, z tym, że do drużyny trzeba też się jakoś chyba zaadoptować, a oni nie mają na to zbyt wiele czasu.

- Z tym adaptowaniem, to są trochę takie bzdury. Przecież Nikolić przyszedł i w pierwszym sezonie był królem strzelców. To co, nie potrzebował się adaptować? Adaptować to się można np. w lidze angielskiej, gdzie jest 30 zawodników równych i tam naprawdę trzeba walczyć o miejsce. W tej drużynie piłkarzy naprawdę równych nie ma.

Uważa pan, że to nie będzie dla nich stanowić problemu?

- Jak zawodnik jest dobry, to nie ma żadnych problemów.

Wcześniej pan wspominał o strefie spadkowej. Kto będzie toczył najtrudniejszą batalię o utrzymanie w lidze?

- A może mi pani przypomnieć, jakie drużyny są tam na końcu tabeli?

Ostatni jest Ruch, przedostatni Górnik Łęczna, a trzecia od końca Cracovia.

- O, Cracovia? To niespodzianka. Trudno mi jest powiedzieć, kto z nich spadnie.

Ruch ma jeszcze te ujemne punkty.

- Szkoda tego właśnie, bo to nie wiąże się do końca z tym, jak ten Ruch gra. To klub z wielkimi tradycjami, Cracovia również. Łęczna może nie, ale to klub z Lubelszczyzny, gdzie miałem przyjemność pracować i drużyna z Łęcznej trochę nam pomagała, tak że darzę ich dużą sympatią. Trudno mi powiedzieć, kto spadnie. Walka na pewno będzie emocjonująca, bo nikt nie chce spaść z ligi.

A co pan sądzi o zmianach w Wiśle Kraków? Nowy trener z Hiszpanii, zawodnicy. Aż siedem transferów do tej pory.

- To prawda, ale ja nie chcę oceniać kogoś przed rozpoczęciem pracy. Poczekajmy, zobaczmy. Być może ten trener naprawdę wniesie jakiś ciekawy styl gry, trochę hiszpański. Krakowianie zawsze słynęli z tego, że potrafili krótkimi podaniami rozgrywać piłkę. Styl gry i trener pasują do siebie, więc nie chciałbym tutaj powiedzieć, że będzie źle, ale też nie wiem, czy będzie dobrze. Poczekajmy. Ja się cieszę, że Wisła dźwiga się z tego dołu tabeli tylko, że ktoś spaść z tej ligi musi.  Tu będą na pewno walory sportowe decydować, ale na przykład w kwestii Ruchu Chorzów nie tylko to, bo są też te ujemne punkty.

Ale Ruch też nie radził sobie najlepiej w tej pierwszej rundzie.

- Tak, ale dodajmy im te cztery punkty, to już jest coś.

Ruch jednak nie zachował się najlepiej wobec piłkarzy, stąd też te ujemne punkty. Mogli mieć odjętych nawet osiem "oczek".

- Trzeba by w końcu uregulować formalne sprawy kontraktów, ujednolicić umowy piłkarzy, żeby to  było przejrzyste. Każdy chce grać w piłkę. Ja jako piłkarz chciałbym, żeby mi płacili, a nie, żeby nagle klub zniknął  i zawodnicy będą się "bujać". Tu jest pole do popisu dla PZPN-u. Popracować i powalczyć nad tym, żeby piłkarze mieli jednolite kontrakty.

Ruch zaproponował piłkarzom umowy z fundacją klubu to jedno, ale dochodzi jeszcze fakt, że się z nich nie wywiązał, to już delikatna przesada.

- Dokładnie. Jeżeli klubu nie stać, to niech bierze piłkarzy takich, którym się mniej płaci. To też się wiąże z tym, że tańszy piłkarz nie daje gwarancji utrzymania się w Ekstraklasie, ale niepłacenie w ogóle wiąże się z tym, że klub może być zdegradowany nie tylko ze względów sportowych, ale finansowych.

Kluby mają chyba przede wszystkim problem z ustalaniem budżetu, bo nagle zawsze się okazuje, że nie ma pieniędzy.

- Dokładnie, ale to chyba też wiąże się z tym, że nie każdy w klubie zna się na tym. Jak firmy ustalają budżety, to je mają, a tutaj jest taka trochę amatorszczyzna. Są te budżety, ale albo przekraczane albo pojawiają się jakieś wirtualne pieniądze.

Sugeruje pan, że osoby zatrudniane w klubach są czasami trochę z przypadku?

- Nie, ale czasem sytuacja ich zmusza do tego, aby po prostu płacić więcej, nie mając na to pokrycia w budżecie. Jak ktoś nie chce płacić tych pieniędzy, to często zostaje zwalniany. W Polsce nie wszyscy mają komfortową sytuację i nie mówię tu tylko o piłkarzach i trenerach. W klubach czasami też mają ciężko. Fajnie się pracuje np. w Chelsea, gdzie ma się miliony i kupuje kogo chce.

Ok, ale to też kwestia dobrego zarządzania.

- Liga angielska to chyba najdroższa liga w Europie. W Anglii większość klubów dobrze płaci.

U nas nie będzie takich pieniędzy, ze względu  na różnicę poziomów, ale powinno się jakoś dostosować te wymagania do ligi, żeby płacić piłkarzom i żeby nie dochodziło do takich patologii.

- Dobrze to pani nazwała, to jest patologia, jak ktoś tak postępuje. Pali się to zwalniają trenera, któremu trzeba dać odprawę, zatrudniają nowego, dokupują nie wiadomo ilu zawodników, a wszystkim trzeba płacić i potem budżet się nie skleja. To trzeba wszystko przewidywać do przodu. Nasze kluby mają niektóre po sto lat i ktoś się już chyba powinien tego nauczyć.

A co pan sądzi o stawianiu na młodych zawodników w Ekstraklasie? Z tym jest problem od wielu lat. W Polsce na palcach jednej ręki można by policzyć kluby, które starają się wprowadzać młodych, polskich zawodników.

- Są takie przepisy, które nakłaniają  do tego, aby polscy piłkarze grali w Ekstraklasie. Wiem, że w Austrii jest coś takiego. Brat mi to opowiadał. Główny sponsor, czyli telewizja - dzieli pieniądze między klubami częściowo za miejsce w tabeli, a częściowo za ilość rodaków w drużynie. Może u nas to też byłoby dobre rozwiązanie? Polskie kluby bardziej stawiałyby na promocję polskich zawodników. Ten podział forowałby bardziej naszych zawodników. Jak ktoś ma pięciu, czy ośmiu obcokrajowców i go na to stać, zajmuje pierwsze miejsce w tabeli, to ma najwięcej pieniędzy z praw. Jaka tu jest szansa dla młodego zawodnika, wychowanego w klubie, skoro on ma ośmiu obcokrajowców?

To ciekawy pomysł z tymi pieniędzmi z praw telewizyjnych.

- Jeśli Canal+ podjąłby decyzję odnośnie czegoś takiego, to kluby musiałaby się dostosować.

Na pewno ułatwiłoby to trochę wprowadzenie tych młodych graczy i trenerzy mieliby większą swobodę pracy, bo w Polsce z tym jest ciężko.

- Na pewno trenerzy tej swobody nie mają. U nas się tak przyjęło, że jak się przegrywa, to szybko się zwalnia trenera z klubu. Oczywiście ma to tam jakąś podstawę logiczną, ale nie daje się tych argumentów trenerowi, aby mógł dobrze prowadzić drużynę. Ja sam wiem po sobie, jak prowadziłem Motor Lublin. Niby drugoligowa drużyna, ale ja trenowałem w lesie, boiska nie miałem. Zawodnicy też nie mieli płacone. A już nie mówię, co miałem w ŁKS-ie Łódź, jak byłem menedżerem, bo to była sodoma i gomora.

Pod jakim względem?

- No tam już nic nie było. Żeby pojechać  na wyjazd, musieli się nam kibice zrzucić i dać pieniądze, bo w klubie nie było nic. Wypłaty nikt nie dostał. Byliśmy sześć miesięcy i ani grosza. Jeździliśmy z dwoma masażystami, kierownik, ja i tyle. W cztery czy pięć osób na mecz jeździliśmy. Niesamowite rzeczy tam się działy. Wtedy niestety ŁKS spadł, ale takie jest życie. Jak to mówią, jak się nie ma miedzi, to się w domu siedzi. Ja tutaj nie chce być mądralą, ale mi się wydaje, że u nas te kluby muszą przejrzyście płacić zawodnikom, a nie jakieś fundacje, dziwne wynalazki.

Pan, jak pracował za darmo, to nigdy już później nie otrzymał zwrotu obiecanych pieniędzy?

- Nie, nie. To jest najgorsze właśnie. Klub przestaje istnieć, zostaje zdegradowany do jakiejś niższej ligi. ŁKS rozpoczął od czwartej ligi i nikt nie dostał pieniędzy. Umowy z takim podmiotem, który nie istnieje, nie mają znaczenia. To tak jakby firma zbankrutowała. Zawodnicy tam, gdzie ja byłem, już w połowie sezonu wiedzieli, że nie dostaną pieniędzy. Czapki głów przed nimi, że grali za darmo, wiedząc, że i tak nic nie dostaną.

Adrianna Kmak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje