Reklama

Reklama

Piłka nożna. Marcin Matuszewski: Wyczarowałem gwiazdy PKO Ekstraklasy

- W krótkim czasie "wyczarowałem" dla dwóch czołowych polskich lig najlepszych strzelców i asystentów. Sprowadzeni przeze mnie zawodnicy, jak Igor Angulo czy Dani Ramirez, są niekwestionowanymi gwiazdami swoich ekip, a kilku innych, jak Angel Garcia czy Israel Puerto, również należy do jasnych punktów Ekstraklasy. Pomogłem też kilku polskim dzieciakom przeskoczyć dwa czy trzy szczeble ligowej drabiny i mam nadzieję, że ich kariery dopiero zaczynają się rozkręcać - mówi w rozmowie z Interią Marcin Matuszewski, znany jako "Duże Pe".

Jeśli na słowa: "Powiedz, gdzie dwóch takich jak my znajdziesz" odpowiadasz: "Groźni jak w ataku Patrick Kluivert", to znaczy, że pseudonim Duże Pe nie jest ci obcy. Właśnie pod taką ksywą działa na rynku muzycznym Marcin Matuszewski, pośrednik transferowy, który gościł już niegdyś na łamach Interii.

Tym razem opowiedział nam o tym, jak pandemia koronawirusa wpływa na jego pracę, dlaczego prezesa FC Barcelona można porównać do Johna Rockefellera, opisującego działalność straganu w Pcimiu oraz skomentował zmianę właściciela Arki Gdynia.

Reklama

Tomasz Brożek, Interia: Dzień dobry, jak się pan miewa?

Marcin Matuszewski: - Raz lepiej, raz gorzej - jak to w życiu. Ale generalnie daję radę.

Na początku z pozoru proste, a jednak dość zawiłe pytanie. Jak w zasadzie powinno się pana przedstawiać i tytułować? Agent piłkarski, artysta, dziennikarz?

- Odpowiedź D - wszystkie z powyższych (śmiech).

Menedżerowie nie lubią zdradzać tajemnic swojej kuchni, lecz może uda mi się wyciągnąć od pana pewien sekret - jak pogodzić tyle obowiązków i znaleźć na wszystko czas? Tajemnica tkwi w odpowiednim planie, a może w jego braku?

- Trudno powiedzieć. Tajemnica tkwi chyba w odpowiedniej konstrukcji psychicznej: Zawziętości w zawodowym robieniu rzeczy, które sprawiają przyjemność, a także niezrażaniu się porażkami. Istotny jest również związek wszystkich moich działalności. Z jednej strony zajmuję się słowem - pisząc, pracując w radiu i działając artystycznie. Z drugiej - negocjacje lub prezentacje zawodników też są przecież działaniem słowem, gdy trzeba w odpowiednie stwierdzenia ubrać dokonania zawodników, by przekonać do nich potencjalnych pracodawców. Management muzyczny i sportowy również nie leżą od siebie daleko. Tak samo reklama oraz public relations w dziedzinach okołoartystycznych nie są zbyt odległe od "pijarowania" piłkarzy i ich promocji jako - brzydko mówiąc - "produktów wchodzących na rynek". To wszystko są rzeczy pokrewne. Podsumowując - daję radę to wszystko pogodzić, bo zawodowo robię to, co kocham, zaś do wszystkich moich działań potrzebny jest dość zbliżony zestaw umiejętności, który rzecz jasna musi mieć też oparcie w solidnej wiedzy, doświadczeniu i autorskim warsztacie. A nad tym pracuję od 2000 roku, albo chwilę dłużej...

W ostatnim czasie w sferze zawodowej figuruje pan częściej jako Marcin Matuszewski, a może Duże Pe?

- W tej chwili oceniłbym to jako 66 do 34 na korzyść działań piłkarskich pod nazwiskiem.

Jak spędza Pan ostatnie trudne dla większości społeczeństwa tygodnie? Czas pandemii zmienił specyfikę pana pracy w roli agenta i zdążył pokrzyżować plany zawodowe?

- Mam taką naturę, że "stosowałem social distancing zanim to było modne" (śmiech). Działam więc właściwie zgodnie z planem - tylko nieco zmieniły się rynkowe okoliczności. Nawet normalnie jest to rynek, na którym 95 do 100 procent pracy idzie na marne. Jeżeli z profilem piłkarza możemy się odezwać do stu klubów, to najprawdopodobniej zaledwie pięć do 10 faktycznie będzie wyrażało zainteresowanie jego usługami, dysponując jednocześnie odpowiednim budżetem i tak dalej. A z tych pięciu do 10 klubów przy sprzyjających wiatrach może jeden, może dwa zdecydują się na złożenie oferty. Tak było "normalnie", a teraz panuje jeszcze większa niż zazwyczaj niepewność. Kluby nie wiedzą jakimi będą dysponować budżetami, kogo będą musiały sprzedać "z przyczyn ekonomicznych" - i tak dalej.

- Pomijając ten fakt, nie zmieniło się jednak zbyt wiele. Żaden z klubów nie ma takiego podejścia, że rozgrywki ligowe już nigdy nie wrócą, czas umierać. Każdy z bólem serca przyjmuje aktualne "okoliczności przyrody", natomiast wszyscy starają się iść do przodu.

Wielu ekspertów zapowiada, że trwająca pandemia zrewolucjonizuje rynek transferowy. Choćby prezes FC Barcelona Josep Maria Bartomeu stwierdził, że obecna sytuacja sprawi, iż kluby częściej będą wymieniać się zawodnikami, zamiast przeprowadzać wielomilionowe transakcje. Jak wygląda to z pana perspektywy? Spodziewa się pan radykalnych zmian? Jeśli tak, to jakich?

- Prezes Barcelony wypowiadający się o rynku transferowym - rozumianym jako zjawisko ogólnoświatowe, na wszystkich szczeblach ligowych drabinek - jest trochę jak Rockefeller, wypowiadający się o cenach jabłek w warzywniaku na bazarze w Pcimiu (śmiech). Barcelona jest jednym z 10-20 czołowych i najbogatszych klubów świata. Ten czubek piramidy jest niezwykle wąski. Być może transakcje między wielkimi klubami na poziomie 50-100 milionów euro i więcej rzeczywiście przestaną funkcjonować, bo nikt nie będzie wykładał tak ogromnej gotówki na piłkarzy. Wtedy faktycznie może częściej na tym poziomie będą to wymiany bezgotówkowe, aby pozbyć się części obciążeń finansowych i w zamian za trzech świetnych zawodników dostać jednego genialnego. Jeśli natomiast chodzi o transfery pomiędzy - przykładowo - Lubuszaninem Trzcianka i Jarotą Jarocin, to podejrzewam, że jednak nie będzie to miało tego typu wydźwięku.

Przed tygodniem nowym właścicielem Arki Gdynia został Michał Kołakowski, syn Jarosława Kołakowskiego. Czy pana, jako przedstawiciela środowiska pośredników transferowych, ten fakt w jakikolwiek sposób dotyka? Widzi Pan w tym coś niestosownego?

- To jest temat na dłuższą dyskusję. Mogę w ramach anegdoty opowiedzieć, że będąc już aktywnym pośrednikiem transakcyjnym chciałem zrobić licencję spikera stadionowego. Przy tej okazji dowiedziałem się, że nie ma to sensu, bo jako agent nie mógłbym być oficjalnie spikerem na stadionie w trakcie spotkań, choćby to była w pełni amatorska B klasa. Jako pośrednik mam bowiem zakaz pełnienia jakichkolwiek funkcji w klubie - co w tym wypadku było przecież totalnym absurdem. Z drugiej strony nie po raz pierwszy osoba działająca wcześniej jako agent zostaje bezpośrednio lub przez rodzinę właścicielem albo prezesem polskiego klubu piłkarskiego. Czy jednak aby na pewno stanowi to problem?

- Jako zarejestrowany w PZPN pośrednik transakcyjny nie mogę zostać dyrektorem sportowym czy skautem klubu, ale klub może podpisać ze mną umowę pośrednictwa, w ramach której de facto świadczę dla niego usługi skautingowe lub prowadzę negocjacje transferowe, wypełniając obowiązki dyrektora sportowego. Czyli "można i nie można jednocześnie" - co znów jest nieco absurdalne... Koniec końców i tak wszystko zależy od człowieka i jego charakteru. Ten nieuczciwy znajdzie sposób by "przykombinować" niezależnie od obowiązujących przepisów. Ten uczciwy będzie działał w stu procentach zgodnie z duchem fair play, nawet jeśli w teorii znajduje się w "korupcjogennej" sytuacji.

Wróćmy teraz do pana pracy. Patrząc z perspektywy całego pańskiego dorobku - i muzycznego, i tego związanego z piłką nożną - to, że znalazł się pan w tym miejscu jest zasługą zaplanowanej kariery czy po prostu czystego przypadku?

- Tym razem zaznaczamy odpowiedź C - żadne z powyższych (śmiech). Na pewno nawet w najśmielszych snach nie planowałem kariery związanej z którąkolwiek z tych dziedzin. Nie mam żadnych rodzinnych koneksji związanych ze światem muzyki, mediów, piłki nożnej czy ich okolic. Nie jest więc tak, że ze względu na pokrewieństwo lub kontakty byłem skazany na te gałęzie biznesu - wprost przeciwnie, na żadnym z tych pól absolutnie żadne drzwi na starcie nie stały przede mną otworem. Nie jestem też z rodziny bogaczy, nie otrzymałem więc od dobrego wujka na osiemnastkę miliona złotych na rozkręcenie firmy, choć oczywiście rodzice wielokrotnie w zakresie swoich możliwości wspierali moje działania, za co będę im zawsze wdzięczny. Wszystko do czego doszedłem zostało zbudowane ciężką pracą, konsekwencją, zawziętością w walce o bycie lepszym, serduchem do tego co robię i odrobiną szczęścia.

- Nie wymarzyłem sobie, że będę tworzył muzykę i z tego żył. Byłem jej odbiorcą, a kiedy "po raz enty" byłem mniej niż zachwycony tym, jak rapuje ten czy tamten wykonawca, ośmielony słowami legendarnego radiowca Druha Sławka stwierdziłem: "Ok, zamiast krytykować - zrobię to lepiej". Wziąłem się więc do pracy, i pracowałem tak długo, aż rzeczywiście się udało. Dalej jakoś poszło, skończyło się kilkoma setkami utworów zamkniętymi w ponad 20 albumów, zdrowo ponad tysiącem koncertów i imprez, w tym ponad setką występów zagranicznych, a nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa... (śmiech). Podobnie było z piłką. Za sprawą taty zawsze fascynował mnie futbol. W połowie lat 90-tych wkręciłem się w Championship Managera. W zaawansowanym stadium tego pięknego nałogu doszedłem do wniosku, że jest to marnowanie czasu na coś, co w przypadku zwycięstwa nie przynosi żadnych wypłat - co było kompletnie bez sensu. Zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób można przekuć na wymierne korzyści moją piłkarską wiedzę i powiązane z nią pomysły, rodzące się na styku futbolowej "zajawki" i wiedzy zdobywanej na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pomyślałem, że działania skautingowe, czy później menedżerskie, są odpowiednim sposobem, by to zdyskontować. No i również ten szalony plan udało się jakimś cudem wprowadzić w życie. Odpukać, póki co idzie nieźle.

Wspomniane koneksje rodzinne rzeczywiście mają ogromne znaczenie w tej branży, jaką jest rynek pośredników transferowych?

- Rzeczą oczywistą jest to, że kiedy ma się za sobą 20 lat piłkarskiej kariery w sześciu klubach, w których ciągle dochodziło do rotacji zawodników, wcześniej czy później ludzie z twojego rocznika są dyrektorami sportowymi, skautami i trenerami w szeregu klubów. Jest ci w takim wypadku znacznie łatwiej niż wtedy, gdy tak jak ja jesteś zasadniczo "gościem znikąd". Tak samo jest, jeśli piłkarzem, trenerem czy działaczem był twój tata albo wujek. Ale oczywiście jeszcze bardziej mobilizowało mnie to do ciężkiej pracy i walki by pokazać, że mimo tego handicapu wiem więcej i umiem lepiej, więc w końcu wyjdzie na moje.

- Przez moją "anonimowość" w paru wypadkach po drodze nie wyszło - jak choćby w przypadku braci Paixao, których w ramach współpracy z hiszpańską agencją próbowałem umieścić w Polsce jakieś dwa lata przed tym, jak finalnie tu trafili. Myślę, że mając "piłkarskie nazwisko", bez problemu sfinalizowałbym wtedy ich transfer. Nawet te porażki w pewien sposób przekuwały się jednak później w sukcesy - finansowo skorzystał na ich umieszczeniu w Polsce ktoś inny, ale kilka osób zobaczyło, że gdyby wcześniej nas posłuchali, to oni mogli mieć tych zawodników - i to chwilę wcześniej, kiedy Marco i Flavio byli bardziej "sprzedawalni". Na pewno taka renoma pomogła nam wejść na rynek - a później takimi ruchami jak transfery Igora Angulo czy Daniego Ramireza udowodniliśmy, że to nie był przypadek.

Dobrym agentem piłkarskim trzeba się urodzić, czy można nim zostać w procesie nauki? Jakie cechy są niezbędne, by zaistnieć na tym rynku?

- Zanim mogłem się określać mianem pośrednika transakcyjnego, około 15 lat właściwie wolontaryjnie i hobbystycznie działałem na różnych okołofutbolowych polach - czy to jako skaut, czy to jako analityk wideo, czy też pomagając różnym agentom w kontaktach międzynarodowych i tak dalej. To jest dość dobrą odpowiedzią na zadane pytanie. Po prostu trzeba włożyć bardzo dużo pracy, żeby stworzyć sobie solidne podstawy, chłonąć przy tym wiedzę z dziedziny, którą się zajmuje, wypracować "czutkę" do odpowiednich decyzji i tak dalej. Oczywiście niezbędne są też walory interpersonalne i intelektualne, a i ekonomiczne wykształcenie raczej pomaga niż przeszkadza. Moim zdaniem - choć niestety nie są one dostatecznie cenione - bardzo ważne są również aspekty etyczne. Świat byłby piękniejszy, gdyby były one niezbędne do pracy w tym zawodzie...

- Podsumowując - z byciem agentem jest tak jak z byciem piłkarzem. Widziałem wielu zawodników, których wrodzony talent był mniejszy niż kolegów z rocznika, a którzy ostatecznie zrobili większe kariery przez upór, ciężką pracę i skupienie się na celu. Czasami ktoś, kto ma większe predyspozycje, marnuje to wszystko, bo trochę mniej mu zależy i myśli, że dzięki wrodzonemu talentowi nie musi się starać.

Jak usytuowałby się pan na rynku polskich agentów piłkarskich?

- Na dobrą sprawę nie orientuję się nawet, który krajowy agent ma ilu piłkarzy i tak dalej. Skupiam się na swojej pracy i moim gronie zawodników, a nie na ocenianiu konkurencji. Na pewno jest grupa krajowych agentów, do których mam jeszcze bardzo duży dystans do nadrobienia - czyli ci, którzy skutecznie eksportują polskich piłkarzy za granicę, zarabiając na tym gigantyczne pieniądze. W związku z tym realistycznie oceniam moje szanse na pracę z najbardziej oczywistymi, ciekawymi krajowymi piłkarzami typu: "Wiodący młodzieżowi reprezentanci kraju". Do nich zasadniczo "nie mam startu", więc skupiam się póki co na innych rejonach rynku. 

- Jeżeli spojrzymy jednak wyłącznie na lokalne poletko ligowe, to patrząc na odsetek sukcesów i całokształt działalności od jej rozpoczęcia, absolutnie nie mam się czego wstydzić. Tutaj ta stawka jest naprawdę wyrównana. Biorąc pod uwagę moją pozycję startową i to, że jako samodzielny pośrednik działam zaledwie od czterech lat - myślę, że naprawdę idzie bardzo dobrze. W tak krótkim okresie "wyczarowałem" dla polskich lig najlepszych strzelców, asystentów i triumfatorów klasyfikacji kanadyjskiej dwóch najwyższych poziomów rozgrywkowych w kraju. Sprowadzeni przeze mnie zawodnicy, jak Angulo czy Ramirez, są niekwestionowanymi gwiazdami swoich ekip, a kilku innych, jak Angel Garcia czy Israel Puerto, również należy do jasnych punktów Ekstraklasy. Pomogłem też kilku polskim dzieciakom przeskoczyć dwa czy trzy szczeble ligowej drabiny - i mam nadzieję, że ich kariery dopiero zaczynają się rozkręcać...

Może pan zdradzić ile wynosi wspomniany odsetek sukcesów?

- Bardzo podobne do działań na rynku muzycznym - nie ma tu żadnego logicznego wzorca na jego wyliczenie. Nigdy nie wiadomo, która piosenka trafi w gusta i załapie się na listy przebojów, czy pobije internetowe rekordy w liczbie odsłuchów. Nie ma jednej właściwej formuły. Zdarza się, że piłkarz w którego wierzę tylko ja, wpadnie równolegle w oko jakiemuś dyrektorowi sportowemu i dzięki temu za kilka chwil stanie się gwiazdą. A czasami zawodnik, po którego teoretycznie powinni sięgać wszyscy, z niewiadomych powodów nie budzi zainteresowania.

Wspomniał pan o liczbie piłkarzy. Więcej jest tych, w których transferach pan uczestniczył, czy tych, których nazwisko pada w słynnym utworze "Futbol"?

- Hah! To naprawdę ciekawe pytanie. I teraz - jako osoba delikatnie obsesyjna - zaraz włączę ten kawałek i będę liczył padające nazwiska, a następnie wezmę się za konkretne podliczanie dokonanych transferów. Dzięki! (śmiech) Myślę, że powoli zarysowuje się już przewaga na korzyść wynegocjowanych kontraktów.

A propos cyferek, liczb i statystyk, jest pan ich dużym pasjonatem. Czy to w tym zawodzie konieczność?

- Moim zdaniem, w obecnym stadium "kwantyzacji futbolu" - zdecydowanie. Natomiast za każdym razem powtarzam, że statystyki stanowią jedną piątą, jedną czwartą... maksymalnie jedną trzecią oceny zawodnika. Nie zawsze są zbierane w adekwatny sposób, nie zawsze odzwierciedlają faktyczny ciężar danego zagrania. Kopnięcie piłki z własnej połowy w stronę bramki przeciwnika jest traktowane czasem jako strzał, tak samo jak doskonałe uderzenie tuż zza "szesnastki". Kiedyś przy okazji udziału w "Prawdzie Futbolu" Romana Kołtonia nasunęła mi się taka analogia, że naoczny skauting jest jak obserwacja człowieka przez detektywa, a statystyki są jak rzut oka na kompleksowe badania krwi śledzonego delikwenta. Badania krwi nie powiedzą nam jaki gość ma kolor oczu, ile ma wzrostu i tak dalej - a obserwacja "gołym okiem" nie powie nam, czy ma nadciśnienie, niedobór witaminy D i jakiś stan zapalny. Pełny obraz otrzymamy zaś dopiero łącząc te wszystkie obserwacje.

Chyba najbardziej jest pan znany z transferów Igora Angulo i Daniego Ramireza. To właśnie z tych dwóch ruchów jest pan najbardziej dumny?

- Jeśli dobrze policzyć - nie z dwóch, a z pięciu (śmiech). Podpisanie umowy przez Angulo, przedłużenie kontraktu Angulo, umieszczenie Ramireza w Stomilu, transfer Daniego do ŁKS, transfer Daniego do Lecha... Na pewno jestem dumny z działań na rzecz tych dwóch zawodników i na pewno są oni w czołowej trójce naszych dotychczasowych dokonań. Jedno miejsce na podium zostawiłbym natomiast na transfer któregoś z młodych zawodników, któremu pomogłem przeskoczyć o parę szczebli na raz. Możemy wspomnieć tutaj choćby o Danielu Smudze, który ledwie liznąwszy III ligi wskoczył do ekstraklasowego Górnika Zabrze, a później strzelał i asystował w eliminacjach do Ligi Europy. Inne przykłady? Karol Noiszewski, którego jako nastolatka z IV ligi umieściliśmy w pierwszoligowym Rakowie Częstochowa, z którym awansował do Ekstraklasy. Albo Dawid Rogalski, którego z czwartoligowych rezerw GKS Tychy wprowadziliśmy do II ligi, gdzie w ostatnich 31 meczach w podstawowym składzie zaliczył 18 bramek oraz 2 asysty i zmierza z GKS-em Katowice do I ligi. 

- Zawsze staram się rozkładać ciężar naszych działań pół na pół: pomiędzy zawodników o ustalonej marce, najczęściej zagranicznych, na których promocji faktycznie można zarobić i graczy młodych, najczęściej krajowych, którym trzeba pomóc wykonać pierwszy poważny krok w rozwoju. Do tych drugich na starcie raczej trzeba dokładać. Nieetyczne byłoby zresztą ściąganie 50 złotych z 500 złotych kontraktu takiego zawodnika. Przynajmniej dla mnie, bo mógłbym wymienić kilku "agentów" o wątpliwej moralności, dla których coś takiego czy pobieranie od zawodnika "comiesięcznej opłaty za udostępnianie ogródka agenta w celach treningowych", nie stanowi najmniejszego problemu.

Wracając do tematu Igora Angulo, partycypuje Pan w rozmowach na temat jego przyszłości?

- Częściowo tak, częściowo nie. Ustaliliśmy z Igorem pewien zakres rozmów, które w jego imieniu toczę ja, ale część spraw chciał załatwiać sam, na przykład swoje negocjacje z obecnym klubem.

Możemy spodziewać się w najbliższym czasie z pana strony transferów kolejnych piłkarzy, którzy podbiją Ekstraklasę?

- Każdorazowo odpowiedź brzmi: Owszem, można się spodziewać dokładnie wszystkiego. Pytanie z jakim prawdopodobieństwem wystąpienia danego zjawiska (śmiech). 

Odwróćmy może zatem sytuację. Gdyby zgłosił się do pana wielki zagraniczny klub, z prośbą o polecenie trzech piłkarzy. Jak brzmiałaby pańska odpowiedź?

- Wielkie zagraniczne kluby i tak mają nas wszystkich "rozkminionych", jak mówi stare kibicowskie porzekadło (śmiech). Skoro skauci przykładowego Tottenhamu zdają sobie sprawę choćby z tego, jacy zawodnicy wyróżniają się w reprezentacji makroregionu warmińsko-mazurskiego z rocznika 2005, to trudno byłoby ich raczej zaskoczyć kimś z Ekstraklasy. No, ale załóżmy, że nie wiedzą... W tej sytuacji na pewno poleciłbym im Kamila Jóźwiaka, który moim zdaniem - i według ocen InStat - jest w tej chwili prawdopodobnie najlepszym zawodnikiem Ekstraklasy, a przy tym jest w idealnym wieku do wyjazdu. Na pewno - znów nie będę odkrywczy - wskazałbym również na Michała Karbownika, o którego biją się już przecież światowi giganci futbolu. Trzecim zawodnikiem byłby najprawdopodobniej Filip Marchwiński, Kacper Kozłowski albo Aleksander Buksa - wszyscy to bardzo młodzi gracze, ale pokazują już błysk w meczach Ekstraklasy i drzemie w nich wielki potencjał.

Tęsknota za piłką jest już ogromna czy regularna praca związana z futbolem pozwala ją trochę zwalczać?

- To zabawna sprawa. Gdy na dobre rozbujała się moja działalność muzyczna i DJ-ska przestałem chodzić na koncerty czy imprezy, bo było to trochę jak pójście do pracy w dzień wolny. Tak samo - niestety - poważniejsze wejście w pracę "okołopiłkarską" wywołało uczucie zmęczenia futbolem. Zdecydowanie rzadziej oglądam mecze Ligi Mistrzów czy spotkania zagranicznych lig wyłącznie dla przyjemności. Ciągle mam przesyt oglądanych skrótów, wideo-profili zawodników czy pełnych spotkań - bo właściwie każdy mój dzień jest w dużej mierze wypełniony takimi czynnościami. Później gdy mam włączyć mecz i obejrzeć go dla własnej frajdy, często wolę iść na spacer, obejrzeć film czy poczytać książkę - zwłaszcza mając w świadomości, że w dany weekend i tak obejrzę "z obowiązku" sześć innych spotkań, w których grają zawodnicy, którymi się opiekuję. Oczywiście "z obowiązku" nie oznacza "bez przyjemności", ale to jednak inna dyscyplina niż "ot tak włączyć sobie mecz".

Czyli raczej nie szykował pan specjalnie telewizora na weekend z Bundesligą?

- Raczej nie, ale wiadomo, że kiedy rozgrywki wrócą, to będzie trzeba je śledzić. Inna sprawa, że oglądanie meczów bez publiczności nigdy nie było dla mnie przyjemnym doświadczeniem. Warstwa emocji i kibice na stadionie to jednak taki futbolowy "piąty element hip-hopu" (śmiech).

To rzeczywiście trochę jak oglądanie bitwy freestylowej bez udziału publiki, która tworzy cały klimat. Bez niej nawet najbardziej wartościowy wers zdaje się być pozbawiony jakiegokolwiek sensu.

- To prawda, bardzo dobra analogia. 

Wróćmy jednak do tematu rynku transferowego. Zdarzają się telefony od zrozpaczonych matek, które polecają swoich utalentowanych synów?

- Oczywiście i w kilku przypadkach moja współpraca z zawodnikami, z których jestem bardzo zadowolony, zaczęła się właśnie od kontaktu ze strony rodziców. Wywiady takie jak ten bardzo pomagają, dzięki (śmiech). Najwyraźniej robię w nich - zgodnie ze stanem faktycznym - wrażenie uczciwego i sensownego gościa, który wie o czym mówi, jest konkretny i tak dalej. Kiedy takie wrażenie na mój temat potwierdzi dodatkowo rodzicom jakiś ich znajomy trener czy zawodnik, czasem postanawiają się do mnie zgłosić po pomoc.

Środowisko piłkarskie i hip-hopowe przenika się i to dość dogłębnie, czego przykładem jest choćby #Hot16Challenge2, który zatacza już coraz szersze kręgi. Kariera muzyczna pomogła panu w nawiązaniu kontaktów z pewnymi piłkarzami? Kojarzyli pana ze sceny?

- Na pewno zdarzają się czasem takie sytuacje, że ktoś w świecie futbolu kojarzy moją osobę ze względu na działania muzyczne, radiowe lub jakiekolwiek inne "niepiłkarskie". Czy to jakoś wybitnie pomaga? Nie mam zielonego pojęcia, to są jednak zupełnie różne dziedziny. Na pewno jednak to nie przeszkadza, podobnie jak fakt, że nie boję się kamery oraz mikrofonu i umiem złożyć dwa-trzy zdania publicznej wypowiedzi tak, żeby miały sens.

Nie było więc tak, że był pan w pewien sposób lekceważony przez związek z kulturą hip-hop? Pytam, ponieważ w Polsce rap jest często kojarzony wyłącznie z chuliganem w kapturze, który wykrzykuje do mikrofonu wiązankę wulgaryzmów.

- Trochę tak jest, choć mam nadzieję, że np. wspomniana akcja #Hot16Challenge2 pomoże zmienić tę konotację, bo hip-hop w Polsce jeszcze nigdy nie był tak blisko powszechnej świadomości. Wracając jednak do pytania - myślę, że odsetek negatywnych reakcji na moje powiązanie z muzyką jest podobny do odsetka sytuacji, w których to powiązanie mi pomogło. W obu wypadkach odsetek ten jest niski - i najczęściej nie miało to większego znaczenia. Umówmy się - jeśli chodzi o rozpoznawalność w związku z artystyczną działalnością, nie jestem przecież Marylą Rodowicz (śmiech).

Puentując naszą rozmowę, jakie są plany na najbliższą przyszłość? A może i na dalszą, nawet jeśli pozostaje ona w kwestii marzeń?

- Nie mam wygórowanych oczekiwań wobec życia i świata. Zamierzam dalej robić swoje na wszystkich frontach, bo mam to szczęście, że całe życie mogę w celach zarobkowych robić to, co mnie kręci i fascynuje. Fajnie, gdyby było przy tym trochę więcej szczęścia i trochę mniej pecha niż według statystycznych średnich. Tylko tyle i aż tyle i jak na moje będzie dobrze.

Rozmawiał: Tomasz Brożek

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Matuszewski | Duże Pe | Igor Angulo | Dani Ramirez

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje