Pierwsza bolesna porażka właściciela Widzewa. Piłka nożna to nie budowanie magazynów
Jeśli spojrzeć na tabelę Ekstraklasy, to 20 milionów euro, które Robert Dobrzycki wydał na transfery do Widzewa jest jak na razie prawdopodobnie najgorszą inwestycją w jego zawodowej karierze. Drużyna broni się przed spadkiem, odpadła z Pucharu Polski, a światełkiem w tunelu ma być zatrudnienie nowego szkoleniowca.

Dobrzycki jest jednym z twórców Panattoni, światowego giganta na rynku nieruchomości przemysłowych. Zaczynał od zera, choć właściwie nawet było gorzej, bo spłacał dług (sam mówi o 2 mln złotych). Deweloperka przemysłowa nie wydaje się fizyką kwantową czy liczeniem całek, ale osiągnął ogromny sukces. W dużym uproszczeniu wystarczy mieć sporo pieniędzy, kupić ziemię, postawić na niej magazyn i wynająć. Oczywiście trzeba wiedzieć, gdzie ją kupić, czy to miejsce, na które znajdą się chętni najemcy, mieć sprawdzoną ekipę, która szybko postawi magazyny, ale to tylko didaskalia. Wykładasz pieniądze i masz produkt gotowy do sprzedaży.
W piłce nożnej jednak tak nie jest. Tu nie zawsze dwa plus dwa wychodzi cztery, a nawet częściej nie wychodzi. Pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze. Gdyby tylko one decydowały, to mistrzami świata pewnie byłyby zwykle reprezentacje z półwyspu Arabskiego, a Ligę Mistrzów co roku wygrywałoby Paris Saint Germain (z Neymarem, Messi i Mbappe to się nie udało).
W piłce nożnej na sukces składa się dużo, dużo więcej i jest bardziej skomplikowane niż kupowanie piłkarzy za astronomiczne sumy (w przypadku polskiej ligi 5,5 mln euro za Bukariego). Widzew wydał 20 mln euro i jest w strefie spadkowej, a do tego odpadł z Pucharu Polski. Dariusz Adamczuk i Piotr Burlikowski za pieniądze Dobrzyckiego zbudowali drużynę, która gra koszmarnie. Która nie potrafi zdominować rywala, a jak straci bramkę, to właściwie nie umie zareagować. Ta drużyna miała porywać grą, a na razie to kibice wyrywają sobie włosy z głowy.
W najczarniejszych snach niewielu chyba zakładało, że po takich wzmocnieniach może stać się jednym z kandydatów nie do pucharów, ale do… degradacji. Przed rundą wiosenną wspomniani wyżej działacze zaśmiewali się na pytanie o możliwy spadek. A właśnie oni powinni mieć świadomość, że w piłce wszystko jest możliwe.
Poprzedni dyrektor sportowy był zły, bo sprawdził piłkarzy młodych, z potencjałem, których za kilka lat można będzie sprzedać. Zapłacił za to posadą. Zastąpili go ludzie już wybrani przez Dobrzyckiego - Adamczuk i Burlikowski. Widzew potrzebował zawodników na już, na teraz, którzy od razu zapewnią wynik. A wszystko miał poukładać trener, który odnosił sukcesy z Ludogorcem Razgrad i Szachtarem Donieck.
Tymczasem nic takiego się nie wydarzyło. Widzew nie zdobędzie Pucharu Polski i najpewniej do końca sezonu będzie drżał o utrzymanie. Igor Jovicević zawiódł, nie stworzył z zawodników za 20 mln euro drużyny. Chorwat objął drużynę w trakcie rundy jesiennej, ale zimę przepracował już na własny rachunek, a transfery były za jego aprobatą.
Tymczasem nie tylko podejmował dziwne decyzje, ale nie było widać żadnego pomysłu. A piłkarze, jak to się mawia w slangu piłkarskim, biegali bez mapy i to nie za szybko. W ligowym spotkaniu z GKS Katowice najlepszy strzelec Sebastian Bergier wykonywał rzuty rożne. W pucharowym spotkaniu z GKS-em Jovicević tuż przed rzutami karnymi zdjął tego napastnika, choć ten do tej pory w jedenastkach był bezbłędny. Na dodatek wpuścił za niego Mariusza Fornalczyka, którego sfera mentalna - delikatnie mówiąc - nie jest atutem. I co zrobił skrzydłowy - nie wykorzystał rzutu karnego. Jeśli szkoleniowiec chciał go podbudować, to zakopał jeszcze mocniej.
W ciągu 15 spotkań pod wodzą Chorwata widzewiacy grali w trzech różnych ustawieniach. We wtorek w Katowicach 3-5-2, choć drużyna była budowana pod taktykę z czterema obrońcami. Jak się okazało nie było w kadrze zmienników dla napastników, ani miejsca dla skrzydłowych i najdroższy transfer w historii ekstraklasy przesiedział mecz na ławce rezerwowych.
To pierwsza tak bolesna nauczka dla Dobrzyckiego. Przekonał się, że biznes i sukces w piłce nożnej mocno różni się od tego, na którym zna się najlepiej. Zaufał poleconym ludziom i może mieć uzasadnione wątpliwości, jeśli choćby spojrzy na tabelę. Stworzył ogromny biznes i potrafi wyciągać wnioski.
Oby zmiana na stanowisku trenera przyszła w porę, bo dla Widzewa, a także całej ligi lepiej, żeby klub, który z drzwiami wszedł na rynek transferowy i zmienił krajobraz, był wartością dodaną dla Ekstraklasy. Spadek byłby wizerunkową wtopą i wstydem dla klubu, który odbudowali przede wszystkim kibice - ci kupujący karnety i ci bogtasi - najemcy lóź, sponsorzy i współwłaściciele.
Z przyjściem Dobrzyckiego miał wejść na nowy poziom, wrócić do europejskich pucharów i dominować w lidze, jak na przełomie lat 70. i 80. XX wieku (i chwilę w latach 90.). Oczywiście jest to możliwe, bo jak zapewnia właściciel Widzew to dla niego projekt długofalowy i przejęty potrzeby serca a nie biznesowo. Jednak degradacja zespołu, na który wydano około 20 mln euro byłaby historycznym "sukcesem", ale nie o taki raczej chodziło.



















