Pękło 40 tysięcy, Lech tylko za liderem Ekstraklasy. A w Poznaniu gwizdy
Ponad 40 tys. kibiców stawiło się na Enea Stadionie w Poznaniu - by świętować zwycięstwo nad zawodzącą w tej rundzie Cracovią, a w efekcie pozycję wicelidera z zaledwie dwupunktową stratą do Jagiellonii. I niemal przez całą drugą połowę ci kibice domagali się lepszej gry, której już nie było. Lech wskoczył na drugie miejsce, bo remis 0:0 do tego wystarczył, ale piłkarzy żegnały gwizdy i wyzwiska. A cieszyć się może Jagiellonia, której rywale rozkładają czerwony dywan na jej drodze do tytułu mistrza Polski.

Lech Poznań wciąż aktywny w walce o mistrzostwo Polski - to, patrząc na postawę "Kolejorza" w rundzie wiosennej, wydawało się czymś nierealnym. A jednak wyniki innych zespołów tak się ułożył, że drużyna Mariusza Rumaka mogła dziś wskoczyć na drugie miejsce, z zaledwie dwupunktową stratą do Jagiellonii, od której Lech ma lepszy bilans bezpośrednich spotkań. Warunkiem było jednak pokonanie Cracovii w meczu, na którym stawiło się się 40362 kibiców.
Cracovii znajdujące się w bardzo trudnej sytuacji, zawodzącej na całej linii, poważnie zagrożonej spadkiem. Zarazem drużyny, która od połowy lutego wygrała tylko jeden mecz, za to z... Jagiellonią. Na jej terenie.
Cracovia z jasnym planem w Poznaniu, Lech próbował przerwać jej zasieki
Lech w tym sezonie walczy z wieloma swoimi słabościami, podobnie zresztą jak i Cracovia. Goście od początku realizowali prostą taktykę - zagęścić strefę przed swoim polem karnym, postawić podwójne zasieki. A poznaniacy nie potrafili się przez nie przebić. I trwało to aż do 25. minuty, gdy Elias Andersson zagrał do uwalniającego się w polu karnym Mikaela Ishaka, kapitan Lecha stanął zaś oko w oko z Lukáš Hroššo. Słowacki weteran dość szybko położył się na murawie, napastnik Lecha chciał oddać strzał w dalszy róg, Hroššo jednak odpowiednio wystawił nogę.

Akcje Lecha wyglądały zdecydowanie lepiej wówczas, gdy poznaniakom udało się je wyprowadzić na tyle szybko, by Cracovia nie zdołała ustawić się w obronie. Bo gdy już się ustawiła, Lech przerzucał piłkę w poprzek boiska - spokojnie, flegmatycznie. A jak udało się znaleźć któregoś z zawodników w polu karnym, to albo zawodziła technika, albo też brak precyzji w dograniu.
Do 35. minuty nie było więc momentów, które mogły jakoś podnieść tętno kibicom. I wtedy po dośrodkowaniu Niki Kwekweskiriego David Kristjan Olafsson był o centymetry od "pięknego" samobója - trafił w słupek swojej bramki. A później swoje minuty miał Afonso Sousa, rozgrywający najlepszy mecz w Lechu od roku. Najpierw Hroššo zatrzymał jego strzał nożycami po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego, później zaś piękną paradą wybił piłkę po uderzeniu z ponad 25 metrów.
Cracovia zaś wyłącznie czekała na kontry, wykreowała raptem jedną, która mogła dać jej prowadzenie. I to zaraz po uderzeniu w słupek Olafssona, gdy Patryk Makuch uciekł Anderssonowi, dośrodkował, ale Benjamin Källman z 10 metrów fatalnie spudłował. To była wyśmienita okazja.

Mocne wejście Lecha w drugą połowę. A później było już tylko gorzej
Zmasowana obrona Cracovii i szukanie kontr były też w planach tej drużyny w drugiej połowie, choć mogła się zacząć dla gości koszmarnie. Już po 40 sekundach dobrą pozycję strzałową miał Kwekweskiri, ale nie uderzył w pierwsze tempo, później został zablokowany. Za chwilę zaś ładną akcję poznaniaków celnym uderzeniem, choć za lekkim, wykończył Sousa.
Było oczywiste, że "Pasy" muszą coś zmienić, bo przecież też goście więcej biegali za piłką, szybciej się męczyli. Rumak zaś miał jeszcze w zapasie możliwość wejścia na zmęczonego rywala Kristoffera Velde i Adriela Ba Loua. I oni w końcu się pojawili, pierwszy po godzinie gry, drugi, razem z Joelem Pereirą, na kwadrans przed końcem. Lech był bowiem z każdą minutą coraz bardziej bezradny, jego zapał gasł, kibice gwizdali i domagali się zwycięstwa.
Cracovia zresztą też nie przejawiała ochoty do odkrycia się, szanowała bezbramkowy remis.
Gdy do końca zostało 10 minut, kibice z "Kotła" już dość jasno, wulgaryzmami, domagali się od piłkarzy Lecha większej aktywności. I wtedy najpierw Kamil Glik był bliski wbicia samobója po dośrodkowaniu Barry'ego Douglasa, później Ba Loua koncertowo zmarnował sytuację sam na sam.
I nic więcej ciekawego się nie zdarzyło, ogarnięty niemocą, zawodzący Lech nie zdołał wbić bramki. Po raz czwarty tej wiosny, za Rumaka, zremisował mecz 0:0.
A gdy piłkarze Lecha podeszli po meczu pod sektor kibiców, fani krzyknęli: "Gdzie jest Rumak?". Trener wcześniej poszedł do szatni.
Zobacz również:













