Reklama

Reklama

Paulinho, Sawaneh, Servas - w Polsce się nie udało, a teraz błyszczą

Choć polska liga nie należy do najsilniejszych w Europie, to nie wszyscy zagraniczni piłkarze potrafią w niej zaistnieć i zaprezentować pełnię umiejętności. W ostatnich latach byli tacy, którzy zostali skreśleni, a gdzie indziej błyszczą.

Jose Paulo Bezerrę Maciela Juniora, czyli Paulinho, w 2007 roku przywiózł do Polski litewski biznesmen Algimantas Breikstas. Właściciel klubu FK Wilno w sezonie 2007/08 postanowił kontynuować sportową działalność w Łodzi i związał się z ŁKS. Tę drogę przebył też z nim 19-letni wówczas brazylijski piłkarz.

"W ŁKS pojawiła się wówczas spora grupa Brazylijczyków, którzy z reguły trzymali się razem. Paulinho był jednak bardzo otwarty i jako jeden z nielicznych chciał się integrować z pozostałą częścią drużyny. Już wtedy imponował znakomitą techniką, ale nieco gorzej było z taktyką. Niekiedy miał problemy z realizacją zadań nakreślonych przez trenerów. Był to jednak efekt młodego wieku i trudności z aklimatyzacją w dość egzotycznym dla niego kraju" - powiedział PAP bramkarz ŁKS Bogusław Wyparło.

Reklama

W zespole z al. Unii Paulinho zadebiutował 15 września 2007 r. w meczu z Zagłębiem Sosnowiec (3-0). Jesienią zagrał w siedmiu spotkaniach, a w rundzie wiosennej - w 10.

"Do ŁKS Paulinho trafił jako defensywny pomocnik, lecz nie wywalczył sobie pewnego miejsca w zespole. Regularnie zaczął grać, gdy przesunąłem go na prawą obronę. To był piłkarz ułożony technicznie, ale fizycznie odstawał od innych. Delikatny, trochę przewrażliwiony, co sprawiało, że często narzekał na urazy i dość długo je leczył" - wspomina ówczesny i obecny trener ŁKS Marek Chojnacki.

Łącznie na polskich boiskach wystąpił w 24 meczach. Po zakończeniu sezonu 2007/08 Breikstas zabrał go z ŁKS.

"Chciałem wówczas zostawić dwóch Brazylijczyków, ale obaj byli jednak piłkarzami Breikstasa i nie mieliśmy żadnego wpływu na ich dalszy los" - dodał Chojnacki.

Z Polski wrócił do ojczyzny, gdzie dwa lata występował w niższych ligach. W 2010 roku trafił do słynnego Corinthians Sao Paulo. Szybko został podstawowym zawodnikiem, w drugim sezonie cieszył z mistrzostwa Brazylii, a w tym roku zespół triumfował w Copa Libertadores (odpowiednik europejskiej Ligi Mistrzów).

We wrześniu 2011 roku w "Superclasico de las Americas", spotkaniu kontynentalnych potęg, ale w składach złożonych z piłkarzy występujących w kraju, zadebiutował w drużynie narodowej. Rozegrał w niej do tej pory sześć meczów, zdobył dwie bramki. Golem uczcił m.in. powrót do Polski. Niedawno gościł z ekipą "Canarinhos" we Wrocławiu, a gospodarze najbliższego mundialu wygrali z Japończykami 4-0.

Mało kto pamięta, że osiem lat temu w Lechu Poznań pojawił się Gambijczyk Ebrahima Ibou Sawaneh. Spędził w tym klubie niecałe dwa sezony. W ekstraklasie rozegrał zaledwie dwa spotkania. Jedyną bramkę strzelił w meczu Pucharu Polski Okocimskiemu Brzesko (4-1).

"Gdy do nas przyjechał, miał zaledwie 18 lat. Był bardzo szybki, zaawansowany technicznie, ale jeszcze taki dzieciaczek, chucherko. Zaaklimatyzował się jednak, a zespół go polubił. Zaimponował mi, bo bardzo szybko nauczył się polskiego i mówił naprawdę dobrze" - powiedział ówczesny trener "Kolejorza" Czesław Michniewicz, który zdradził też kulisy jego transferu.

"Dzień przed planowanym sparingiem część zespołu zrobiła tzw. wkupne, a ja akurat o tym nie wiedziałem. Ibou na tej imprezie nie było, a później strzelił trzy bramki, więc pomyśleliśmy: Ale nam się talent trafił. Potem wszyscy żartowali, że gdyby nie ta impreza, to by nie został w Lechu" - wspominał.

Jak przyznał, Sawanehowi ciężko było przebić się do podstawowego składu, gdyż w ataku grali wtedy m.in. Piotr Reiss, Zbigniew Zakrzewski czy Damian Nawrocik. W 2006 roku po połączeniu się Lecha i Amiki Wronki nikt nie był już Gambijczykiem zainteresowany, a zawodnik wyjechał z Polski.

Trafił do Belgii. Grał w SK Beveren, KV Kortrijk, KV Mechelen oraz RAEC Mons. W poprzednim sezonie ekstraklasy zdobył osiem goli i sięgnął po niego klub Oud-Heverlee Leuven. Teraz w jego barwach z dorobkiem 12 goli jest liderem klasyfikacji strzelców Jupiler League, a jego zespół spisuje się zaskakująco dobrze - jest szósty w tabeli.

Marcelo Sarvas trafił do warszawskiej Polonii latem 2009 roku ze szwedzkiego drugoligowca Bunkeflo IF. Długo nie mógł się przebić do składu, ale w końcu pokazał się na polskich boiskach. Wiosną i jesienią 2010 zagrał w 28 spotkaniach ligowych w barwach "Czarnych Koszul" i zdobył dwa gole.

Zimą opuścił jednak klub z Konwiktorskiej z łatką "rozczarowania" i wylądował w... Kostaryce. Z drużyną Deportiva Alajuelense, której był reżyserem gry z numerem "10" na koszulce, sięgnął po mistrzostwo kraju, co zaowocowało transferem do Los Angeles Galaxy. W Major League Soccer (MLS) występuje od początku tego roku, a jego partnerami w drużynie są m.in. David Beckham, Robbie Keane czy Landon Donovan.

31-letni Sarvas jest podstawowym graczem zespołu, który dotarł już do finału Konferencji Zachodniej MLS. Wystąpił w 31 spotkaniach tego sezonu, zdobywając dwa gole. 23-krotnie wyszedł w podstawowej jedenastce, na boisku spędził ponad 2000 minut.

Jedną z przyczyn sukcesu na amerykańskich boiskach jest według niego to, że od pierwszych chwil pobytu w Los Angeles wszyscy w klubie - od sekretarki po człowieka dbającego o murawę stadionu - bardzo serdecznie go przyjęli. "A że jest w drużynie kilku rodaków, to szybko poczułem się tu jak w domu" - przyznał w jednym z wywiadów.

Wspominając swoje występy w Szwecji czy Polsce zwrócił uwagę na... pogodę. "Tam bywa bardzo zimno. Myślę, że ludziom z Los Angeles trudno byłoby to zrozumieć i przyzwyczaić się do tego" - zaznaczył.

Z kolei grę w Kostaryce ocenił jako najpiękniejsze sportowe doświadczenie. "Pod wieloma względami to kraj podobny do Brazylii. Nigdzie nie świętowałem też takich sportowych sukcesów, więc Kostaryka na zawsze zostanie w moim sercu" - dodał.

Dowiedz się więcej na temat: Paulinho | Sawaneh | Servas

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje