Papszun grał jakby przeciwko sobie. Zła informacja dla "gabinetów" Legii
Miał być mecz pełen podtekstów, wyszło średnie widowisko, z którego nikt nie może być zadowolony - kibice Legii i Rakowa, piłkarze obu drużyn, a przede wszystkim bohaterowie, dzięki którym mówiło się o wspomnianych podtekstach - Marek Papszun i Łukasz Tomczyk. Choć długimi fragmentami można było odnieść wrażenie, że Marek Papszun wciąż jest trenerem Rakowa.

Osoby, które polską piłkę oglądają nie dla jej poziomu, a dla fabuły, wśród zaznaczonych na kalendarzu dat w czerwonym kółku musiały mieć tę niedzielną. Ciągnący się jesienią serial z przenosinami Marka Papszuna do Legii Warszawa dawał wiele dyskusji o sposobie załatwiania tej sprawy ze strony klubu ze stolicy i samego trenera, ale przede wszystkim zostawiał otwarte pytanie: czy mecz jego nowego i starego klubu będzie wydarzeniem godnym zapamiętania.
Mecz jak sezon ligowy
Był taki, jak ten sezon Ekstraklasy - przeciętny do bólu, z fragmentami męczącymi widza, przede wszystkim przez zupełne niedopasowanie Rakowa do tego, czym się miał stać po zmianie trenera. O ile można wymienić szereg meczów, w których Łukasz Tomczyk miał zwyczajnego pecha, że nie wygrał, o tyle w Warszawie od momentu strzelania bramki, do jej utraty (65 minut gry!), postanowił oddać pole i przejść do twarzy, jaką Raków miał już kilka lat temu - drużyny broniącej własnego pola karnego. Można było wręcz odnieść wrażenie, że Marek Papszun grał przeciwko Markowi Papszunowi. A że trudno, by Papszun innego trenera znał lepiej od siebie, to był w stanie uniknąć porażki.
Zresztą to kolejny dowód, że ten mecz był jak obecny sezon - Papszun jako trener Legii, oduczył ją przegrywać, ale wygrywa niezwykle rzadko. W trwającej już od siedmiu meczów serii bez porażki, zwyciężył tylko dwa razy. Dla Legii to o tyle problematyczne, że w klubowych gabinetach pokątnie, nieśmiało, do tej pory wciąż myślało się o awansie do europejskich pucharów. Rozgrywki są tak specyficzne, że z planowaniem, jak ma wyglądać budżet za rok, wstrzymano się do przerwy reprezentacyjnej. Trochę wbrew Markowi Papszunowi, który - co oczywiste - nigdy w obecnym momencie nie przyzna, że w głowie ma Europę. Porażka Legii z Rakowem definitywnie zamknęłaby tę kwestię nawet u największych optymistów w klubie. Remis przymyka drzwi - ale znacząco. Niby w lidze, w której każdy rzadko wygrywa, złapanie serii zwycięstw może zakończyć się pucharami, a kolejek na odrobienie dziewięciu punktów straty do czwartego miejsca jest jeszcze osiem, ale właściwie na czym bazować nadzieje, że to się może udać, gdy w pierwszych ośmiu meczach wiosny Legia wygrała dwa razy, nie grając ani jednego meczu, w którym byłaby od przeciwnika lepsza przez przynajmniej 60 minut.
Szukając odpowiedzi, spytaliśmy Marka Papszuna o to, czy coś zaskoczyło go na plus w czasie pierwszego etapu jego pracy w Legii. - Na pewno z takich dużych rzeczy, które mogę powiedzieć na szybko, to dopiero widać, ile mental znaczy. Ile głowa tutaj rozdaje kart w tej grze. Tutaj najbardziej chyba jestem zaskoczony. Natomiast od początku byłem zbudowany jak ta drużyna pracuje, jak chce pracować. Dlatego jestem dzisiaj w szatni troszeczkę może też rozczarowany, że nie pokazujemy tego, na co już teraz nas stać. I o to trochę taka złość była z mojej strony, że nie pokazujemy tego, co już moglibyśmy dzisiaj pokazać - odpowiedział Interii trener.
Trenerzy oglądali dwa różne mecze
Wracając do rywalizacji Papszuna z Tomczykiem, ciekawostką jest to, że obaj trenerzy wypowiadali się po meczu, jakby... oglądali dwa różne spotkania. Tomczyk mówił o słabszej w wykonaniu Rakowa pierwszej połowie pod kątem kontroli i kreacji, oraz dużo lepszej drugiej. Papszun... też nie był zadowolony z pierwszej, ale uznał, że Legia w drugiej miała więcej dobrych okazji i spisywała się lepiej.
Papszuna i Tomczyka zdefiniują natomiast pozostałe mecze w sezonie. Do tej pory obaj mogli mówić o placu budowy - trener Legii odbudowywał sferę mentalną, trener Rakowa trafił w epicentrum zmian, w którym momentami nie było nawet czasu na trening (Częstochowianie grali dotąd na trzech frontach, teraz znika Liga Konferencji, a przerwa na zgrupowanie pozwala na spokojniejszą budowę). Na razie przygoda obu z nowymi klubami daleka jest od optymalnej, ale dopiero po kadrze łatwiej będzie o rzetelną ocenę ich pierwszego półrocza.











