Papszun był ciekawy odpowiedzi, ale jej nie poznał. Kuriozalne momenty
Wydaje się, że prezentacja Marka Papszuna w formie briefingu, podczas którego nie padła żadna odpowiedź na temat ostatnich wydarzeń w Legii, tylko potwierdza, że dla jednego z największych polskich klubów to nie tylko jest start nowej ery, ale przeszłość wręcz nie istnieje. Słowa dwukrotnie wypowiedziane przez Marcina Herrę, wiceprezesa i od dziś jedynego obok Dariusza Mioduskiego członka zarządu, "dajcie nam teraz popracować z nowym trenerem" są również najlepszym dowodem dla potwierdzenia tezy, iż jedynym pomysłem Legii na wyjście z kryzysu jest zatrudnienie utytułowanego trenera, nie zaś postawienie odpowiedniej diagnozy i wyleczenie przyczyn ostatnich klęsk.

Jak odpowiadać, by nie odpowiedzieć
W Legii doskonale zdają sobie sprawę, nad jaką krawędź został doprowadzony klub, jednak - mimo powtarzających się cyklicznie słów o braniu odpowiedzialności, nikt realnie jej nie bierze. Gdy Fredi Bobić, dyrektor zarządzający, a nieformalnie drugi obok Michała Żewłakowa dyrektor sportowy klubu, udzielał ostatnio wywiadu Canal Plus, słowa o własnej odpowiedzialności upchnął gdzieś pod koniec, po całym festiwalu wskazywania palcem innych. W piątkowe popołudnie mieliśmy z kolei pokaz chowania się za plecami. Dariusz Mioduski schował się za Marcinem Herrą, a Marcin Herra - za Markiem Papszunem. Kibice Legii coraz głośniej domagają się odejścia właściciela z klubu, a w najgorszym przypadku - odsunięcia od zarządzania nim. Sam właściciel nie pojawił się na briefingu, poniekąd wykorzystując obecność swojego wiceprezesa, który uzasadnił utrzymanie przez Mioduskiego miejsca w zarządzie "działaniem międzynarodowym wymagającym bycia w strukturach klubu". Gdy sam otrzymywał pytania - starał się unikać.
Nie dowiedzieliśmy się zatem ani tego, czy dla Legii brak awansu do europejskich pucharów będzie katastrofą ("za wcześnie"), ani nie usłyszeliśmy, jaką władze klubu postawiły diagnozę w kwestii fatalnych wyników uzyskiwanych jesienią ("za długo by o tym mówić, a mamy briefing, nie konferencje, więc lepiej skupić się na pracy, niż na mówieniu"), nie padły żadne deklaracje w sprawie zimowych transferów, ani nawet wytłumaczenie obecnej struktury w pionie sportowym (klub ma dwóch dyrektorów sportowych, a właśnie zatrudnił trenera, który słynie z tego, że lubi mieć w sprawach transferów dużo do powiedzenia). Gdy zapytaliśmy Marcina Herrę, czy Marek Papszun zagwarantował sobie większe kompetencje we wspominanej tu kwestii od Edwarda Iordanescu, odpowiedź była najbardziej wymijająca ze wszystkich - "ciągniemy wózek w jedną stronę". Co ciekawe, gdy wiceprezes odpowiadał akurat na to pytanie, Papszun nie odrywał od niego wzroku - jakby sam był ciekawy, co chodzi po głowie przełożonego.
Papszun patrzył z ciekawością
Ze strony władz klubu było zatem hiperbezpiecznie, mało konkretnie, z chęcią odcięcia się grubą kreską od ostatnich miesięcy - patrząc z ich perspektywy, trudno się dziwić. Trener z kolei emanował radością, zapewne nie przypadkiem rozpoczynając spotkanie od słów, iż "szczęście to za małe słowo" i trzeba do niego dodać "wzruszenie". Legia dla niego to coś więcej, niż pozycja w tabeli - z pasją w głosie opowiadał o Warszawie, jako swoim mieście, o kontaktach z tutejszymi kibicami, o tym, że Legia nie jest tylko miejscem pracy. To tłumaczy, dlaczego wolał ten klub od świetnie poukładanego Rakowa, gdzie właściwie dysponował jednowładzą. Było widać chęć pracy - można było odnieść wrażenie, iż pomimo świetnego nastroju, najchętniej wybiegłby już z sali i ruszył w kierunku osób, z którymi ustali podział kompetencji. Bo - co ciekawe - Marek Papszun z rozbrajającą szczerością przyznał, iż nie zna jeszcze struktury, w której przyjdzie mu pracować. Może właśnie dlatego był tak ciekawy odpowiedzi Marcina Herry.
O Rakowie mówić już nie chciał - zresztą z wzajemnie z częstochowskim klubem zobowiązał się do niekomentowania ostatnich zdarzeń. Czuć było satysfakcję, gdy pytanie uciął sformułowaniem "dziś jestem trenerem Legii Warszawa i na tym się skupiam". Co jakiś czas żartował - a to o konieczności odrobienia roku pracy, gdy zrobił sobie przerwę, a to nie mogąc darować sobie poprawienia rzecznika klubu, który powiedział, iż przygotowania do rundy wiosennej rozpoczną się 5 stycznia (Papszun przesunął je o jeden dzień wstecz). W końcu tak, jak w jednym ze zdań wyżej - nie mógł się doczekać wyjścia ze spotkania i rozpoczęcia pracy.
Dariusz Mioduski w cieniu. Znów. Podobno
Jesteśmy aktualnie świadkami jednego z najciekawszych transferów w ostatnich latach w Ekstraklasie. Briefing briefingiem - ale najważniejsze odpowiedzi będziemy poznawać dopiero w następnych miesiącach. Na czele z jedną - co z planem Legii, gdyby Marek Papszun nie mógł się w nowym klubie rozpędzić. Legia - tak jak pisaliśmy w czwartek - funkcjonuje bowiem od kryzysu do kryzysu. Ogłoszone dziś wycofanie się Dariusza Mioduskiego w cień nie jest przecież niczym nowym, bo podobne wydarzenia miały już miejsce cztery lata wcześniej, swoją drogą również po ogłoszeniu Papszuna nowym szkoleniowcem jego klubu (wtedy przedwczesnym, pomysł ostatecznie storpedował zatrudniony przez niegoJacek Zieliński). Teraz znów właściciel ma wylądować gdzieś na uboczu, co jest jawnym przyznaniem się, iż w ostatnim czasie musiał być bardzo obecny w życiu klubu. Idąc za medialnymi doniesieniami, nie był zwolennikiem pozostania Goncalo Feio na stanowisku trenera, negatywnie opiniował ewentualny powrót Aleksandara Vukovicia, pomagał w sformalizowaniu przybycia Edwarda Iordanescu, wcześniej zatrudniał Michała Żewłakowa po dwóch długich miesiącach szukania dyrektora sportowego.
Teraz Mioduskiego znów ma nie być. Pytanie, jak zniesie kształtowanie się nowej hierarchii, bo skoro Marek Papszun przychodzi bez wiedzy, jak ta struktura z udziałem Żewłakowa i Frediego Bobicia ma dokładnie wyglądać, to zanim piłkarze wybiegną na boisko, czeka nas naprawdę niezła fabuła.













