Osman Bukari: zaskoczyło mnie, że pobiłem rekord transferowy w Polsce
- Nie miałem pojęcia, ile kosztował najdroższy zawodnik w Polsce. Dowiedziałem się dopiero w momencie podpisywania kontraktu. Wtedy usłyszałem, że właśnie pobiłem transferowy rekord ligi, co będzie oznaczać, że skupię na sobie wiele uwagi, więc muszę uważać - mówi w rozmowie z Interią Osman Bukari, nowy piłkarz Widzewa Łódź, najdroższy zawodnik w historii Ekstraklasy.

Nie ma lepszego dowodu na to, jakie finansowe możliwości ma dzisiejszy Widzew Łódź, niż sfinalizowanie transferu Osmana Bukariego. Podczas gdy do tej pory - przynajmniej według medialnych doniesień - najwyższą kwotą, jaką jakikolwiek polski klub zapłacił za zawodnika, było wydanie przez Legię Warszawa 3 mln euro na Miletę Rajovicia, łodzianie wyłożyli o 2 mln euro więcej na 27-letniego reprezentanta Ghany.
Ten transfer idealnie wpisuje się w to, o czym mówił właściciel klubu Robert Dobrzycki - priorytetem Widzewa nie jest na dziś sprowadzanie piłkarzy z tzw. potencjałem sprzedażowym (takich, na których można zarobić przy odsprzedaniu go dalej za jakiś czas), lecz gotowych "produktów". Tu mówimy o takim, który w przeszłości strzelał gole wielkim firmom na wielkich arenach - Portugalii na mundialu w Katarze, Manchesterowi City w Lidze Mistrzów.
Gdy rozmawiamy nieoficjalnie z innymi zawodnikami Widzewa, słyszymy, że jakość Bukariego wykracza poza ligową średnią. Dominuje u niego zwłaszcza jedna cecha - skanowanie boiska, doskonała orientacja w sytuacji. Nie potrzebuje podpowiedzi, by wiedzieć, gdzie dokładnie znajduje się rywal oraz gdzie najlepiej posłać piłkę, by otworzyć szansę bramkową.
Tyle na treningach - w warunkach meczowych w Widzewie jeszcze nikt go nie widział (pierwszy sparing w Turcji Widzew zagra w poniedziałek, rywalem rumuńska Universitatea Cluj). W Austin FC, poprzednim klubie Bukariego, jego liczby nie zachwycały. Łącznie w 43 meczach zdobył zaledwie cztery gole, dopisał do tego dziewięć asyst.
Podczas zgrupowania w Turcji spotkaliśmy się z najdroższym piłkarzem w historii Ekstraklasy, by przekonać się, z kim dokładnie mamy do czynienia. Na rozmowę przyszedł spokojny, cichy, można było wręcz odnieść wrażenie, że nieco nieśmiały zawodnik. Nieco introwertyczny, podkreślający swoje przywiązanie do rodziny (rozłąka z żoną była jednym z powodów opuszczenia USA), do której najchętniej wraca zaraz po meczach. Poznajcie Osmana Bukariego w rozmowie z Interią.
Kilka dni zastanowienia
Przemysław Langier (Interia Sport): Gdy usłyszałeś o ofercie z Polski, z Widzewa Łódź, co było pierwszą rzeczą, którą wygooglowałeś?
Osman Bukari (piłkarz Widzewa Łódź): - Prawdę mówiąc, nie spędziłem zbyt wiele czasu na googlowaniu. Chciałem zobaczyć miasto, poczytać coś o drużynie, zobaczyć, kto jak wygląda sztab szkoleniowy, jaką piłkę preferuje. To standardowe rzeczy, najbardziej istotne dla zawodnika.
Jakie miałeś pierwsze myśli po otrzymaniu tych informacji?
- Że to dobra drużyna. A, jeszcze jedno. Rzucił mi się w oczy stadion - zawsze wypełniony, z mocnym dopingiem. Pomyślałem: OK, to dobre miejsce, by spróbować sprawdzić samego siebie.
Ale chyba nie aż tak spontanicznie?
- Przemyślenie sprawy zajęło mi jakoś tydzień-dwa. Dużo rozmawiałem z agentem, który jest Niemcem, więc choćby z racji geografii był dobrze zorientowany w kwestii Polski, tutejszych klubów. Dużo wiedział o Widzewie, jako o projekcie. Że on rośnie, że niedługo chce być w zupełnie innym miejscu niż obecnie. Był przekonujący. Poczułem, że to dobre miejsce dla mnie.
Rekord? "Nie wiedziałem o tym"
Powiedział ci, że pobijesz rekord transferowy Ekstraklasy?
- Nie. Nie miałem pojęcia, ile kosztował najdroższy zawodnik w Polsce. Dowiedziałem się dopiero w momencie podpisywania kontraktu. Wtedy usłyszałem, że właśnie pobiłem transferowy rekord ligi, co będzie oznaczać, że skupię na sobie wiele uwagi, więc muszę uważać. Wiem, z czym to się wiąże, ale lubię grę pod presją - traktuję to jako istotną część bycia piłkarzem.
Zaskoczyła cię informacja o rekordzie?
- Tak, troszeczkę. Znam kilka dużych klubów z Polski, więc myślałem, że może połowa z nich dokonała już takiego transferu, a tu się okazało: o, jednak to jest najwyższy transfer w Polsce.
Wiemy o tobie, że jesteś dynamicznym prawoskrzydłowym, ale czego jeszcze można się po tobie spodziewać?
- Mój styl gry opiera się na pojedynkach, ale jestem bardzo zespołowym zawodnikiem. Lubię posiadanie piłki i ofensywne myślenie - skupiam się na tym, by mieć jak najwięcej okazji do asystowania lub strzelenia gola.
Do którego piłkarza z czołowych pięciu lig europejskich porównałbyś swój styl gry?
- Wcześniej powiedziałbym, że do Edena Hazarda. Tyle, że on już zakończył karierę, a teraz… nie wiem, do kogo bym porównał swój styl. Hazarda zawsze podglądałem, czerpałem z niego, z jego kreatywności, sposobu poruszania się po boisku.
Dlaczego Bukari nie trafił do czołowej ligi Europy?
Jednocześnie sam nie trafiłeś do lig top 5, mimo iż jestem przekonany, że mając w CV gole w Lidze Mistrzów przeciwko Manchesterowi City lub na mundialu przeciwko Portugalii, mierzyłeś w taki transfer. Dlaczego zdecydowałeś się na wyjazd do USA?
- Nie mogę chyba zbyt wiele mówić na ten temat, ale wtedy uznałem, że czas na nowe wyzwanie, a oferty spływające do mnie z innych klubów były poniżej moich standardów. Wtedy przyszedł MLS i złożył bardzo ciekawą propozycję - mieli na mnie konkretny pomysł, przedstawili klub jako ambitny projekt, rozmawiali ze mną sporo o tym, jak mnie w tym wszystkim widzą. Dlatego się zdecydowałem. Nie byłem ograniczony jedynie do myślenia, by iść do lig top 5. Piłka przynosi czasem różne rozwiązania, niekoniecznie najbardziej konwencjonalne.
Co masz na myśli mówiąc, że oferty były poniżej twoich standardów?
- Przy transferze trzeba zaspokoić kilka stron. Zdarzało się, że niektóre oferty nie były dobre dla mnie, inne nie były dobre dla klubu. W czasie gry w Crvenej Zveździe byłem jednym z czołowych zawodników, więc chcąc mnie pozyskać, trzeba było podnieść swoją ofertę - to nie zawsze się zdarzało. Wtedy przyszedł MLS i złożył taką propozycję, z której był zadowolony zarówno klub, jak i ja. Z tego transferu też dużo wyciągnąłem, mam za sobą dobre doświadczenia.
Teraz jesteś w Polsce. W jednym z wywiadów Dariusz Adamczuk, dyrektor sportowy Widzewa, powiedział wprost, że będziesz gwiazdą tej ligi. Brzmi jednocześnie jak 100 procent presji i 100 procent wiary.
- Właściwie dokładnie na tym polegają transfery: okazujesz komuś zaufanie, ale oczekujesz czegoś w zamian. I w ten sposób traktuję tamte słowa. Widzew bardzo chciał, bym tu przyszedł i od początku czuję, że każdy życzy mi tutaj powodzenia. Słowa dyrektora są dla mnie dobrą motywacją, by mocno naciskać na samego siebie i stać się dokładnie takim zawodnikiem, jakim się oczekuje. Wszystko zależy ode mnie, by udowodnić, że mogę być jednym z najlepszych piłkarzy w Polsce.
Czujesz, że Widzew jest największym klubowym projektem w twojej karierze? Wiem, że grałeś w Crvenej Zveździe, która miała drużynę na wysokim, europejskim poziomie, ale z drugiej strony liga serbska jest dużo słabsza od polskiej.
- Zależy jak na to spojrzeć, bo Crvena Zvezda to klub, który nigdy nie schodzi poniżej poziomu Ligi Europy, nie mówiąc, że regularnie gra w Lidze Mistrzów. Natomiast Widzew też jest wielkim klubem - zarówno w przeszłości, jak i obecnie. Na pewno zgadzam się z tym, że wygrać ligę w Polsce jest dużo trudniej niż w Serbii.
Gdzie Widzew będzie za - powiedzmy - dwa lata?
- Będzie drużyną z pierwszej trójki-czwórki Ekstraklasy. Zadomowiony w tym miejscu.
Widziałem twoją wypowiedź, że będąc w Serbii oglądałeś mecze Ekstraklasy. Naprawdę? To brzmi, jakbyś tylko chciał być miły po transferze.
- Liga polska jest transmitowana w Serbii i faktycznie zdarzyło mi się ją oglądać. Nie jakoś namiętnie, bo generalnie poza pracą nie oglądam dużo piłki, natomiast na pewno pamiętam, że oglądałem jakiś mecz Legii. Zdarzało się zawiesić oko, przy okazji - jak już oglądałem - sprawdzałem w internecie sytuację w lidze. Nic wielkiego, ale naprawdę, czasem zerknąłem na Ekstraklasę.
Widzew ma skończyć w czołówce tabeli
Jakie masz wyobrażenie o swojej roli w Widzewie, zanim zagrasz w nim pierwszy mecz?
- Jestem bardzo pozytywnie nastawiony. Chcę, by kibice mieli radość z mojej gry do tego stopnia, by chcieli przychodzić na stadion na każdy mecz. Wyobrażam sobie Widzew jako drużynę prącą do przodu, idącą cały czas w górę tabeli. Czasem myślę sobie o tym przed zaśnięciem: jak dobrze będzie widzieć zadowolenie wszystkich: od właściciela klubu, przez sztab, aż po kibiców.
Na pewno otrzymujesz wiadomości od kibiców Widzewa. Odebrałeś jakąś niestandardową?
- Jest tego sporo, ale staram się nie spędzać zbyt wiele czasu on-line. Odebrałem może kilka i część z nich była napisana po polsku. Nie wrzucałem ich do tłumaczenia, więc nie wiem, czy były pozytywne (śmiech). Mam konto na Twitterze i wiem, że w Polsce jest on dość aktywny, jeśli chodzi o piłkę, natomiast sam nie jestem tam szczególnie aktywny. Generalnie staram się nie czytać o sobie w mediach.
Jakie masz pierwsze odczucia odnośnie trenera Igora Jovićevicia?
- Trener znał mnie już wcześniej, więc wspomniał, jak moje cechy najlepiej wykorzystać w drużynie. Szybko przeszedł do motywowania mnie. Mówił, że chce, by Widzew stał się moim domem, by ludzie wokół klubu byli moją rodziną. Był bardzo miły. Kiedy podjąłem decyzję, że podpiszę kontrakt, dość szybko do mnie zadzwonił. Akurat byłem wtedy na wakacjach, ale zrobiło mi się bardzo miło. Trener robi bardzo dobre wrażenie, choć jednocześnie potrafi być twardy, czasem pozytywnie agresywny. Na zasadzie popychania cię do jeszcze mocniejszej pracy.
Rodzinny facet
Niektórzy kibice w Polsce zastanawiają się, czemu piłkarz, który kosztował 5 mln euro, nie miał jakichś wybitnych liczb w MLS…
- Nie zawsze dobra gra przekłada się na liczby. Czasem grasz bardzo dobrze, a nie przekłada się to na asysty i gole. Faktycznie w USA nie strzelałem i nie asystowałem tak często, jak wcześniej w Serbii, ale nie miałem odczucia, bym grał słabo, wręcz przeciwnie.
Tam problem był jeszcze jeden - twoja żona nie dostała przedłużenia wizy. Nie moglibyście być już w USA razem.
- Zgadza się. A rodzina jest dla mnie najważniejsza. Jestem typem rodzinnego faceta i gdy okazało się, że nie możemy być razem, chciałem wrócić do Europy. Nie umiałbym czerpać z piłki tyle radości, ile powinienem, jeśli moi bliscy nie byliby przy mnie. Moja żona jeszcze nie mieszka w Łodzi, ale to kwestia czasu - muszę tylko załatwić kilka organizacyjnych spraw, urządzić się w mieście, mieć przygotowane mieszkanie.
Masz problem poradzić sobie z samotnością?
- Ona nie jest niczym przyjemnym. Możesz otaczać się przyjaciółmi, spędzać czas w klubie, mieć pozytywnych ludzi wokół, ale na końcu wracasz do pustego domu. Gdzie nie masz do kogo się odezwać, z kim zjeść kolacji, albo po prostu - poszukać wsparcia, gdy spotka cię jakaś stresująca sytuacja. Wtedy człowiek szuka jakichś zastępczych rozwiązań, choćby wyskoczenia z przyjaciółmi, ale to nigdy nie jest to samo.
Masz wielu przyjaciół?
- Raczej nie. Zawsze wybierałem czas z rodziną. Nigdy nie przepadałem za wyjściami z domu. To dom i rodzina sprawiają, że jestem najszczęśliwszy. Nie umiałbym się cieszyć z dobrego meczu, gdybym wracał do pustego mieszkania. Przepracowanie słabszego też przychodzi dużo szybciej, gdy ktoś ważny jest obok. Jeśli rodzina jest blisko, wszystko zawsze się układa.
To na koniec poproszę cię o jedną obietnicę, którą możesz złożyć kibicom Widzewa.
- Prawdę mówiąc złożyłem już taką obietnicę samemu sobie, więc powiedzmy, że składam ją też kibicom Widzewa: najważniejszą sprawą jest dla mnie bycie zawodnikiem stawiającym drużynę na pierwszym miejscu, ale nie wyobrażam sobie, bym nie dorzucił do tego kilku liczb oraz nie sprawił, by Widzew nie powalczył o czołową czwórkę w lidze. Na koniec sezonu chcę widzieć Widzew na takim miejscu.











