Zaczęło się w Krakowie, gdzie wreszcie odpalił Said Hamulić. Ostatnio w polskiej lidze strzelał jeszcze u… Adama Majewskiego, swojego obecnego trenera - tyle że w Stali Mielec. Po drodze był zerowy dorobek bramkowy w Widzewie Łódź, z którym ostatnio był absurdalnie nieskuteczny. Wiosną też nie dał żadnej liczby. Aż tu nagle, na Reymonta w stolicy Małopolski, przyjmuje jedną nogą i ładuje po długim słupku drugą. Precyzyjnie. Mocno. W odpowiednim tempie. Pierwszy raz widziałem tego Hamulicia, który imponował przed wyjazdem z Mielca do Tuluzy. Jestem ciekaw, czy to tylko jedna jaskółka nieczyniąca wiosny, czy pierwszy zwiastun powrotu do dawnej formy? Adam Majewski widocznie ma do tego bośniackiego zamka klucze.
Chętnie pooglądałbym też więcej takich asyst ze strony Daniego Pacheco - Hiszpan potrafi nie tylko regulować tempo gry, ale też posłać niejedno takie "ciasteczko" w meczu - ale niestety kontuzja barku rozbija nieźle funkcjonujący ze sobą duet środkowych pomocników z Adamem Radwańskim.
Generalnie, na nic się zdała ta asysta Hiszpana, bo właśnie jego rodacy strzelali do gospodarzy. A jeśli mówimy o duetach, które dobrze do siebie pasują, to eksplozywny Jordi Sanchez i techniczny Angel Rodado mogą zawojować niejedną kolejkę tej ligi. "Biała Gwiazda" ofensywna, patrząc nawet na jej wyjściowy skład, zawsze będzie się podobać. Może nie była taka w końcówce tego meczu, ale wyraźnie powiedział Mariusz Jop, że bronić wyniku nie chcą i to był błąd jego zespołu. Trzymamy za słowo!
Peter Federico González - dominikańskiego skrzydłowego Górnika Zabrze trzeba będzie zapamiętać! Świetny występ w Radomiu okrasił dwiema bramkami (po jednej dołożyli z rzutów karnych Kacper Urbański i Rafał Wolski). Świetny indywidualnie, ale też drużynowo. Górnik wyglądał tak, jak chciał trener Gasparik, przeprowadzając sześć zmian. Mówił, że potrzebuje ludzi głodnych - więc wystawił tych spragnionych szansy na grę. Niektórzy pokazali się na tyle dobrze, że powinni dostać ją również w rewanżu z Ferencvarosem. Radomiak nie okazał się w sobotę tej klasy rywalem, tak jak Adrian Dieguez nie był zaporą, której nie można przejść - a z takimi górnicy mierzyli się na Węgrzech.

Podobnie jak Górnik, Pogoń również wygrała 3:1. Na jej drodze stanął natomiast Motor Lublin z Mariuszem Misiurą na ławce trenerskiej. Szkoleniowiec gości mówił po meczu, że jego gry nie można definiować przez pryzmat dwóch stałych fragmentów - gdyby nie one, Motor przywiózłby do Lublina punkt - ale piłka, niestety dla "Koziołków", nie polega na gdybaniu. Wypada docenić skuteczność gospodarzy, świetną reakcję na złapany przez Motor kontakt, nawet jeśli osłodą tego spotkania był fenomenalny gol Makana Aiko. "Portowcy", jakiej by narracji nie stosować, na zwycięstwo zasłużyli.
Na takowe nie zapracowała ani drużyna Śląska, zwłaszcza po czerwonej kartce myśląc już tylko o dowiezieniu remisu, ani Cracovii, która była we Wrocławiu lepsza, ale nie potrafiła znaleźć drogi do bramki strzeżonej przez Niemczyckiego. Fatalnie przez to wygląda bilans trenera Grzelaka: 6 remisów, porażka i żadnego zwycięstwa. Nieprzypadkowo też po tym spotkaniu do niedzielnego obiadu nie mówi się ani o pięknych akcjach, ani o spektakularnych paradach, tylko decyzji sędziowskiej.
Czy Lamine Ba powinien otrzymać czerwoną kartkę, skoro chwilę wcześniej był faulowany, a później i tak dotknął piłki? Czy Robert Deziel Jr dzień wcześniej w Kielcach powiększył swój obrys ciała i mógł uniknąć ręki w polu karnym po strzale Morgana Fassbendera?

Nie ma kolejki bez sędziowskich kontrowersji - to też jeden z ekstraklasowych uroków, choć przyznam, że obyłbym się bez niego. Zamykając więc krótko temat, na oba pytania odpowiadam twierdząco i przechodzę do tego, co działo się na boisku. Tam dwie świetne główki: jedna Łukasza Zjawińskiego, druga Mariusza Stępińskiego. Z gry - nieco więcej miała Korona, ale Legia po sześciu zwycięstwach z rzędu pod wodzą Marka Papszuna mogła pozwolić sobie i na nieco słabszy mecz, i na utratę dwóch punktów. Wciąż jest niepokonana. Forma nadal mistrzowska, nawet jeśli jej wykres nie jest krzywą wyłącznie wznoszącą, a ma po drodze swoje małe dołki.
Legia Warszawa ma siedem punktów - tyle co Lech Poznań. Obie drużyny przewodzą ligowej tabeli. Żyjemy więc w szalonych dla Ekstraklasy czasach, ale coś tam jednak wróciło do normy - tak jak do siebie po przerwie wrócił "Kolejorz". W pierwszej połowie meczu z Piastem można było stwierdzić, że nie na marne Daniel Myśliwiec mówił o przewidywalności gospodarzy, bo znalazł kilka rozwiązań na rozmontowanie defensywy Lecha.

Ale Piastowi zabrakło jakości, a Lecha właśnie ta jakość uratowała. I to w sposób - o ironio! - powtarzalny dla Daniela Myśliwca przy Bułgarskiej: było 1:4 w Widzewie, teraz po raz drugi z rzędu jest 0:3 w Piaście. Wejście Pablo Rodrigueza, dobra zmiana Sayyadmanesha i Ishaka, próbujący Walemark z Palmą - to wciąż, mimo otrzepywania się po upadku z Aarhus, potężna siła w ekstraklasowych realiach.
Na koniec: nasz ligowy klasyk, czyli jakaś drużyna jest lepsza, atakuje, tworzy okazje, a ty zastanawiasz się nie czy, a kiedy pokona bramkarza rywali - tymczasem oni, wbrew logice czy przebiegowi meczu, odpalają dwie bomby i kasują trzy punkty. Można się zachwycać asystami Mario Garcii, interwencjami Bartłomieja Drągowskiego, pomstować na formę i nowego dla nas Agbonifo, i znanego nam od lat Jesusa Imaza, ale prawda o tym meczu jest prosta: Widzew zrobił Jagiellonii typowego ekstraklasowego psikusa.












