Reklama

Reklama

Obcokrajowcy zalewają Ekstraklasę. W jakim kierunku zmierza nasza liga?

Narzekamy na poziom, brak swoich piłkarzy i z roku na rok licznie ściągamy do naszej ligi obcokrajowców. Czy rzeczywiście jest to dobra droga, a zagraniczni zawodnicy tak bardzo podnoszą poziom naszej ligi? Sprawdziliśmy, jak to wyglądało w Ekstraklasie na przestrzeni ostatnich pięciu lat.

Ekstraklasa: wyniki, terminarz, strzelcy, gole

Najczęściej sprowadzaliśmy zawodników ze Słowacji, a także Brazylii i Serbii. W tym roku znacznie wybili się też Hiszpanie, których najwięcej jest w Wiśle Kraków. Większość z nich do Polski trafiła oczywiście z niższych lig z Półwyspu Iberyjskiego. 

W tym sezonie w Ekstraklasie gra 165 obcokrajowców. W zeszłym sezonie było ich 180 i przez ostatnich kilka lat ta statystyka utrzymuje się na podobnym poziomie.  W większości drużyn liczba obcokrajowców wynosi ponad 10. Wyjątek stanowią: Zagłębie Lubin (4), Sandecja (5), Wisła Płock (5), Pogoń Szczecin (6), Górnik Zabrze (7) i Śląsk Wrocław (8).

Reklama

- Moglibyśmy zakontraktować ośmiu zawodników, ale wybudowaliśmy osiem boisk. To jest strategia. Tego nie wybudował trener. Jest wprowadzona koncepcja i my jako trenerzy też w niej uczestniczymy. Ktoś może powiedzieć, że nikt nam nie zabroni iść w kierunku transferów, jednak obraliśmy inną drogę. Działamy spokojnie według długofalowego planu, nie ma u nas chaotycznych ruchów - tłumaczył w rozmowie z Interią  w lutym, trener Zagłębia Lubin Piotr Stokowiec. 

Wśród klubów, które mają w tym sezonie najwięcej obcokrajowców są ex aequou Wisła Kraków, Korona Kielce i Lech Poznań. W ich składach jest po 15 zawodników z innych krajów.

- Sprowadzanie polskich zawodników z najwyższego poziomu jest droższe, dlatego łatwiej nam szukać piłkarzy za granicą. Musimy być bardzo ostrożni jeśli chodzi o finanse, dlatego szukamy zawodników na międzynarodowym rynku. To nie jest tak, że nie chcemy zawodników z Polski, oni zawsze są priorytetem, ale finanse nie zawsze pozwalają nam ich zakontraktować, dlatego musimy szukać innych rozwiązań - mówił Interii w czerwcu dyrektor sportowy Wisły Kraków Manuel Junco.

Inwestycja w akademię albo sukces w lidze?

Na przestrzeni ostatnich lat wśród drużyn, które ściągają najwięcej zawodników z zagranicy, często są zespoły z czołówki ligi. Można powiedzieć, że mocno konkurują pod tym względem. Rywalizacja nie jest już taka zacięta, jeśli spojrzymy na grających w drużynie wychowanków. To chyba najlepiej pokazuje, w którą stronę zmierza Ekstraklasa.

Nie jest tajemnicą, że kluby często nie chcą inwestować w rozwój swoich piłkarzy i wolą zrobić zagraniczny transfer, który być może wypali i sprawdzi się w lidze.

- Byłoby idealnie, gdyby młodzi mieli większe szanse w każdym klubie, ale tak na pewno nie będzie, bo konkurencja jest duża i kiedy w grę wchodzą pieniądze czy tam jakiś splendor, zdobycie tytułu, to wtedy często liczą się najszybsze środki - twierdzi agent piłkarski m.in. Kamila Glika Jarosław Kołakowski.

Akademia nie przyniesie bowiem efektów w pół roku, starszy zawodnik z zagranicy, jeśli wypali - tak. Różnica jest taka, że osiągniętym celem może być np. mistrzostwo Polski, ale na pewno nie długofalowy rozwój klubu.

- Kiedyś tak myślała Wisła Kraków i kompletnie nie postrzegała priorytetowo swojej akademii.  Później były problemy z tym, żeby uzupełnić kadrę, bo klubu nie było stać na kupno zawodników. Teraz trochę to się zmieniło, ale i tak przyszło wielu piłkarzy z zagranicy. Wszystko zależy od DNA klubu. Pytanie czy są tam zdrowe zasady, jest ktoś, komu na tym zależy, patrzy długofalowo, czy może ta myśl o sukcesie w lidze to przesłania? -  mówił były asystent trenera kadry U21 oraz skaut Lecha Poznań Andrzej Juskowiak.

Filozofia klubu i cele to raz, ale do tego wszystkiego zawsze dochodzą pieniądze. Polscy zawodnicy z wielu powodów są drożsi niż piłkarze z zagranicy. Polskie kluby, które mają swoje talenty, nie chcą się ich pozbywać za pieniądze, za które można kupić podobnego piłkarza na tę samą pozycję z innego kraju. Jeśli natomiast zawodnik wybija się ponadprzeciętnie, zazwyczaj ląduje za granicą.

- Dobrym przykładem na radzenie sobie z tym problemem są kluby portugalskie. W poprzednim sezonie FC Porto miało na wypożyczeniach 42 zawodników. Do tego mają jeszcze drugą drużynę w klubie. Często jest też tak, że oddają piłkarzy gdzieś za darmo, ale wpisują sobie klauzulę, że przy następnej sprzedaży dzielą się zyskami 50 na 50. Tak robi także np. Benfica, Sporting. W zależności, jaki to jest piłkarz, procenty się zmieniają. Klub pozyskujący nie ponosi jednak takiego dużego ryzyka. Bierze zawodnika za darmo i go wprowadza. Jemu też zależy, a zyskują obie drużyny. Benfica w tym sezonie zarobiła w ten sposób pięć milionów euro za sprzedaż Ruiego Fonte ze Sportingu Braga do Anglii (do Fulham - przyp.red.). Nie mieli zawodnika, a zyskali duże pieniądze - tłumaczył Juskowiak.  

W Polsce bardzo rzadko jesteśmy świadkami transferów młodych, polskich zawodników między klubami na krajowym rynku. W grę najczęściej wchodzą wypożyczenia lub ewentualnie transfery bez odstępnego. 

- Jak zawodnik osiągnie pewien poziom, to transferów między polskimi klubami nie ma. Nie płacą one bowiem dużych pieniędzy w stosunku do zagranicznych drużyn  - przyznaje Jarosław Kołakowski.

Zagraniczny transfer, czyli albo wypali albo nie

Z każdym transferem wiąże się mniejsze lub większe ryzyko. W przypadku naszej ligi zazwyczaj jest ono bardzo duże. Na boisku pojawiają się zawodnicy, którzy dla przeciętnego kibica są kompletnie anonimowi. Kwestia czy się odnajdą, czy nie. 

Na przestrzeni ostatnich lat było tylko kilku cudzoziemców, którym naprawdę udało się u nas zabłysnąć. Powody do radości mieli wszyscy, od kibiców po włodarzy klubu. Mowa chociażby o: Vadisie Odjidji-Ofoe, Nemanji Nikoliciu, Manuelu Arboledzie czy swego czasu Semirze Stiliciu. 

Co też warte uwagi, to fakt, że jeszcze kilkanaście lat temu w Polsce wcale nie grało aż tak wielu obcokrajowców. Ostatnim sezonem, kiedy ich liczba nie przekraczała 10 były rozgrywki 2002/2003. W Ekstraklasie mieliśmy wtedy dziewięciu piłkarzy z zagranicy. Wśród nich byli m.in. Kalu Uche i Mauro Cantoro z Wisły Kraków. Ten pierwszy później z powodzeniem radził sobie w Primera Division (148 meczów i 38 goli).

Przez ostatnie lata takich perełek w naszej lidze nie trafiało się jednak wiele. Rzadko kiedy piłkarz przenosi się po przygodzie w Polsce do silnych lig. Dla najlepszych zawodników w Ekstraklasie szczytem marzeń jest wyjazd do krajów typu Grecja (Vadis Odjidja-Ofoe, Aleksandar Prijović) czy USA (Nemanja Nikolić). Jeśli już znajdą się w jakiejś silniejsze lidze np. w Niemczech czy Anglii, zazwyczaj lądują na ławce (np. Jan Mucha w Evertonie).

Totalnych zagranicznych niewypałów w naszej lidze również nie brakowało. Mowa na przykład o Mikelu Arrubarrenie. "Możecie sprzedawać Lewandowskiego, mamy Arruabarrenę"-  to słynne zdanie wypowiedział dyrektor sportowy Legii Mirosław Trzeciak. Hiszpan w Polsce totalnie się nie sprawdził. Co się stało z Robertem Lewandowskim, który przeszedł wtedy do Lecha, wiemy wszyscy.

Podobnych niewypałów było oczywiście więcej. Mowa chociażby o Brazylijczyku Beto, który dostał się do Wisły Kraków, zagrał w sześciu meczach w lidze i nie oddał ani jednego strzału.

- Jest kilka czynników, które powodują, że tak często sięga się u nas po piłkarzy z zagranicy. Jeden z nich, to często presja wyniku. Nie ma też polityki klubowej, tylko na przykład trener oczekuje lepszej drużyny. Wychowankowie tego nie gwarantują - przyznaje Jarosław Kołakowski.

O tym, że można jednak zarobić na dobrym szkoleniu swoich piłkarzy, w letnim okienku transferowym przekonał Lech Poznań. Dawid Kownacki przeszedł do Sampdorii (4 mln euro), Jan Bednarek do Southampton (6 mln euro), a Tomasz Kędziora do Dynama Kijów (1,5 mln euro). "Kolejorz" postanowił ich zastąpić obcokrajowcami i na razie skandynawski zaciąg nie podniósł poziomu zespołu.

- Filozofia Lech jest taka, że jeśli ściągają zawodników z zagranicy, to są to starsi piłkarze, którzy mają aspirować do gry w pierwszym składzie, natomiast ci młodsi mają być w akademii. Trener pierwszej drużyny o tym wie, dział skautingu i wszyscy ludzie, którzy pracują w klubie. Nie szukamy też bardzo młodych zawodników, którzy mogą do nas przyjść, bo się gdzieś tam wyróżniają, ponieważ mamy na tę pozycję piłkarza w akademii, który za rok, dwa może aspirować do gry w pierwszej drużynie - mówił o funkcjonowaniu Lecha Poznań Juskowiak.

Jesteśmy ligą eksportową

I im szybciej zdamy sobie z tego sprawę, tym lepiej. Poziom naszej ligi prawdopodobnie nigdy nie pozwoli nam na spektakularne transfery z zagranicy. Naszą rolą jest szkolenie i sprzedawanie młodych zawodników do lepszych lig, dzięki czemu kluby będą mogły zarabiać i się rozwijać. Są jednak do tego pewne warunki.

- Wychowankowie najpierw muszą spełniać jakiś tam poziom wymagań. Jeżeli mają umiejętności, będzie się pewnie na nich stawiać. Na pewno mamy nierealne ekwiwalenty za młodych zawodników. Oni mają problem, żeby się przedostać do lepszych klubów w związku z czym, ciężko na nich stawiać. Jeżeli jakiś starszy zawodnik z zagranicy może przyjść za darmo, a ekwiwalent za polskiego, 22-letniego piłkarza wynosi na przykład 200 tysięcy złotych, to wybór jest prosty - argumentował Jarosław Kołakowski.

We wprowadzaniu wychowanków do pierwszych zespołów pomóc ma Pro Junior System, wprowadzony w sezonie 2016/2017 przez PZPN. Drużyny zbierają punkty za występy młodzieżowców i wychowanków, a na koniec rozgrywek, te które zajęły odpowiednie miejsca, są nagradzane finansowo.

- Widzę światełko w tunelu przez ten program, zwłaszcza w I i II lidze. Z tego, co słyszę, jakie są plany i zamierzenia tych klubów, to większość chce młodych Polaków w swoich składach, żeby powalczyć o te premie. Jeśli to tak będzie wyglądać, za kilka lat zobaczymy efekty trochę takiego zmuszenia klubów do tego, żeby inwestowały w swoich piłkarzy. Ten projekt może ożywić konkurencję i sprawić, że młodzi zawodnicy z I, II Ligi będą przygotowani do gry w Ekstraklasie - przyznał Juskowiak.

W sezonie 2017/2016 najwięcej zawodników z własnej akademii mają w składzie Zagłębie Lubin (10, Sandecja (10) i Pogoń Szczecin (8). Lech Poznań ma ich siedmiu, a Legia pięciu. Lechia Gdańsk natomiast zaledwie dwóch.

- Filozofia Lech jest taka, że jeśli ściągają zawodników z zagranicy, to są to starsi piłkarze, którzy mają aspirować do gry w pierwszym składzie, natomiast ci młodsi mają być w akademii. Trener pierwszej drużyny o tym wie, dział skautingu i wszyscy ludzie, którzy pracują w klubie. Nie szukamy też takich młodych zawodników, którzy mogą przyjść do nas, bo się gdzieś tam wyróżniają, ponieważ mamy na tę pozycję piłkarza, który za rok, dwa może aspirować do gry w pierwszej drużynie - mówił o funkcjonowaniu Lecha Poznań Juskowiak.

Pytanie, jakie muszą sobie postawić wszystkie kluby Ekstraklasy, to czy myślą o przyszłości długofalowo czy o rozwiązaniach doraźnych, chwilowych. Chcą skupiać się na kupnie starszych piłkarzy, którzy być może dadzą możliwość wygrania mistrzostwa czy utrzymania się w lidze, czy szkolić młodych, których za kilka lat będą mogli sprzedać za godne pieniądze.

- Łatwiej jest wygrać ligę starszymi zawodnikami, ale później jest problem w europejskich pucharach, bo tam już trzeba mieć zawodników na wyższym poziomie, którzy się szybciej regenerują i tu są preferowani bardziej ci młodsi piłkarze - przekonywał Juskowiak.

Dobre szkolenie to nie jest łatwy proces. Wymaga przede wszystkim dobrego planowania, koordynacji całego klubu i odpowiedniego zarządzania, zwłaszcza finansami. Na efekty trzeba trochę czekać, ale w szerszej perspektywie zdecydowanie warto. Zawsze to przyjemniej oglądać na boisku rokującego piłkarza z Polski niż kolejną wielką niewiadomą z zagranicy.

Adrianna Kmak

Dowiedz się więcej na temat: Ekstraklasa | obcokrajowcy w Ekstraklasie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama