Reklama

Reklama

O polskiej piłce, która się kładzie, ale coś jej nie daje się położyć

Histeria: "Polska piłka leży na łopatkach" nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. Oto w jednej z najsilniejszych lig świata - Serie A, w miniony weekend zagrał nie tylko najlepszy piłkarz globu Cristiano Ronaldo, ale też 13 Polaków - pisze w najnowszym felietonie Michał Białoński.

Z powodu bałaganu w prowadzeniu pionu sportowego Legia Warszawa okazała się być za słaba nie tylko na Spartaka Trnava, ale i na FC Dudelange z Luksemburga. To wywołało ogólnonarodową histerię: "Polska piłka jest na dnie", a za głównego winowajcę takiego jej stanu okrzyknięto oczywiście prezesa Zbigniewa Bońka. Pal sześć, że cały wpływ Bońka na Legię sprowadza się do tego, że czasem zasiądzie w jej loży, u boku właściciela Dariusza Mioduskiego, czasem zjedzą kolację.

Reklama

W tym samym czasie, co Legia, odpadły Lech i Jagiellonia. Ich porażki z faworyzowanymi Belgami z KRC Genk i KAA Gent nie powinny nikogo dziwić. Liga belgijska jest bogatsza i mocniejsza od naszej. 

Minęło kilka dni, Ricardo Sa Pinto wprowadza swoje porządki przy Łazienkowskiej, ale Legia przegrywa w jeszcze gorszym stylu, tym razem z Wisłą Płock 1-4. Stracić cztery gole w lidze na własnym stadionie nie zdarzyło jej się od 17 lat, a przegrać 1-4 u siebie - od listopada 1972 r. (wówczas z Górnikiem Zabrze). Okazuje się, że dno jest jeszcze niżej i niekoniecznie należy wiązać kondycję najbogatszego (jeszcze) polskiego klubu z całą dyscypliną w kraju.

Histeria o rozłożonej na łopatki polskiej piłce ma kłopot w zderzeniu z rzeczywistością. Do niedawna mogła karmić się hasłem: "Polska piłka jedzie na plecach Roberta Lewandowskiego", ale ostatni weekend przyniósł rekordową liczbę 13 Polaków grających w Serie A. Lidze, która m.in. po transferze Cristiana Ronaldo do Juventusu ma szansę stać się drugą-trzecią w Europie. 

Piotr Zieliński i Krzysztof Piątek strzelili bramki, które pomogły swym klubom odnieść zwycięstwa w Serie A. Za chwilę obaj mogą współtworzyć nową reprezentację Polski, budowaną przez Jerzego Brzęczka.

Moda na Polaków, jaka zapanowała w Italii nie oznacza oczywiście, że nagle staliśmy się światową kuźnią talentów. Kto wie, czy jednym z głównych problemów nie jest polityka zawodowych klubów, których biznesy coraz rzadziej są tożsame z interesem polskiej piłki. Decydenci zdają się nie widzieć statystyk transferów z polskiej ligi, które mówią jasno: najlepiej zarabiamy na eksporcie Polaków, a nie zawodników spoza UE, o zniesienie limitów na których tak uparcie walczą kluby Ekstraklasy. Jakie mamy szanse w sprowadzaniu zagranicznych perełek, w starciu z przedstawicielami najsilniejszych lig, skoro łowimy na prymitywną wędkę, a oni mają najnowocześniejsze kutry i najszczelniejsze sieci skautingowe? Iluzoryczne.

W promowaniu Reców, Piątków, Kownackich, Bednarków, za które Europa płaci grube miliony nikt nas nie doścignie. Wystarczy tylko chcieć i mieć plan szkolenia, wyławiania talentów z niższych lig, a później wprowadzania ich w dorosłą piłkę.

Damian Kądzior półtora roku temu był na zapleczu Ekstraklasy. Pokazał go Polsce Marcin Brosz, a teraz światu, w Lidze Mistrzów (po 1-1 na wyjeździe rewanż u siebie z Young Boys Berno już jutro), a w najgorszym razie w Lidze Europy pokaże go trener Dinama Zagrzeb Nenad Bjelica. Co ciekawe, Dinamo było bardziej zdeterminowane od Lecha Poznań w walce o Kądziora.

Górnik Zabrze stracił wielu liderów, ale na czwartym poziomie rozgrywkowym znalazł kolejnego kandydata na eksportowego piłkarza - Daniela Smugę. W Victorii Sulejówek grał w III lidze, na czwartym poziomie rozgrywkowym, przed treningami jeździł paleciakiem, by zarobić na życie. Dziś może żyć z piłki, strzela bramki w Ekstraklasie, strzelał w eliminacjach do Ligi Europy.

Niedawno Arka Gdynia odgrzebała z juniorów 17-letniego Matusza Młyńskiego, który pomógł jej odwrócić losy spotkania z Górnikiem Zabrze. 19-latek Adam Chrzanowski nie tylko pilnuje dostępu do bramki Lechii Gdańsk, ale też zdobywa dla niej bramkę, jak w ostatnim spotkaniu z Pogonią.

Niechciany w Szczecinie 23-latek Dawid Kort, pod batutą trenera Macieja Stolarczyka rozwija skrzydła i reguluje grą Wisły Kraków, która coraz bardziej zaczyna przypominać tę z czasów świetności Henryka Kasperczaka.

22-letni Damian Rasak, o rok starszy Damian Szymański, czy 24-latek Alan Uryga błyszczeli na Łazienkowskiej i pomogli Wiśle Płock w sprawieniu największej sensacji kolejki. 

Złota polska młodzież istnieje też w piłce. Wystarczy ją tylko odkurzyć, jak Wisła Korta, a innym razem podać rękę.  

Do ograniczenia mody na obcokrajowców i zastępowania ich rodzimą młodzieżą namawia kluby zasłużony trener, były selekcjoner, asystent Kazimierza Górskiego - Andrzej Strejlau. Czasem warto posłuchać starszej, mądrej głowy, niż uczyć się na własnych, powielanych błędach.

 



Dowiedz się więcej na temat: Piotr Zieliński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy