Nowy piłkarz w kadrze Urbana? "Dziś już mogę marzyć"
- Jeśli zakończyłbym sezon z 18-20 bramkami, to kiedy miałbym zadebiutować, jak nie w meczu towarzyskim? I wtedy może bym czuł delikatne rozczarowanie, ale twardo stąpam po ziemi i wiem, że pół roku temu nawet nie miałem podstaw, by marzyć o dyskusji pod tytułem "Czubak do reprezentacji". Dziś mogę marzyć - mówi w rozmowie z Interią Karol Czubak, piłkarz Motoru Lublin i lider klasyfikacji strzelców.

Pytania o reprezentację Polski nie są w przypadku Karola Czubaka na wyrost. Jest pierwszym od prawie dziesięciu lat polskim piłkarzem, który dobił w jednym sezonie do bariery 15 ligowych bramek, a kadra ma notoryczne problemy z obsadzeniem roli napastnika, który mógłby być alternatywą dla Roberta Lewandowskiego. Krzysztof Piątek po transferze do ligi katarskiej nie ma już styczności z piłką na niezłym poziomie, Karol Świderski ma problem z regularną grą w Panathinaikosie, Adam Buksa był ostatnio kontuzjowany, a przyszłość "Lewego" również nie jest jeszcze znana. Jednocześnie na tej pozycji jest taka "bieda", że Jan Urban siłą rzeczy musi zerkać w kierunku Ekstraklasy.
Z Karolem Czubakiem rozmawiamy także o roli pewności siebie, jej budowaniu, a także w jaki sposób sztab Motoru Lublin pomaga piłkarzom zachowywać się na boisku w sposób bardziej inteligentny.
Karol Czubak: czułem obawę przed meczami
Przemysław Langier (Interia Sport): Przeglądając wcześniejsze wywiady z tobą, da się wyczuć bijącą pewność siebie. Słusznie?
Karol Czubak (napastnik Motoru Lublin, współlider klasyfikacji strzelców Ekstraklasy): - Jeśli ktoś zajmuje się czymś zawodowo przez dłuższy czas i pracuje nad tym, by stawać się lepszym, to w pewnym sensie musi być pewny siebie i swoich umiejętności. Nieważne, czy gra w piłkę, czy jest lekarzem. Bez pewności siebie trudno przesuwać swoją karierę do przodu, dlatego ja jej nie unikam. Choć wiem, że to czasem może być błędnie odczytane na zasadzie "strzelił kilka goli i już mu odbija".
Nauczyłeś się tej cechy, czy jest u ciebie naturalna, od dziecka?
- Nauczyłem się. W przeszłości miałem tak, że wychodziłem na mecz i czułem się przestraszony. Myślałem: kurczę, mocny przeciwnik. Kończyło się tym, że po pierwszym złym zagraniu piłki, traciłem grunt pod nogami. Teraz jest inaczej, bo potrafię każdy błąd zostawić za sobą, a skupiać się wyłącznie na tym, by kolejna akcja była już udana. Mecze już mnie nie stresują - kiedyś to robiły. Gdy teraz widzę po drugiej stronie mocnego przeciwnika, nie traktuję tego jak powodu do strachu, a nagrodę za to, do czego doszedłem.
Którego meczu w swojej przeszłości naprawdę się bałeś?
- Na pewno swojego pierwszego na poziomie centralnym, gdy trafiłem do Bytovii Bytów. To była druga liga, graliśmy przeciwko Elanie Toruń. Wychodzę na boisko, a tam kibice, kamery, dużo lepsi zawodnicy niż w czwartej lidze, z której dopiero przyszedłem. Mimo obaw, strzeliłem wtedy bramkę i ona bardzo pomogła w budowaniu osoby, którą dziś jestem.
Coś przeskoczyło?
- Nie od razu. To musiało potrwać, bo przestawienie się z grania dla 200-300 osób na granie przed 15-tysięczną publicznością, jaka już wtedy, w niższych ligach, przychodziła na Widzew, to musiał być proces. Kilka lat później wyszedłem na derby Trójmiasta, gdzie na trybunach siedziało 37 tysięcy widzów i nie odczuwałem już strachu. Czułem wyłącznie przyjemność.
Z pewnością siebie można przeszarżować?
- Myślę, że tak, ale tu wchodzimy w rozmowę o sodówce. Być może mnie przed nią ocaliła moja narzeczona, którą poznałem w odpowiednim momencie życia i która ma bardzo fajną cechę: potrafi sprowadzić mnie na ziemię. Dziś do wszystkiego podchodzę z chłodną głową. Strzeliłem kilkanaście bramek? Super, ale mogę jeszcze więcej. Sodówka sprawi, że się zatrzymam. Chłodna głowa otworzy szanse na jeszcze fajniejsze rzeczy.
Transfer, który nie wypalił
Decyzja o transferze bezpośrednio z polskiej 1. ligi do belgijskiej ekstraklasy nie była efektem zbyt dużej pewności siebie?
- Nie. Odbierałem to jako szansę. Miałem trafić do zespołu, któremu nie szło i który szukał pomocy. Napastnik nie strzelał bramek, ja robiłem to regularnie. Ostatecznie mi tam nie wyszło, ale nawet po upływie czasu nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć, dlaczego. Rozmawiałem z trenerem, pytałem się co mogę poprawić, czy wszystko jest dobrze. Mówił, że jest OK. Strzelałem bramki w sparingu, a napastnik, który grał, nie strzelał. Gdy wszedłem w swoim pierwszym meczu, miałem dobrą sytuację i nie trafiłem. Później też po trzech kolejkach zmienił się trener. Myślę, że to było takim kluczowym momentem, bo po tej zmianie nie dostawałem praktycznie w ogóle szans. Pytałem, co się dzieje, ale dostawałem odpowiedź, że wszystko ze mną w porządku. Tylko, że nie grałem. W pewnym momencie sam czułem, że wyglądam bardzo dobrze, bo w tygodniu, gdy była przerwa na reprezentację, graliśmy sparing z Dunkierką. Strzeliłem dwa gole, na treningach wszystko wychodziło. Chłopaki mówili: Karol, teraz będzie twoja szansa. Ale przyszedł mecz. Wszedłem z ławki w 83. minucie, a minutę później straciliśmy gola na 1:2. Od razu sobie pomyślałem, że to koniec. Że co bym nie zrobił, to i tak mi już nic nie pomoże.
Piłkarze, którym nie wyszło na Zachodzie, często przedstawiają to mniej więcej w taki sposób.
- Myślę, że zawodnicy, którzy grają w piłkę, wiedzą, że taka sytuacja może mieć miejsce, choć zwykłym kibicom czasami wydaje się, że to takie zero-jedynkowe. Prawda jest taka, że większość piłkarzy, którzy byli w podobnej sytuacji, potwierdzi, że trener ma dość duży wpływ na to, czy będziesz grał, czy nie. I jeśli po prostu cię nie widzi, to nie będziesz grał. Po spadku, mogłem zostać w Kortrijk. Mógłbym grać w drugiej lidze belgijskiej, ale po prostu nie byłem tam szczęśliwy. Nie czułem potrzeby, by udowadniać, że to ja miałem rację z tym transferem, a inni się mylili. Przyjąłem to na klatę, dostałem lekcję.
Pretensji do siebie nie masz?
- Nie, chciałem spróbować, potraktowałem to jako szansę. Równie dobrze mogło się okazać, że strzeliłbym siedem bramek i dziś byłbym w jakimś mocnym belgijskim klubie - to mogło się przecież tak ułożyć.
Ale ułożyło się tak, że wróciłeś do Polski.
- I z gry dla Motoru też się bardzo cieszę. Mam 15 strzelonych bramek. Możemy walczyć o fajne rzeczy w tym sezonie, bo liga jest tak ściśnięta punktowo, że nie wiadomo, co może się wydarzyć na koniec. Ostatnio trener powiedział, że możemy marzyć. Nikt nam tego nie zabroni, skoro mając parę punktów przewagi nad strefą spadkową, mamy jednocześnie kilka do pucharów. Przy czym nikt głośno nie mówi, że celem jest przykładowo podium. Raczej mówimy, że można tu zrobić fajną rzecz.
My - jako Ekstraklasa - trochę dążymy do osiągnięcia poziomu ligi belgijskiej. Czy można wyciągać wnioski na bazie twojej przygody, że ta różnica wciąż jest spora? Wróciłeś do Polski i stałeś się z marszu najlepszym polskim napastnikiem w Ekstraklasie.
- Z jednej strony widzieliśmy, jak wyglądała rywalizacja Lecha z Genkiem, z drugiej uważam, że polskie zespoły z powodzeniem by sobie w tamtej lidze poradziły. Choć różnice oczywiście są. Na naszą korzyść ogólny klimat wokół ligi i lepsze stadiony. Na ich - grające tam nazwiska. Fajnie móc zagrać przeciwko Dolbergowi, Thorganowi Hazardowi, Vanakenowi, czy Alderweireldowi, który ma swoim CV udaną karierę w Tottenhamie. Ale my też mamy dobrych piłkarzy, liga idzie do przodu. Pojawiają się coraz większe finanse, a dużym bodźcem byłoby stałe miejsce w Lidze Mistrzów. Nie czuję, że jako liga jesteśmy od tego daleko. Jak to się uda, staniemy się rozpoznawalni w Europie.
Jak sztab Motoru Lublin pomaga piłkarzom
Schodząc nieco na ziemię i wracając do Motoru, poznałem Mateusza Stolarskiego jako fana analizowania danych. Bardzo dużo kręci się wokół liczb. I się tak zastanawiam, jaka dla piłkarza jest różnica pomiędzy grą w zespole prowadzonym przez trenera bazującym na liczbach, a trenerem, który nie przykłada aż takiej wagi?
- Te liczby naprawdę nie są głupie. Wcześniej nie miałem ich aż tak mocno analizowanych. Nie widziałem, ile przebiegłem - na przykład - w sprincie, ile HSR-em (szybkim biegiem - przyp. red.), skąd oddaję strzały, gdzie jest większe prawdopodobieństwo zdobycia gola. Ta wiedza pomaga - na przykład w ostatnich miesiącach poprawiłem miejsca, z których oddaję strzały. Tak, by były efektywne.
Strzelasz z miejsc, z których jest największe prawdopodobieństwo na bramkę?
- Dokładnie. Poza tym widzę, ile biegam. Gdy przyszedłem do Motoru, moje liczby biegowe nie były wybitne. Miałem wtedy mocniejszą rozmowę z trenerem, po której zacząłem zwracać na to uwagę. Teraz mamy - powiedzmy - targety w danym aspekcie: w szybkim biegu lub w metrach przebiegniętych sprintem. Później widzę po statystykach, że brakuje mi, powiedzmy, nie wiem, 15-20 metrów, i od razu mam tę myśl: kurczę, mogłem dać te 15, czy 20 metrów więcej. Wiadomo, że to nie jest jedyny wyznacznik, bo istotny jest kontekst - jak gramy na Lechu Poznań, to jasne jest, że kontrujemy i sprinty robią się samoczynnie, ale tak czy inaczej te dane pomagają zrozumieć lepiej mecz.
Czyli liczbami da się rozwijać zespół.
- Tak. Każdy zawodnik ma tak, że jak mu się przedstawi na faktach, że mógł dać z siebie więcej, to podświadomie go to zmotywuje. Przynajmniej ja tak mam. Gdy dostaję jakieś dane, choćby xG, i widzę, że jestem trzeci w lidze, to robię wszystko, by być pierwszym. To świetny bodziec do działania.
Masz dziś 15 goli w Ekstraklasie. Możesz powiedzieć, by przynajmniej jednego z nich strzeliłeś dlatego, że sztab Motoru ci to "rozrysował"?
- Nie trzeba daleko szukać - wystarczy cofnąć się do Radomiaka. Dostałem jasny sygnał, że strzelimy w tym meczu gola z "dłuższego" słupka, bo oni mają problem z jego bronieniem. Nie znalazłem się tam przypadkowo, to był efekt analizy. Na ich podstawie staram się być w miejscach, w których szansa na bramkę jest wyższa.
Na wiosnę tylko Lech Poznań zdobył więcej punktów od Motoru, ale umówmy się - gdzie możliwości Lecha, a gdzie Motoru. A jednak jesteście w tym roku tuż za nimi. Aż tyle da się w piłce nadrobić mocnym sztabem?
- Rozmawiamy ze sobą, co możemy robić lepiej. Myślę, że w pierwszej rundzie też zasługiwaliśmy na więcej punktów, niż zdobyliśmy, bo mieliśmy sporo remisów. W trzech czy czterech meczach traciliśmy bramki w ostatnich dziesięciu minutach. Nasza gra po sześćdziesiątej minucie nie była dobra, bo strzeliliśmy bodajże dwie bramki, a straciliśmy ponad dziesięć. To było do poprawy i myślę, że w ostatnim czasie nasza gra w ostatnich dwóch kwadransach wygląda lepiej. Dołożyliśmy do tego trochę więcej poświęcenia, żeby Ivan (Brkić, bramkarz Motoru - przyp. red.) miał jak najmniej strzałów do złapania. Zawsze byliśmy drużyną, która się wspiera, a teraz staliśmy się pod tym kątem jeszcze mocniejsi. A jeśli pytasz o sztab, to dobrym przykładem jest mecz z Zagłębiem. Wyszarpaliśmy tam 1:0, mimo że było bardzo ciężko. W pierwszej połowie chcieliśmy grać naszą piłkę, ale dostaliśmy informację od sztabu, że to nie działa. W przerwie zmieniliśmy sposób gry. Wyszliśmy na drugą połowę z innym nastawieniem - zaczęliśmy więcej walczyć, dołożyliśmy fizyczną grę i wreszcie wpadł gol na 1:0. Sztab potrafi reagować na to, co się dzieje na boisku.
Karol Czubak w reprezentacji Polski?
Wracając personalnie do ciebie. Grasz na pozycji, na której jest straszna bieda jest w Polsce. Naturalnym są pytania o reprezentację. Czułeś przed barażami, że to jest możliwe?
- Wiedziałem, że daję argumenty do tego, ale wiedziałem też, w jakim momencie jest reprezentacja. Gdyby to były "klasyczne" eliminacje, nie baraże, to myślę, że ta szansa na powołanie by wzrosła. A tutaj nie był optymalny czas na debiuty czy branie zawodników niesprawdzonych. Tak to odbierałem. Ale jeśli mój debiut w reprezentacji wreszcie się wydarzy, będzie to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie osiągnąłem w piłce nożnej.
Z twojej wypowiedzi wynika, że nie czułeś rozczarowania brakiem powołania na baraże, ale zastanawiam się, czy jeśli nie dostaniesz powołania w czerwcu na mecze towarzyskie, to je poczujesz?
- To jest dobre pytanie. Jeśli zakończyłbym sezon z 18-20 bramkami, to kiedy miałbym zadebiutować, jak nie w meczu towarzyskim? I wtedy może bym czuł delikatne rozczarowanie, ale twardo stąpam po ziemi i wiem, że pół roku temu nawet nie miałem podstaw by marzyć o dyskusji pod tytułem "Czubak do reprezentacji". Dziś mogę marzyć.
O transferze też jeszcze marzysz? Masz 26 lat, więc powoli zaczyna być ostatni moment na podbijanie Europy.
- Dla napastnika to jest fajny wiek. Przykład Jamiego Vardy'ego, który był starszy ode mnie, gdy grał w Premier League, pokazuje, że kariera może ułożyć się różnie. Podchodzę do tego spokojnie. Zobaczymy co będzie na koniec sezonu i jaka będzie też moja przyszłość. Dziś nie odważyłbym się pisać scenariuszy, co będzie za 2-3 lata. Jestem wdzięczny Motorowi, że mnie sprowadził, że zapłacił za mnie pieniądze, że wspólnymi siłami wyciągnęliśmy mnie z Belgii. Chcę się odwdzięczyć. Wszystko pięknie się układa - mam zaufanie od sztabu i od kolegów, którzy czasem się śmieją, że wystarczy zawiesić piłkę w polu karnym i coś się wydarzy. Ja o takich rzeczach nie zapominam. Tak samo jestem wdzięczny Arce, że kiedyś wyciągnęła do mnie rękę po nieudanym pobycie w Widzewie i starałem się odwdzięczyć golami. Motor zapewnia mi dziś wszystko, czego bym chciał. Są dodatkowe treningi, analizy, nie ma rzeczy, która by nie wpływała korzystnie na rozwój. Nie zawsze trzeba wyjechać, żeby pójść krok do przodu.
Nie spytam cię zatem, gdzie chciałbyś być za 2-3 lata, ale o to, co chciałbyś w kiedyś w przyszłości móc opowiedzieć potomkom…
- Mój synek, który ma niecałe dwa lata, już strasznie przeżywa każdy mój mecz. Gdy mnie widzi w telewizji albo na stadionie, krzyczy: tata gol! Myślę, że to dla niego fajne chwile, ale wiem, że zapewne nie będzie ich pamiętał. Dlatego chciałbym mu dostarczać kolejnych wspomnień związanych z moimi bramkami, czy meczami w reprezentacji lub fajnym klubie europejskim, bo - nie okłamujmy się - w marzeniach każdego piłkarza zawsze będzie gra w ligach top 5. Ale jeśli zostanę i będę tu szczęśliwy, nie będę miał powodów do narzekań.













![WTA Rzym: Kiedy i o której Iga Świątek gra z Eliną Switoliną? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000MSB0XYQSQESUS-C401.webp)