W poprzednim sezonie Widzew szastał pieniędzmi na lewo i prawo. W przerwie zimowej postanowił ściągnąć Bukariego. Za zawodnika Austin FC z amerykańskiej ligi zapłacił astronomiczną jak na polskie warunki sumę - 5,5 mln euro.
Dariusz Adamczuk, ówczesny działacz Widzewa odpowiedzialny za transfery zapewnił, że Ghańczyk zawojuje Ekstraklasę. Tymczasem zagrał w zaledwie ośmiu spotkaniach - nie zdobył bramki, a nawet nie zaliczył asysty.
Po objęciu drużyny przez Aleksandara Vukovicia wylądował nawet na trybunach, a klub powierzył mu "bardzo ważne" zadanie - 8 marca z okazji Dnia Kobiet rozdawał kwiaty pod stadionem.
Po zakończeniu sezonu, w którym Widzew z trudem się utrzymał, wydawało się jednak, że zawodnik zostanie w polskim klubie. Przepracował okres przygotowawczy i był poważnie brany pod uwagę przy ustalania składu.
Tymczasem tydzień przed wznowieniem rozgrywek Crvena Zvezda poinformowała, że pozyskała Bukariego na zasadzie rocznego wypożyczenia. W serbskim klubie Ghańczyk miał bardzo udany okres. W 78 meczach zdobył 25 goli i miał 20 asyst. Podobnych liczb spodziewano się w Widzewie.
- Bardzo się cieszę, że wróciłem. Czekałem na tę chwilę i cieszę się, że wróciłem do domu. Znów widzę stadion, sztab trenerski i wszystkich w klubie. Naprawdę cieszę się, że tu jestem. Negocjacje nie były trudne, ponieważ od stycznia chciałem wrócić do domu - podkreślił Bukari na oficjalnej stronie Crveny. - Przyjechałem kontynuować to, co przerwałem. Wróciłem, by sprawić radość kibicom i czerpać przyjemność z gry w piłkę. Chcę też zagrać w Lidze Mistrzów i znów cieszyć się tymi meczami.
















