Reklama

Reklama

Najbardziej kuriozalny gol samobójczy w historii polskiej Ekstraklasy

Bramkarz Janusz Jojko wrzucił sobie piłkę do bramki i Ruch Chorzów po raz pierwszy został zdegradowany z najwyższego szczebla rozgrywek. Kuriozalny samobój miał miejsce 33 lata temu.

Był upalny czerwiec 1987 roku. W kraju trwała trzecia apostolska podróż Jana Pawła II do ojczyzny. Wielkie duchowe przeżycie, jednak nie wszyscy mieli czas uważnie słuchać nauk Ojca Świętego. Liga wchodziła w decydującą fazę, mniej było treningów, rozgrzały się za to telefony  - "Kupię - zamienię - sprzedam- ożenię". Do tej pory frymarczenie punktami bulwersowało głównie media. Kilka lat wcześniej wajcha była tak wyraźna, że "Przegląd Sportowy" z jednej z kolejek zamiast relacji dał białą plamę.

Reklama

Wtedy najwyraźniej duch święty spłynął na PZPN, gdyż zamiast siedzieć z założonymi rękami postanowili karać niecne występki. Tuż po tym jak papież opuścił ojczystą ziemię, 16 czerwca, Wydział Gier zarządził powtórkę meczu Górnika Wałbrzych z outsiderem, Motorem Lublin (na boisku było 4-0). Anulowano spotkania: Lecha Poznań z Polonią Bytom (1-1), Olimpii Poznań ze Stalą Mielec (1-3) i Zagłębia Lubin z Ruchem Chorzów (0-2). Ich uczestnikom zabrano punkty i bramki w nim zdobyte. Było to działanie obliczone na tani poklask, bo sytuacji w tabeli to nie zmieniło, a dziwnych meczów było znacznie więcej. 

Koronowany mistrz Górnik Zabrze przegrał u siebie 1-2 z Motorem, który w całych rozgrywkach na 30 spotkań, aż osiem razy przegrał za minus jeden punkt (taką karę stosowano za porażkę trzema i więcej bramkami). Wiadomo, że w co najmniej w jednym innym meczu drużyna, która zapłaciła, w przerwie została "przebita" i ostatecznie odjechała z pustymi rękami. Nie zawsze szła w ruch kasa, czasem przysługa za przysługę. Czasem brakło kindersztuby i ktoś niewtajemniczony wyłamywał się z układu i strzelał gola. Gratulacji nie było.

Po sezonie 1985/86 na łamach zasłużonego dziennika odbyła się dyskusja, oto fragment:

"PS": Zaproszony węgierski sędzia podczas meczu GKS - Motor biega po boisku i krzyczy: "Bunda, bunda!", to chyba coś znaczy...

Andrzej Czyżniewski, bramkarz zdegradowanego Bałtyku Gdynia: - Jasne, przecież to jest człowiek z zewnątrz! Katowiczanie strzelili w 87. minucie na 4-3 i łapali sędziego za rękę, by nie uznał gola!

"PS": Sędzia bramkę uznał, ale Motor zdołał wyrównać w ostatniej minucie.

Czyżniewski: W tym układzie arbiter był bezsilny, bezradny!

Na liście przebojów, królowała Madonna z przebojem "La Isla Bonita", który młodzież na prywatkach (tam się wtedy piło i bawiło) przekręcała na "Władysław Bandyta". Bandyckie czasy. 

Dowiedz się więcej na temat: Janusz Jojko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje