Nagła zmiana ról. Waży się przyszłość trenera Lecha Poznań
Jeszcze niedawno mogło się wydawać, że Lech Poznań stoi przed decyzją, czy przedłużyć wygasający kontrakt Nielsa Frederiksena. Ostatnie tygodnie sprawiły jednak, że optyka mogła się zmienić i to trener może mieć mocniejszą pozycję negocjacyjną. Ze spływających informacji można domniemywać, że Kolejorz jest zainteresowany dłuższą współpracą, ale - idąc za klasykiem - "w tym cały jest ambaras, żeby dwoje (dwóch) chciało naraz".

Po katastrofie z zatrudnieniem Mariusza Rumaka, Lech Poznań zdecydował się na nowatorską metodę poszukiwania jego następcy - przy użyciu zewnętrznej firmy, która przebadała profile szkoleniowców pod kątem zapotrzebowania Kolejorza na konkretny typ trenera. Wyselekcjonowano pewną grupę, z której ostatecznie został wyłoniony Niels Frederiksen. Duńczyk podpisał z Lechem umowę na dwa lata, podczas których były różne momenty, jednak trudno nie rozważać tego wyboru w kategoriach sukcesu - Poznaniacy najpierw odzyskali tytuł mistrza Polski, a obecnie są głównym faworytem do powtórzenia tego wyczynu.
Te "różne momenty" wpływały jednak w międzyczasie na rozważania wewnątrz klubu, co zrobić po upłynięciu kontraktu. Jeszcze zimą wydawało się, że klub może pójść w innym kierunku, jednak mocna seria wiosną (bilans 8-2-1 w ostatnich jedenastu meczach Ekstraklasy, co najmniej trzy strzelone bramki w każdym z pięciu ostatnich spotkań u siebie) zmieniła nieco optykę. Lech podjął rozmowy z Nielsem Frederiksenem, ale sam trener wydaje się być chłodnym negocjatorem. W dodatku bardzo świadomym swojej rosnącej pozycji na rynku.
Tomasz Rząsa o pozostaniu Frederiksena
We wrześniu ubiegłego roku Interia rozmawiała z Tomaszem Rząsą. Dyrektorowi sportowemu Lecha zadaliśmy pytanie, czy Frederiksen ma postawiony konkretny cel, którego realizacja (bądź nie) wpłynie na decyzję Lecha. Odpowiedź wówczas nie sprowadzała się konkretnie do osiągnięcia wyniku na boisku, a do szerszego spojrzenia.
Tomasz Rząsa dla Interii: - Przede wszystkim trener chciałby wiedzieć wcześniej, bo może będzie miał inne propozycje, z których chciałby skorzystać. I my też wolimy wiedzieć wcześniej. Dlatego nie powiem, że jeśli będziemy - przykładowo - w pierwszej trójce w Ekstraklasie, a w Lidze Konferencji awansujemy do 1/8 finału, to podpisujemy kontrakt. Bardziej zależy nam, by był rozwój. Mam na myśli to, byśmy widzieli, że trener gra zgodnie z naszą strategią, ciekawie dla kibiców, że przekłada się to na zwycięstwa. Że sztab potrafi łączyć ligę z pucharami - bo tego nie mieliśmy okazji zweryfikować w poprzednim sezonie. Że trener umie znaleźć balans pomiędzy celami sportowymi, a celami klubu, jakimi zawsze w Lechu będzie wprowadzanie wychowanków. Jeśli to wszystko będzie się scalać do zimy, pewnie będzie nam bliżej, niż dalej. A tak poważnie, zamykanie decyzji w prostym stwierdzeniu, że przyszłość trenera zależy od tego, czy w lidze jest pierwszy lub drugi, jest bez sensu, bo przecież możemy być pierwsi, a jednocześnie będziemy skłóceni z trenerem, będziemy słabo pracować, trener nie rozwinie żadnego młodego chłopaka, a gra będzie się opierać na niskiej obronie. Lech ma grać inaczej.
Idąc za wypowiedzią Rząsy, łatwo dojść do wniosku, że wszystkie punkty zostały spełnione - włącznie z nieobligatoryjną "pierwszą trójką w Ekstraklasie i 1/8 finału Ligi Konferencji".
Gdybyśmy pracę Nielsa Frederiksena oceniali mecz po meczu, pewnie by było sporo minusów, jednak kluby nie weryfikują pracy swoich trenerów w ten sposób - raczej patrzy się na proces, jako na jego całość, i tu mimo pewnych mankamentów Duńczyk się broni. Do tego Frederiksen sam wyciąga dobre wnioski, co pozwala wierzyć, że tych wpadek może być za rok mniej (w niedzielnej Lidze Plus Extra przyznał na przykład, że popełnił błąd związany z masową rotacją w składzie przed meczem z Lincoln Red Imps na Gibraltarze, gdzie Kolejorz przegrał w sposób kompromitujący). Na wiosnę Lech punktuje średnio 2,0 punktu na mecz, w dodatku z wizją, by tę wiosnę skończyć znacznie powyżej tego poziomu, gdyż dwie z trzech porażek w tej rundzie zdarzyły się w dwóch pierwszych meczach roku. Później to już był rozpęd, który trwa do dziś. I w ten sposób nagle doszliśmy do momentu, w którym nie jest główną kwestią to, czy Lech chce zatrzymać Frederiksena, bo biorąc pod uwagę rozpoczęte negocjacje oraz ogólny rozwój drużyny, jest to niemal pewnik. Główną kwestią jest to, czy sam Frederiksen będzie tego chciał.
Duńczyk sprawia wrażenie zimnego gracza, w dodatku podsyca niepewność, co do swojej decyzji poprzez brak deklaracji w kwestii własnej woli. Trudno się dziwić - przy jego preferowanym stylu grania oraz CV wzbogaconym o co najmniej jeden (a prawdopodobnie dwa) mistrzowski tytuł, przy doświadczeniu z łączeniem gry w lidze i pucharach oraz perfekcyjnym angielskim, jest świadomy, że może mieć (lub już ma) mocniejsze oferty niż z Lecha. Albo mocniejsze sportowo, bo jak widać na przykładzie Kosty Runjaicia: mając zagraniczny paszport - z Polski da się odejść nawet bezpośrednio do lig top 5, albo mocniejsze finansowo, bo skoro jakiś czas temu w Arabii Saudyjskiej spojrzano w kierunku Czesława Michniewicza, właściwie dlaczego by mieli nie patrzeć na Frederiksena? Dziś trudno powiedzieć, jak to się zakończy, ale raczej nie ma wątpliowości, że Niels Frederiksen dość niespodziewanie zbudował sobie znacznie mocniejszą pozycję negocjacyjną niż miał pół roku temu.
Jak Lech się rozpędzał
Różne były momenty Lecha w tym sezonie, ale fakty są takie, że żaden klub w Ekstraklasie nie ma takiego "trybu walca", jak aktualni mistrzowie Polski. W weekend przekonała się o tym Legia, przegrywając 0:4, ale to był już piąty z kolei mecz, w którym Lech przed własną publicznością strzelił co najmniej trzy gole.
W tym sezonie trener Lecha popełniał błędy i oprócz wspomnianej kompromitacji na Gibraltarze, były spotkania, do których Lech był taktycznie źle przygotowany - czego dowodem były porażki u siebie z Lechią Gdańsk i Zagłębiem Lubin (w obu meczach Lech zagrał dokładnie to, czego oczekiwali rywale - poniekąd dostosowując założenia pod to, co ułatwiało przeciwnikowi życie). Ale jednocześnie wraz z biegiem czasu opinia o Nielsie Frederiksenie mogła ewoluować.
Faktem jest, że Lech w poprzednim sezonie mistrzowskim, ale i w tym, jest bardzo mocny swoimi indywidualnościami. I to czasami brzmiało jak zarzut do Duńczyka - że bardziej piłkarze ciągną go w górę, niż on ich. To tak duże uproszczenie, że aż sprowadzające się do nieprawdy. Pomijając, że znajdziemy takich, którzy rośli pod Frederiksenem - wystarczy wymienić Roberta Gumnego, Wojciecha Mońkę, Michała Gurgula, w pewnym stopniu Filipa Jagiełłę, na wiosnę na pewno Timothiego Oumę, wcześniej Pablo Rodrigueza - to największymi "magikami", zawodnikami, którzy w teorii "prowadzą się sami", też trzeba umieć zarządzić.
Są kluby do budowania, ale są też kluby do zarządzania - na przykład Igor Jovićević zapewne umiał zarządzać już zbudowanym klubem, ale kompletnie nie umiał budować niezbudowanego i stąd jego klęska w Widzewie. Lech jest hybrydą - z jednej strony nie ma jeszcze tak mocnej pozycji w Ekstraklasie, by zaczynać każdy sezon z przekonaniem, że zapewne będzie mistrzem, więc trzeba go cały czas budować, ale z drugiej ma swoją armię gwiazd w polskiej skali. Nieprzeszkadzanie im to też jest sztuka i dlatego mamy trenerów, którym czasem idzie świetnie w średnich klubach, ale fatalnie w tych najmocniejszych. Unai Emery urósł na prowadzeniu średniaków, ale w PSG i Arsenalu już nie było tak dobrze. Z drugiej strony Carlo Ancelotti już odcinał kupony w Evertonie, ale gdy nagle dostał do prowadzenia Real Madryt, dwa razy wygrał z nim Ligę Mistrzów - bo umiał zarządzać szatnią gwiazd, czego nie miał w Evertonie. Xabi Alonso zrobił kosmiczny wynik w średnim Leverkusen, a gdy trafił na Bernabeu, okazało się, że jest "dobry w trenowaniu", ale słaby w zarządzaniu gwiazdami. Mowa tu oczywiście o skali makro przy skali mikro w Polsce, ale sam mechanizm jest podobny - gwiazdy grają jak gwiazdy, gdy się nimi dobrze zarządzi. Deprecjonowanie sukcesu trenera na podstawie prostego "Frederiksen nie zdobyłby tytułu, gdyby meczów nie przepychały indywidualności", jest nietrafione.
Co jeśli nie Frederiksen?
Tomasz Rząsa wspominał, że chciałby sprawę załatwić szybko, ale już jest jasne, że to się nie uda - o ile ostatecznie rozwiązanie nie jest już dogadane, tylko ukrywane przed opinią publiczną. Gdyby Frederiksen nie pozostał w Lechu, wiadomym jest, że jego następca nie będzie trenerem z przypadku. Jeszcze niedawno mówiło się o podchodach pod Adriana Siemieńca, który swoją wizją piłki pasowałby do Kolejorza, jednak po przedłużeniu kontraktu z Jagiellonią i zawarciu tam klauzuli odejścia obowiązującej tylko w przypadku ofert z lig zagranicznych, ta opcja stała się właściwie nierealna.
Siemieniec wydawał sie jedynym polskim kandydatem, więc Lech zdecydowałby się ruszyć poza kraj. Konkretne nazwisko trudno wskazać, jednak profil trenera - już nie. W razie konieczności Kolejorz poszuka naturalnego następcy Frederiksena - trenera bazującego na intensywności, lubującego się w wysokim podchodzeniu do rywala oraz z pozytywnym nastawieniem do wprowadzania wychowanków do składu. W wygranym 4:0 meczu z Legią w podstawowej jedenastce wystąpiły aż pięć "produktów" akademii, a szósty wszedł z ławki. "Gabinety" Lecha nauczone przykrym doświadczeniem z Mariuszem Rumakiem, podobnego błędu już nie popełnią.













