Milioner wysłał samolot po piłkarza. "Pokazał, jak mu zależało"
- Byłem bardzo szczęśliwy. Nie dlatego, że Robert Dobrzycki wysłał po mnie samolot, tylko że pokazał, jak mocno jest zainteresowany sprowadzeniem mnie do Widzewa. Dla piłkarza to bardzo ważne - mówi w rozmowie z Interią Andi Zeqiri, napastnik łódzkiego klubu.

Korespondencja z Turcji (zgrupowanie polskich klubów)
Niewiele jest historii w Ekstraklasie, w których właściciel po nowego piłkarza wysyła swój samolot. Tak było w przypadku Andiego Zeqiriego, którego transfer do Widzewa Łódź miał być jednym z najmocniejszych w poprzednim okienku transferowym. Reprezentant Szwajcarii jednak dopiero pod koniec rundy jesiennej zaczął spłacać kredyt zaufania, a teraz w rozmowie z Interią opowiada o swoich wrażeniach z ostatnich miesięcy.
Piłkarz z samolotu
Przemysław Langier (Interia Sport): Robert Dobrzycki ma wygodny samolot?
Andi Zeqiri (piłkarz Widzewa Łódź): - (śmiech) I to jak! A tak poważnie mówiąc, byłem bardzo szczęśliwy. Nie dlatego, że wysłał po mnie samolot, tylko że pokazał, jak mocno jest zainteresowany sprowadzeniem mnie do Widzewa. Dla piłkarza to bardzo ważne.
Macie dziś jakieś specjalne relacje?
- Nie nazwałbym tego w ten sposób, ale na pewno mi imponuje, na przykład skromnością. Traktuję to jako przywilej, że właśnie on starał się o mój transfer.
Kiedy właściciel-milioner wysyła specjalnie po ciebie samolot, musi w głowie pojawić się myśl, że oczekiwania będą ogromne. Okazały się chyba nawet większe niż myślałeś.
- Szczerze? Tak. Ale to normalne w tak dużych klubach, jak Widzew. Od początku starałem się robić wszystko jak najlepiej potrafię, bo rozumiem, że kiedy sprowadza się takiego piłkarza jak mnie, to po to, by od razu podniósł jakość zespołu. Jestem dobrej myśli, że na obecnym obozie.
"Nie do końca byłem świadomy, że Widzew jest tak wielki"
Widzew to pełne trybuny na każdym meczu. To wielka historia polskiej piłki nożnej. Wielkie plany na przyszłość. Tak szczerze: idąc tu byłeś świadomy rozmiarów tego klubu?
- Na początku nie za bardzo. Wiedziałem, że w Polsce to duży klub, ale nie sądziłem, że aż tak. Presja jest tutaj ogromna, ale ja ją lubię. Lubię, gdy kibice naciskają na nas, co czasem przekłada się na ich niezadowolenie, ale to całkowicie zrozumiałe. Przecież płacą za bilety, by nas oglądać. W pierwszej rundzie często obserwowaliśmy ich frustrację i trudno się dziwić.
Wielu piłkarzy mówi, że lubi grę pod presją, ale gdy ona nadchodzi, wyniki często się nie zgadzają.
- Ja mogę mówić za siebie i naprawdę: złość fanów za każdym razem staram się przekuć w motywację, by jeszcze mocniej docisnąć, by pokazać, że potrafię być lepszy. W piłkę gra się dla kibiców.
Wypisywali do ciebie w social mediach?
- Tak, dostawałem wiadomości - były i dobre, i złe. Ale raczej nie zwracam na nie uwagi. Mam wystarczająco dużo osób wokół siebie - przyjaciół, rodzinę, by to na nich się skupiać. A jeśli ktoś potrzebuje do mnie napisać - nie mam z tym problemu.
Mógł grać w Lidze Mistrzów
Miałeś podobno oferty z klubów grających w Lidze Mistrzów, a trafiłeś do Polski. Dlaczego?
- Podstawą jest dla mnie to, by grać w klubie, który jest mną naprawdę mocno zainteresowany. Generalnie zainteresowanie wokół mnie było niezłe, ale rzadko takie, bym wiedział, że będę tam naprawdę ważny. W pewny momencie pojawił się Robert Dobrzycki. Pytałeś o samolot i mówiłem, że to dowód na to, jak mu zależało, ale to było tylko zakończenie historii ze sprowadzaniem mnie do Widzewa. Robert wcześniej przyszedł do mnie, rozmawiał, namawiał - to było coś szczególnego. To była bezpośrednia komunikacja, w której jasno opisywano mi, jak istotnym elementem tego projektu będę. To była główna przyczyna, dlaczego znalazłem się w Widzewie. Gdy właściwie podjąłem już decyzję, zacząłem sprawdzać pewne rzeczy w Internecie - na przykład, gdzie na mapie leży Łódź. Patrzę: w środku Polski, idealnie.
Piłkarze mówią, że zawsze sprawdzają też stadion.
- Też to zrobiłem. Imponowało mi, że jest pełny, bo dla piłkarza ważne jest, by grać dla kogoś. Generalnie atmosfera na stadionach w Polsce mnie mocno zaskoczyła, bo okazało się, że ludzie naprawdę kochają tu piłkę, gdziekolwiek pojedziemy.
Brzmi cukierkowo, ale kiedy gra się w lidze belgijskiej, przedsionku wielkiego futbolu, po głowie musi chodzić transfer do jeszcze lepszej ligi. Nie byłeś rozczarowany, że po dobrych sezonach trafiłeś jednak do ligi notowanej niżej?
- Czasem decydują detale. Poprzedni sezon nie był dla mnie zły, ale gdy wróciłem z wypożyczenia ze Standardu Liege do Genku, doznałem lekkiej kontuzji. Szukaliśmy dobrego rozwiązania dla mnie, ale sprawy się skomplikowały. Tyle, że to już bez znaczenia, bo jestem naprawdę szczęśliwy w miejscu, w którym się znalazłem.
Kontuzja, o której mówisz, miała wpływ na to, jak wyglądałeś jesienią?
- Nie lubię szukać takich wymówek, dlatego nie skupiałbym się na tym, ale fakt jest taki, że gdy trafiłem do Widzewa, nie byłem najlepiej przygotowany pod kątem fizycznym. Nie przepracowałem okresu przed sezonem, tak jak bym chciał, ale obecnie czuję się już bardzo dobrze. Mam duże oczekiwania względem samego siebie.
Trudne momenty
Jaki był najtrudniejszy moment w Widzewie w ostatnim półroczu?
- Nie było takiego jednego momentu - po prostu dla napastnika to trudne, gdy nie strzela bramek. Nie ma radości z grania, tym bardziej, że nie było zwycięstw. Wpada się wtedy w taką spiralę i zaczynasz się zastanawiać, co robisz źle. To nie było ani łatwe, ani przyjemne.
Do tego pewnie ciągłe zmiany trenerów, dyrektora sportowego. Zastanawiałeś się: co tutaj właściwie jest grane?
- To było pierwsze tego typu doświadczenie w mojej karierze. Dla zawodników nie jest to łatwe, do tego przecież w ostatnim okienku transferowym Widzew wymienił sporą część drużyny - łącznie ze mną przyszło 14 nowych zawodników, wszyscy musieli się najpierw poznać, wypracować jakieś schematy. Ale to też nie ma brzmieć, jak wymówka - to po prostu proces, w którym nie da się czegoś zbudować ot tak. Widzew jest projektem, który chce się cały czas poprawiać, dlatego krok po kroku, dzień po dniu, przybliżamy się do tego, jak to wszystko powinno wyglądać.
Jaki był nastrój w szatni, gdy Patryk Czubak opuścił klub?
- Z każdym trenerem łapiesz jakiś kontakt, tworzysz jakąś relację, więc to nic przyjemnego, później przychodzi nowy trener i trzeba pracę zaczynać od nowa. Ale to część piłki, nie można rozpamiętywać, bo zaraz jest kolejny mecz, który w jakimś stopniu będzie decydować o naszej przyszłości. Przyszedł Igor Jovićević. Gdybym miał go opisać krótko, powiedziałbym, że bije od niego niesamowity głód wygrywania. Zaraża tym innych, zresztą uważam, że końcówka roku była już całkiem niezła w naszym wykonaniu, a będzie już tylko lepiej. Jest z nami krótko, a ja już mam wrażenie, że dużo się od niego nauczyłem.
Ekstraklasa goni Europę
Miałeś przez ostatnie pół roku jakieś zdarzenie, które będziesz opowiadał w przyszłości jako anegdotę?
- Aż tak to nie, ale matko, jak zimno jest w Polsce! Nie miałem o tym pojęcia (śmiech). Wcześniej nigdy nie byłem w waszym kraju, ale mieszkając w Szwajcarii wydawało mi się, że spotkałem się już z zimnem, ale chyba nie takim, jak w Polsce!
Jak daleko pod kątem jakości Ekstraklasa leży od ligi belgijskiej? Dla nas celem jest znalezienie się tam, gdzie oni są dziś.
- Nie tak daleko. Gdy decydowałem się na transfer, miałem świadomość, że idę do ligi notowanej niżej, ale kiedy zacząłem tu grać, dość szybko zdałem sobie sprawę, że wcale nie jest tak łatwo. Dziś patrzę na Ekstraklasę, jak na ligę, która niesamowicie rośnie. Nie widzę jakichś ogromnych różnic w porównaniu z Belgią, a spodziewam się, że będą się jeszcze zmniejszać. Nie zdziwię się, jak za jakiś czas Ekstraklasa będzie nawet odrobinę lepsza. Jestem właściwie pewny, że niedługo będziemy mówić o polskiej lidze jako jednej z dziesięciu najlepszych w Europie.
Ekstraklasa zaskoczyła cię czymś poza atmosferą na stadionach?
- Chyba trochę wyrównaniem tej ligi. Tutaj wszystko może się zdarzyć, co też jest dowodem na siłę całych rozgrywek.
Moder? Pytałem go o Ekstraklasę
Kiedy patrzę na twoją historię, myślę: wow. Ten facet grał w naprawdę fajnych miejscach. W Brighton grałeś z Jakubem Moderem. Pamiętasz go?
- I to bardzo dobrze. Trafiliśmy prawie w tym samym czasie do Brighton, swoją drogą w nie najlepszym czasie, bo akurat był COVID. Nie jestem tego pewien, ale możliwe, że w jednym meczu Pucharu Anglii przeciwko Leicester, wyszliśmy razem w podstawowym składzie. Mam z nim wyłącznie dobre skojarzenia, do dziś utrzymujemy kontakt.
Więc na pewno przed transferem do Widzewa, odzywałeś się do niego.
- Oczywiście. Powiedział mi: super, że idziesz do Ekstraklasy, zobaczysz, że spędzisz tam super czas. Już wtedy wspominał o fanach, wszystko się sprawdziło.
Czas w Brighton nie był dla ciebie dobry. Dziś, z perspektywy czasu, nie wydaje ci się, że za wcześnie trafiłeś do wielkiego futbolu?
- Piłka składa się z wyzwań i wykorzystywania szans. Kiedy zgłosił się klub z Premier League, nie kalkulowałem, bo trafienie do tej ligi było moim marzeniem. Nie mogę żałować tego, że kroczyłem za marzeniami. Gdybym miał coś zmienić, albo doradzić młodszym piłkarzom, którzy otrzymają taką szansę, powiedziałbym tylko, by byli bardziej cierpliwi. Ja od razu chciałem grać, a to nie było możliwe. W Brigton przygotowanie piłkarzy do gry na poziomie Premier League to proces, a ja przychodząc tam z drugiej ligi szwajcarskiej miałem w głowie myśli, że zaraz będę wychodził w podstawowej jedenastce. Zabrakło cierpliwości i spokojnej pracy, by wywalczyć swoje miejsce.
To były czasy, gdy "The Athletic" napisało artykuł, w którym porównano cię do Viktora Gyokeresa, dziś piłkarza Arsenalu, który kosztował kilkadziesiąt milionów euro. Porównano cię na twoją korzyść - to twój potencjał w tym tekście był oceniony wyżej.
- Nie pamiętam tego artykułu, ale sam widzisz: różne rzeczy się pisze, nie na wszystko trzeba zwracać uwagę (śmiech).
Co dziś jest twoim celem na przyszłość?
- Chciałbym jeszcze raz trafić do lig z top 5, ale jeśli awansujemy z Widzewem do Ligi Mistrzów, uznam, że to też spełnienie mojego marzenia.
A co możesz obiecać kibicom Widzewa?
- Że zrobimy wszystko, będziemy walczyć do końca, by w Polsce jak najszybciej trafić na szczyt. Klub daje nam wszystkie narzędzia, musimy z nich skorzystać.











