Reklama

Reklama

Mielcarski o Lidze Narodów i konflikcie z pseudokibicami

- Za porządkowanie stadionów biorą się nie tylko w Warszawie, ale też w Krakowie i Bydgoszczy. To jedna z niewielu szans, żeby wyeliminować margines kibicowski, któremu nie zależy na widowisku, na meczu, na drużynie, tylko na zadymie. Ta operacja nie potrwa tydzień-dwa, tylko znacznie dłużej, ale mam nadzieję, że na stadionach będzie bezpiecznie i normalnie - podkreśla w rozmowie z INTERIA.PL Grzegorz Mielcarski.

Grzegorz Mielcarski diagnozuje problem z pseudokibicami m.in. w ten sposób: "W wielu klubach w Polsce, nie tylko w piłce, kibice trzymają łapę na handlu pamiątkami, biletami, cateringu. Prezesi stają się zakładnikami tego systemu, a gdy chcą go rozerwać, to ktoś się burzy, bo urywa mu się interes. Warto, by wszyscy prezesi, wspólnie z policją ustalili model działań, które doprowadzą do unormowania sytuacji na stadionach."

INTERIA.PL: Jak pan ocenia pomysł UEFA wprowadzenia do kalendarza gier reprezentacji Ligi Narodów? Reprezentacje byłyby podzielone według miejsc w rankingu w pięcio-sześciozespołowych grupach, zwycięzcy mieliby prawo walki o awans do wyższej grupy, a także o dziką kartę uprawniającą do gry w Euro 2020 bez eliminacji. Mają być awanse i degradacje, nagrody finansowe.

Reklama

Grzegorz Mielcarski, piłkarski ekspert Canal+, olimpijczyk z Barcelony, były dyrektor sportowy Wisły Kraków: - Według mnie Liga Narodów to bardzo dobre rozwiązanie. Silniejsze reprezentacje nie potrzebują aż tak wielu terminów do bezwartościowych sparingów. Jeśli będą chcieli sprawdzać nowe twarze, to Liga Narodów świetnie się do tego nadaje. Kraje takie jak Hiszpania, Niemcy, czy Anglia nie muszą za wszelką cenę dążyć do "dzikiej karty", bo miejsce na Euro 2020 wywalczą sobie spokojnie w normalnych eliminacjach.

A patrząc z punktu widzenia reprezentacji takich jak nasza, czyli europejskich średniaków?

- Też widzę same plusy. W Lidze Narodów gra będzie toczyła się o stawkę, ale nie tak paraliżującą, jak ta w eliminacjach do mundialu, czy mistrzostw Europy. Piłkarze będą chętnie przyjeżdżać na takie mecze, kibice chętnie będą na nie przychodzić, a telewizje z chęcią je pokażą. Nie będzie już takich przykrych spotkań, jak to z Rumunią, w którym rywale wprowadzili za dużo zmian i nie mogło zostać ono uznane za oficjalne. Poza tym dla nas walka o "dziką kartę" to dodatkowa szansa dostania się do mistrzostw Europy.

- Na razie dostrzegam same korzyści Ligi Narodów. Będzie inne podejście, niż do meczów towarzyskich, żadnej gry "o pietruszkę". Będzie się grało o punkty, o awans, a w konsekwencji tego o pieniądze.

Ostatnio sporo niedobrego dzieje się z udziałem pseudokibiców na naszych stadionach i w ich okolicach. Bijatyka na Legii, atakowanie racami stadionu Wisły, protest kibiców na Zawiszy. Jak pan to dobiera?

- Najważniejszym dla mnie aspektem jest fakt, że wszyscy - prezesi klubów, Ekstraklasa SA i PZPN chcą pójść w kierunku normalności. Kilka lat temu z tym chorym zjawiskiem próbował walczyć w pojedynkę prezes Walter w Legii, dziś za porządkowanie stadionów biorą się nie tylko w Warszawie, ale też w Krakowie i Bydgoszczy. To jedna z niewielu szans, żeby wyeliminować margines kibicowski, któremu nie zależy na widowisku, na meczu, na drużynie, tylko na zadymie.

- Prezes Boniek ostatnio powiedział, że nasze stadiony są w pełni bezpieczne. Ja się na razie nie zgadzam z takim postawieniem sprawy. Jeśli na Legii, podczas meczu z Jagiellonią jest zadyma w sektorze gości, to nigdy nie wiesz, w jakim kierunku się ona rozprzestrzeni. Nie wiesz, czy nie wybuchnie panika i czy ludzie nie zaczną się tratować.

- Szczególnie bulwersujący jest atak na stadion Wisły z zewnątrz. Ci ludzie mieli na celu wprowadzenie nieładu, przerwanie meczu, ale przecież przy okazji mogli zranić, bądź nawet zabić kogoś. Takie incydenty nie mają nic wspólnego z widowiskiem sportowym i nie dziwmy się później, że żony będą bały się puszczać ojców z dziećmi na mecze.

Prezes Wisły Jacek Bednarz reaguje zdecydowanie i nie zawaha się nawet poprosić wojewody o zamknięcie stadionu, jeśli nie będzie na sto procent bezpiecznie.

- To wystąpienie jest aktem desperacji prezesa Bednarza. I nie dziwię się mu. Co on może jeszcze zrobić? Wziąć maczetę, stanąć przed bramą i przeszukiwać ludzi, albo bronić się przed tymi, którzy go zaatakują?! Zdajmy sobie sprawę z tego, że gdyby rzucona na ślepo raca zrobiła komuś krzywdę, klubowi i jego zarządowi grożą procesy z powodu niezapewnienia bezpieczeństwa! Dlatego w pełni popieram Jacka. Jeżeli nie będzie miał pewności, że jest w pełni bezpiecznie, niech sam wnioskuje o zamknięcie stadionu.

- Prezes Bednarz należy do jednych z bardziej profesjonalnych ludzi w sporcie, więc nie robiłby sobie na złość, gdyby nie było takiej potrzeby nie reagowałby tak ostro, nie odbierałby sobie i klubowi szansy na zarobienie pieniędzy ze sprzedaży biletów. Poza tym, nie zapominajmy, że w Wiśle decyzje nie zapadają jednoosobowo. Jest jeszcze właściciel, jest też rada nadzorcza.

Widzi pan w ogóle szansę na trwałe rozwiązanie problemu z pseudokibicami?

- Tak, ale to nie jest proces na tydzień, czy dwa. W wielu klubach w Polsce, nie tylko w piłce, kibice trzymają łapę na handlu pamiątkami, biletami, cateringu. Prezesi stają się zakładnikami tego systemu, a gdy chcą go rozerwać, to ktoś się burzy, bo urywa mu się interes. Warto, by wszyscy prezesi, wspólnie z policją ustalili model działań, które doprowadzą do unormowania sytuacji na stadionach.

Jak pan ocenia fakt, że wielu ludzi sportu zaczyna się angażować w politykę? Ikona Wisły - Maciej Żurawski startuje do Parlamentu Europejskiego, a że reprezentuje SLD, to i kibice go potępiają w czambuł.

- W wypadku "Żurawia" dziwię się przede wszystkim SLD. Sojusz stracił wiele w moich oczach przez tę kandydaturę. Ta partia pokazała, że dla niej nie liczy się człowiek i to co ma do powiedzenia. Ważne tylko jest nazwisko.

- Nie podoba mi się także kandydatura trenera Wenty (startuje do europarlamentu z listy PO - przyp. red.). Ktoś liczy, że ludzie żyjący sportem, emocjami, rywalizacją, nagle będą bardzo aktywni w polityce i chwycą się stołka deputowanego?! Nie ta krew! Nie ma szans!

Wróćmy do przyjemniejszego tematu, do sportu. Sporo pozytywnego zamieszania w T-Mobile Ekstraklasie robi Ruch Chorzów Jana Kociana. Stosunkowo mało znany trener ze Słowacji, pracujący za skromną stawkę dokonuje cudów! Co pan na to?

- Bardzo mi się podobają przygody trenera Kociana w Polsce. Przy okazji ten fachowiec zadaje kłam opinii, że trener to tylko 10-15 procent sukcesu, a reszta to piłkarze. Guzik prawda! Trener ma kluczowe znaczenie. Przed nastaniem ery Kociana Ruch bronił się przed spadkiem, a teraz włączył się do walki o mistrzostwo Polski. Z tymi samymi piłkarzami!

 Rozmawiał: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne