Z Michałem Rakoczym, który przez lata był czołową postacią w Cracovii, ale w poprzednim sezonie nagle wypadł z łask i został zmuszony, by zimą szukać klubu na wypożyczeniu, rozmawiamy przed nowym sezonem Ekstraklasy.
Przemysław Langier (Interia Sport): Jak wrażenia po kilku miesiącach w Turcji?
Michał Rakoczy (piłkarz Cracovii): Jeżeli chodzi o całą strukturę - jak wyglądał klub, jak trening - to naprawdę wyglądało dobrze. Treningi wyglądały trochę inaczej niż w Polsce. Trochę zaskakujące było to, że nie było żadnej kalkulacji. Odkąd przyjechałem, mieliśmy właściwie cały czas mecze co trzy-cztery dni, ale w czasie całej rundy w ogóle nie schodziliśmy z obciążeń treningowych. Nawet jeśli na początku nie grałem, a tylko trenowałem, w ogóle nie czułem braku rytmu. W efekcie wchodząc na przykład na ostatnie pół godziny, nie miałem wrażenia, bym fizycznie odstawał. Ale wiadomo, że nie byłem zadowolony ze swojej dyspozycji. Myślę, że na to też się dużo złożyło w przeciągu ostatniego roku.
Ramadan i wieszanie barana
O tym też porozmawiamy, ale jeszcze chwilę o Turcji. Miałeś w kontrakcie klauzulę, która w przypadku awansu do Superligi sprawiłaby, że pozostałbyś w Ankaragucu. Czyli zakładano awans, a wy spadliście. Może to te obciążenia treningowe?
- Myślę, że nie miały z tym wiele wspólnego. Bardziej powód widzę w zmianach, do jakich doszło w drużynie. W chwili, gdy przychodziłem, wymieniono bodajże dziesięciu zawodników. To się odbiło na tym, jak to później wyglądało na boisku - nawet jeśli uważam, że indywidualnie mieliśmy bardzo dużo jakości. W czasie Ramadanu chyba nie wygraliśmy meczu.
Większość drużyny go obchodziła?
- Tak. Wśród Turków, jakich mieliśmy w zespole, może było trzech, których Ramadan nie dotyczył. Później wychodziliśmy na trening w pełnym słońcu o godz. 17, i było widać, że fizycznie jest kłopot. Duża była specyfika.
Na przykład obrządki z baranem?
- Tak. Był powieszony w ośrodku treningowym, obcinany ze skóry. Nie powiem - byłem bardzo zdziwiony, nie wiedziałem, że coś takiego się praktykuje. Tym bardziej, że ja do zwierząt jestem nastawiony bardzo pozytywnie i nie wyobrażam sobie, że można zabić psa, kota, czy barana. A dla nich to było coś w rodzaju: wow.
"Było mi wstyd, że nie grałem"
Teraz wróciłeś do Cracovii, ale przed wyjazdem… dużo nie grało.
- Ciężka sytuacja… Wydaje mi się, że nie do końca chodziło o względy piłkarskie i o to, w jakiej byłem dyspozycji.
Ja nie kupuję, że chodziło tylko o względy piłkarskie, bo nie da się tak szybko zjechać z poziomu topowego zawodnika w klubie do bycia wyborem numer pięć-sześć na swojej pozycji.
- Uważam, że nie zrobiłem nic złego, co mogłoby się przełożyć na taki zjazd. Zdaję sobie sprawę, że mam ciężki charakter, ale nawet jak nie grałem, wychodziłem na treningi, by pokazywać się od najlepszej strony. Zachowywałem się wzorowo, mimo trudnej sytuacji. Dlatego powtórzę: według mnie nie chodziło o względy piłkarskie. Na szczęście już przepracowałem ten moment, mam go już za sobą, raczej nie chciałbym już do tego wracać. To było ciężkie pół roku dla mnie, w którym z zawodnika, który grał wszystko i myślał o wyjeździe do dobrej ligi, do dobrego zespołu, zaliczyłem zjazd do piłkarza, który w ogóle nie dostaje swoich szans. Moja pewność siebie bardzo ucierpiała. Zaczęły się pojawiać pytania: może faktycznie ze mną jest coś nie tak? Może muszę coś zmienić? Jeśli było coś dobrego w moim ostatnim półroczu w Turcji, to właśnie powrót pewności siebie. Bez gry nie byłoby to możliwe. Wydaje mi się, że wróciłem już mentalnie do momentu, w którym byłem rok temu. Cieszę się każdą chwilą na boisku.
W głowie dziś jest już spokój, ale z twoich słów wynika, że tam dużo się działo.
- Ciężko było. Jak mam być szczery - kiedy przyjeżdżałem na zgrupowanie kadry (U-21) było mi trochę wstyd. Miałem dużo rozmów z trenerem na ten temat. Mam duże ambicje i przy takich rzeczach nie mogę spojrzeć komuś w oczy. Na zasadzie: ja wiem, że nie gram i wiem, że ta druga osoba też to wie. W tamtym czasie Cracovia jako zespół funkcjonowała dobrze, ale ja byłem jedynym zawodnikiem, który realnie nagle znalazł się poza drużyną. Miałem na ten temat rozmowy z trenerem Kroczkiem, który podkreślał, że wszystko jest dobrze. Że z jego perspektywy dobrze wyglądam na treningach.
Nie usłyszałeś zatem powodu, dla którego nie grałeś?
Był taki jeden - że mnie nie widzi.
Sygnalizował to wprost?
- Na początku nie, ale pod koniec rundy jesiennej już nie miałem wątpliwości, że będę odchodził. Takie zresztą były też moje oczekiwania, bo chciałem wreszcie grać. Wtedy przed meczem z Piastem Gliwice, trener powiedział mi, że nie znajdę się w kadrze na to spotkanie i nie widzi mnie obecnie w zespole.
Trener Kroczek nie znosił na konferencjach pytań o ciebie.
- Dla mnie było ważne, że czułem, że mam szatnię za sobą. Chłopaki przychodzili do mnie i wspierali. Pytali: co się dzieje, że ty nie grasz? Albo mówili: idź porozmawiać z trenerem. To był dla mnie wyraźny sygnał, że chyba nie chodzi o moją pracę na treningach. Inaczej drużyna nie byłaby tak zdziwiona, że nie dostaję minut. A sygnał od nich był: jesteś jednym z lepszych, ale nie grasz. Jestem niesamowicie wdzięczny za to.
Może chodziło o to, że latem komunikowałeś, że chcesz odejść.
- Myślę, że tak. Moi poprzedni agenci wprost powiedzieli w Cracovii, że czas, bym odszedł. Zrobił się problem, bo nie znaleźli klubu. Pewnie przełożyło się to na fakt, że nie byłem brany pod uwagę, ale i tak nie uważam, że powinienem być czwartym czy piątym do gry, jeśli chodzi o poziom.
Czego zatem aktualnie oczekujesz?
- W tej chwili zależy mi na tym, żeby grać regularnie, to jest dla mnie najważniejszy cel. Myślę, że jak będę ciężko pracował, to reszta przyjdzie z czasem.











