Miał być wielki transfer z Ekstraklasy. "Nie wiem, czy szum zrobił coś dobrego"
Przez jakiś czas kibice Ekstraklasy żyli spodziewanym transferem Brighta Ede, polskiego 18-latka z Motoru Lublin, do Chelsea Londyn. Wartość transakcji - według medialnych doniesień - miała przekraczać 10 mln euro. Sprawa jednak kompletnie ucichła, ale rozmawiamy o niej z wiceprezesem Motoru, Łukaszem Jabłońskim. Podsumowujemy także okno transferowe, pytamy o przyszłość klubu i relacje z właścicielem - Zbigniewem Jakubasem.

Przemysław Langier (Interia Sport): Co stoi za brakiem transferu Brighta Ede?
Łukasz Jabłoński (wiceprezes Motoru Lublin): - Staram się być bardzo oszczędny w słowach w tematach, które się nie wydarzyły. Było wokół tego za dużo szumu. Zainteresowanie Brightem było, ale nie doszło do finalizacji.
Był moment, w którym ten transfer był już dopinany?
- Nie.
Czyli inaczej niż w mediach.
- Ja należę do ludzi konkretnych. Gdyby miał być finalizowany, na moje biurko trafiłaby umowa, którą wystarczyłoby podpisać - wtedy mówilibyśmy o konkrecie. Czegoś takiego nie było. Było zainteresowanie i myślę, że w dalszym ciągu jest, natomiast okienko się zakończyło, do transferu nie doszło. Historia to oceni, ale nie wiem, czy ten szum wokół sprawy zrobił coś dobrego. Nikogo nie oskarżam, tylko po prostu dziś żyjemy w czasach, w których każda informacja jest bardzo mocno grzana. W tym wypadku nie wiem, czy czemukolwiek się to przysłużyło.
Dobrze rozumiem, że szum medialny wysypał na tym etapie ten transfer?
- Nie, nie o to mi chodzi. Po prostu, gdy robimy transfery w klubie, staramy się zachować hermetyczność. Były transfery w tym oknie, które nie doszły do skutku, a nawet nie wyszły na zewnątrz. W przypadku sprawy, o której rozmawiamy, po prostu zrobił się za duży szum i tyle.
Okienko transferowe Motoru Lublin
Jest taka ogólna opinia, że Motor nie dojechał w tym oknie do innych klubów pod kątem jakości sprowadzanych piłkarzy. A pan - w skali od 1 do 10 - jak jest zadowolony z tego okna?
- Nie za bardzo wiem, jak można być zadowolonym z okienka po siedmiu meczach. Zadowolenie lub jego brak będziemy mieli po rundzie lub po sezonie. Na dziś mogę powiedzieć, czy jestem zadowolony z przeprocesowania okienka albo ze zrealizowania założeń, ale z efektów? Byłbym niesprawiedliwy.
To spytam o założenia. Wszystkie zostały zrealizowane?
- Tak. Po zakończeniu poprzedniego sezonu sprowokowałem spotkanie, w którym wzięli udział pan właściciel i prezes, Zbigniew Jakubas, dyrektor sportowy Paweł Golański, i trener. Omówiliśmy każdą pozycję, którą trzeba wzmocnić, padły nazwiska, które chcemy ściągnąć. Rozmawialiśmy o naszych możliwościach finansowych przy transferach gotówkowych, ustaliliśmy cel. Z mojej perspektywy często w piłce jest dużo owijania w bawełnę i kręcenia, a to spotkanie było bardzo konkretne. Odbywało się na zasadach dyskusji, a nie autorytarnych wypowiedzi. Miałem poczucie, że wszystkie strony były wówczas zadowolone, natomiast nie podpiszę się pod zdaniem, że "Jabłoński jest zadowolony z okienka". Nikt wewnątrz klubu nie może być dziś ani zadowolony, ani niezadowolony. Poczekajmy na efekty.
Jeden z kibiców poprosił mnie, bym przekazał pytanie, na którym miejscu umieściłby pan Motor pod względem jakości kadry. "Ciekawe, czy będzie opowiadał bajki" - dopisał.
- Określiliśmy cel, jaki określiliśmy w rundzie. Myślę, że w Ekstraklasie jest mało klubów, które są w stanie ustalić cel na cały sezon - ta liga jest bardzo nieobliczalna, zwłaszcza po tak szalonym i nieobliczalnym okienku. Zimą spotkamy się, by stwierdzić, co możemy zrobić, na co jest szansa. Każdy w naszym klubie - od właściciela, przeze mnie i dyrektora sportowego - to ludzie twardo stąpający po ziemi. Widzimy, co robi konkurencja. A na którym miejscu umieściłbym naszą kadrę? To jest podobna dyskusja do tej, czy jesteśmy zadowoleni z okienka. Na dziś mamy siedem meczów i nie jesteśmy zadowoleni z wyników. Powinny być lepsze, choć na całe szczęście dwa ostatnie mecze oceniamy w klubie pozytywnie - nawet jeśli wiadomo, że remis z Bruk-Betem nie cieszy nikogo. Z nutką optymizmy patrzymy w przyszłość, przy zachowaniu pokory.
Jeśli nie jesteście zadowoleni z wyniku punktowego, to pewnie jakoś diagnozujecie, czemu nie weszliście dobrze w sezon. Co wam wychodzi?
- Myślę, że w jakimś sensie wewnątrz padliśmy ofiarą poprzedniego sezonu, gdzie jako beniaminek zrobiliśmy fantastyczny wynik. Nasza wewnętrzne apetyty urosły do takich granic, że dziś widzimy, jak nas ponosiło. W tle mamy poprzedni sezon, który został skończony na super miejscu, więc rozwój sytuacji, w której punktowaliśmy na początku słabo, nas nie zadowalał. Oglądamy się za siebie, ale trzymamy ciśnienie. Jesteśmy przekonani, że pójdziemy w dobrą stronę.
Jak wyglądały kulisy sprowadzania Fabio Ronaldo?
- To jeden z transferów, który nie był planowany, ale - zgodnie z ustaleniami z właścicielem - zostawiliśmy sobie furtkę na czas po pierwszych meczach, który być może da nam odpowiedź na pytanie, czy potrzebujemy wzmocnień na jakiejś pozycji. Uznaliśmy, że dobrze by było dać sobie dodatkową opcję na skrzydle. Po drodze mieliśmy jeden nieudany transfer gotówkowy, więc dało to też przestrzeń, by zrobić coś dodatkowego. Tym transferem nie zaburzyliśmy kadry. Wszyscy mówią, że powinniśmy zakontraktować nowych środkowych obrońców, a my przecież mamy ich w tej chwili aż pięciu. Oczywiście zaczęliśmy z niefartem, od kontuzji Bartosa i Najemskiego, ale oni albo już wrócili, albo zaraz - w przypadku tego drugiego - wrócą. Kolejne zakontraktowanie obrońcy negatywnie wpłynęłoby na strukturę kadry i przyniosło więcej szkody niż pożytku.
Czy Zbigniew Jakubas rzuci się na rynek?
W rozmowach ze Zbigniewem Jakubasem da się wyczuć, że chciałby kiedyś na rynku transferowym pójść grubiej? Możliwości ma, a do tego kto wie, czy w przyszłym sezonie mistrzostwo Polski nie da Ligi Mistrzów z urzędu.
- Prezes raczej jest z takiej szkoły, że każdy wydatek musi być racjonalny. Jesteśmy dopiero drugi sezon w Ekstraklasie, przez wiele lat Motor tułał się w ligach niższych. Nie chcielibyśmy budować klubu na skróty. Nie chcemy robić złotych strzałów. Wolimy, by warstwa sportowa dojeżdżała do organizacyjnej i odwrotnie. Nie jest sukcesem otrzeć się w jednym sezonie o super miejsca, a w kolejnym mieć bardzo duże problemy. Wydaje mi się, że prezes Jakubas chce budować klub w sposób racjonalny, nie chce strzelać.
Przyszłość Motoru Lublin
Przygotowując się do rozmowy z panem, sięgnąłem do rozmowy z Łukaszem Olkowiczem w Przeglądzie Sportowym. To było rok temu. Pada tam pytanie: Gdzie pan widzi Motor za rok, za dwa lata? Pan odpowiada: Najbardziej zależy mi na tym, żeby był zdrową organizacją, która w profesjonalny sposób oddziałuje na to, co dzieje się w tabeli. Udało się to zrealizować?
- Myślę, że jesteśmy w lepszym miejscu niż rok temu i to nie jest tylko moja zasługa, a każdego, kto pracuje w klubie. Rzadko się o tym wspomina, a prezes Jakubas zrealizował bardzo grubą inwestycję w infrastrukturę - myślę, że przekraczającą 100 mln zł. Mamy Akademię, którą też musimy się zająć i którą staramy się włączyć w proces profesjonalizacji. Wydaje mi się, że przed nami jeszcze długa droga, co najmniej dwa-trzy sezony, byśmy byli w pełni profesjonalnym klubem. Obecnie jesteśmy w fajnym miejscu, ale ja zawsze widzę szklankę do połowy pustą, a nie pełną.
Wśród pytań od kibiców miałem jeszcze jedno - czy planowane są zmiany w sztabie?
- Tutaj bardzo fajnie wypowiedział się Wojtek Cygan (Łukasz Jabłoński nawiązuje rozmowy Interii z przewodniczącym Rady Nadzorczej Rakowa Częstochowa - wywiad tutaj). Ja się pod tym podpisuję. Ja nie wstydzę się przypominania błędów, które popełniłem w przeszłości. Kiedyś była taka sytuacja, że wyszedłem na konferencję prasową i wspomniałem, że trener jest niezagrożony i nie ma mowy o jego zwalnianiu, po czym wydarzyło się coś nadzwyczajnego i trener… został zwolniony. Finalnie ja zrobiłem z siebie człowieka niepoważnego i w przyszłości nie chcę popełnić tego błędu.
- Mogę jedynie powiedzieć, że plotki, które ukazały się jakiś czas temu, nie były prawdziwe. Jak zobaczyłem artykuł, który mówił, że już są trzy nazwiska (następców za Mateusza Stolarskiego - przyp. red.), to rozłożyłem ręce. To nie wygląda tak, że przegramy jeden, czy dwa mecze, i pierwszy pomysł osób zarządzających sprowadza się do zwalniania trenera. Żaden właściciel i żaden prezes nie chce tego robić, zwłaszcza, że nie zawsze trener jest wszystkiemu winny. Najciekawsze było to, że ten artykuł pojawił się w środę, a na czwartek byliśmy - prezes Jakubas, ja, Paweł Golański - umówieni na obiad z trenerem. Patrzyliśmy na trenera i było nam głupio, tym bardziej, że nie było takich pomysłów. Na szczęście Mateusz Stolarski to ten typ człowieka, z którym można normalnie rozmawiać. To jeden z nielicznych trenerów, któremu bez ryzyka, że się obrazi, można bezpośrednio po meczu powiedzieć, co mi się nie podobało. Jest bardzo dojrzały w tych kwestiach, pomimo młodego wieku.
Współpraca ze Zbigniewem Jakubasem
Pytałem pana o pana zadowolenie z okna transferowego, ale w sumie dopytam, jak to widzi prezes Jakubas?
- W klubie każdy ma takie podejście, o jakim wspominałem wcześniej. Prezes Jakubas jest bardzo rozsądnym człowiekiem w zakresie wydawania ocen pozaemocjonalnych.
Człowiek o takiej historii, o takim profilu sukcesów, raczej nie wygląda mi na gościa, który powie, że dla niego dwa-trzy sezony w środku tabeli są w porządku. Ale z drugiej strony - czy prezes Jakubas widzi, że mamy już z siedem klubów, które są zdolne do płacenia dużych kwot za zawodników?
- On to dostrzega, ale jest jeszcze trochę za wcześnie na ocenę minionego okienka. Wszyscy się cieszymy, że według szacunków polskie kluby wydały 41 mln euro. Super, to buduje ligę, ale samo wydanie pieniędzy na zawodnika nie daje wielkiej gwarancji, że on się spłaci na boisku. Jest co najwyżej większe prawdopodobieństwo, że piłkarz kosztujący 2 mln euro ma większą jakość od darmowego poleconego przez agenta. Poza tym jest jeszcze jedna sprawa, której nikt nie podnosi: to nie są pieniądze wypracowane przez niektóre z tych klubów. I pytanie, czy to też jest dobre.
Jak się współpracuje ze Zbigniewem Jakubasem? Pan sam się określa jako osoba asertywna i umiem sobie wyobrazić, że to może być zaleta na początku współpracy, ale i sumująca się asertywność w relacjach z tak dużym właścicielem na dystansie może nieco tracić…
- Ja mam o tyle łatwiej, że od ponad 15 lat pracuję w dużym holdingu, gdzie mam do czynienia z właścicielem o podobnym profilu i nauczyłem się oczekiwań ze strony takiej osoby. Czasem w luźnych rozmowach słyszę od Zbigniewa Jakubasa: ja już nie mam pytań, bo pan mi dostarcza wszystko, czego ja oczekuję. Taka jest też moja rola - by dostarczyć właścicielowi takiej wiedzy, której potrzebuje i o którą chciałby zapytać. Osobiście jestem bardzo zadowolony z tej współpracy.










