Reklama

Reklama

Marcin Animucki: Ekstraklasa z potencjałem

- Naszym wzorem jest Bundesliga. Jej szefowie powiedzieli nam, że dziś zmagamy się z wyzwaniami, jakie przed nimi stały 8-10 lat temu – mówi w rozmowie z INTERIA.PL Marcin Animucki, wiceprezes Ekstraklasy.

INTERIA.PL Czy reforma rozgrywek zostanie na następny sezon?

Reklama

Marcin Animucki (wiceprezes Ekstraklasy): - Decyzje jeszcze nie zapadły. Już dziś jednak wiemy, że zmiana systemu dostarczyła nam wielu emocji. Już od 22. kolejki toczyła się walka na całego. Po podziale widać, że różnice punktowe w drugiej fazie są minimalne i do końca sezonu wszyscy będą grać o coś.

Jako organizator rozgrywek jesteście zadowoleni z tego eksperymentu?

- Jeszcze jest trochę za wcześnie, aby stawiać daleko idące wnioski. Było kilka celów zmiany systemu rozgrywek, miał on też swoje znaki zapytania. Zastanawiano się choćby, czy zawodnicy wytrzymają trudy tego sezonu. Zrobiliśmy pierwszy krok ku temu, aby nasi piłkarze dorównywali pod względem liczby rozegranych meczów najlepszym. Ligowcy cieszą się, że dostali możliwość rozegrania siedmiu dodatkowych meczów o stawkę, bo to zawsze lepsze niż sparingi czy treningi.

Czyli 37 meczów w sezonie to minimum dla Ekstraklasy?

- Czołowe ligi grają od 34 do 46 spotkań. Do tego dochodzą mecze w europejskich pucharach. Najlepsi mają zagwarantowane miejsca w fazach grupowych, my musimy przebijać się we wstępnych rundach już od pierwszych dni lipca.

Aby kluby były do tego przygotowane, liga powinna ruszać jak najwcześniej. Teraz rozgrywki zaczęły się 19 lipca, czy tak będzie też w sezonie 2014/2015?

- Niezależnie od tego, jak potoczy się sprawa systemu rozgrywek, w sezonie 2014/2015 liga wystartuje 18 lipca. Nie obawiamy się gorszej frekwencji. Kibice chętniej przychodzą na stadion latem, kiedy jest ciepło. W tym sezonie w wakacje mieliśmy średnią ponad 10 tysięcy fanów na każdym meczu. Wcześniejszy start to umożliwienie lepszego przygotowania się do gry w europejskich pucharach. W sezonie 2012/2013 Lech Poznań, który pierwszy mecz w Lidze Europy zagrał 5 lipca, a liga ruszała 17 sierpnia. To kuriozum, które wyeliminujemy na stałe.

Skąd wziął się pomysł na nietypowy podział ligi na dwie grupy?

- Śledząc to, co dzieje się w innych krajach, postanowiliśmy zaryzykować. W Europie kilka lig próbuje znaleźć inny projekt niż rozgrywanie sezonu systemem mecz i rewanż. Szukają przede wszystkim ci, którym sporo brakuje do najlepszej piątki na Starym Kontynencie. Nasz model jest bardzo odważny i muszę przyznać, że cała Europa przygląda się temu, co robimy. Podczas walnego zgromadzenia stowarzyszenia europejskich lig zawodowych w Atenach prezentowaliśmy zmieniony format naszej ligi. Zostaliśmy zaproszeni do mocnego panelu, razem z przedstawicielami Bundesligi, Premiership, ligi holenderskiej i szwajcarskiej. Wzbudziliśmy ciekawość, było wiele pytań. W Europie mniejsze ligi na razie nie mają jednego pomysłu, jak gonić czołówkę. Szukamy swojego miejsca w ligach rozwijających się. Prezes Bundesligi powiedział nam, że z podobnymi rozterkami zmagał się dziesięć lat temu. Pochwalił nas za ryzyko, które podjęliśmy.

Niektórzy twierdzą, że terminarz drugiej fazy jest niesprawiedliwy. Chodzi tutaj przede wszystkim o liczbę spotkań u siebie.

- Przyszedł mi do głowy przykład Chicago Bulls. Mieli świetne statystyki w sezonie zasadniczym, do tego handicap w postaci większej liczby meczów u siebie, a w play-off szybko odpadli z Washington Wizards, które gdyby nie znakomita końcówka sezonu zasadniczego miałby problem z grą w kolejnej fazie. W Stanach nikt nie narzekał. U nas im jesteś wyżej, tym więcej grasz meczów u siebie. To oddanie ducha sportowej rywalizacji. Do tego przy równej liczbie punktów pomiędzy dwiema lub więcej drużynami na koniec sezonu o miejscu w tabeli będzie decydować liczba punktów z rundy zasadniczej. 

Emocji na meczach jest więcej i choć frekwencja rośnie, to i tak na nowe stadiony rzadko są zapełniane chociażby w połowie.

- Jeśli chodzi o liczbę kibiców przychodzących na stadion jesteśmy na 15. miejscu w Europie, biorąc pod uwagę najwyższe klasy rozgrywkowe. Frekwencja rok do roku rośnie w różnych aspektach, choć nie możemy mówić tylko o "gołych" liczbach, bo trzeba pamiętać o ograniczeniach związanych z przebudową niektórych obiektów czy decyzjach wojewodów, którym zdarzało się zamykać stadiony w całości lub w ich sporej części. Od momentu, kiedy istnieje Ekstraklasa wzrost frekwencji jest prawie dwukrotny. Na dzisiaj mamy średnią na poziomie 8300-8500 na mecz, ponad dwa miliony kibiców w tym sezonie już oglądało mecze na żywo z trybun. Gorzej wyglądała publika na spotkaniach rozgrywanych w środy i czwartki. Widać, że nie jesteśmy do końca przygotowani, mówię także o kibicach, aby rozgrywać mecze w środku tygodnia. Takich kolejek musi być jak najmniej. Mimo wszystko mamy naprawdę ogromny potencjał wzrostu. Oczywiście największym magnesem będzie poziom sportowy. Wszyscy wiemy, że tutaj jest najwięcej do zrobienia.

A z tym poziomem nie jest najlepiej.

- Zależy kogo się słucha. Jeśli siedzimy przed telewizorem i zmieniając kanały śledzimy mecz Premiership i naszej ligi, to nie ma szans, aby nie znaleźć powodów do narzekań. Piłka w Polsce jednak bardzo się zmienia. Do Ekstraklasy coraz szerzej wchodzi grupa młodych piłkarzy, wychowanych w akademiach piłkarskich. Co czwarty piłkarz grający w lidze nie ma skończonych 21 lat. Do tego coraz mniej odstajemy pod względem fizycznym i technicznym. Brakuje nam gwiazd międzynarodowego formatu. Danijel Ljuboja ściągał na Legię co mecz 2-3 tysiące dodatkowych kibiców. Może to jest pomysł, by podnosić poziom? Na to jednak muszą odpowiedzieć sobie same kluby.

Piłkarze ze znanymi nazwiskami przychodzili nie tylko do Legii. W Wiśle odbija się to czkawką do dziś.

- Pensje są coraz częściej wynikiem realnych możliwości, a nie obietnic. To bardzo pozytywne. Wielu graczy woli przyjechać do Polski niż liczyć na kilkukrotnie większe pensje, ale tylko na papierze na Cyprze, w Grecji czy Turcji. Relacje na linii klub-zawodnik także normalnieją. Widać to chociażby po liczbie skarg piłkarzy do PZPN. Dzięki zdrowiej prowadzonemu procesowi licencyjnemu udało się to osiągnąć. Pewnie za jakiś czas kwoty kontraktowe znów pójdą w górę, ale kluby muszą wtedy zacząć więcej zarabiać dzięki transmisjom, sponsorom czy organizacji dniu meczowego. Co do nagłego wzrostu wydatków w latach 2010-2012, to jeszcze kilka lat temu kluby nie przywiązywały wielkiej wagi do prowadzenia polityki finansowej. Każdy chce walczyć o wysokie cele sportowe. Jeśli nie masz własnych piłkarzy na odpowiednim poziomie, musisz ściągnąć ich z zagranicy. Wiśle Kraków to się nie udało, zabrakło niewiele do awansu do Ligi Mistrzów i teraz klub jest w trudnym położeniu. Droga, którą obrał Jacek Bednarz, czyli samoregulacja i ograniczenie do minimum wsparcia właścicieli i słynnego dokapitalizowania, jest słuszna. Nie można wydawać więcej niż się zarabia. W długiej perspektywie daje to stabilność, a nie można cały czas liczyć na to, że właściciel da 50 mln złotych i problemy się rozwiążą.

W zarządzie Ekstraklasy S.A. zajmuje się pan m.in. kwestiami bezpieczeństwa. Dużo siwych włosów pojawiło się na pana głowie po meczu Legii z Jagiellonią?

- Wyciągnięto wiele pozytywnych wniosków z tej sytuacji. Z tego co mi wiadomo klub przeprowadził audyt bezpieczeństwa, wymienił pracowników na bardziej kompetentnych. Zmienił też się sposób samej organizacji spotkań, który pokazał, że Klub jest w stanie wyciągać wnioski z błędów. Już kilkanaście dni później we wspaniałej atmosferze odbył się mecz Legia-Lech.

Plotkowano, że stadion Legii został zamknięty tylko na jeden mecz właśnie dlatego, żeby spotkanie Legii z Lechem odbyło się z kibicami. Już wcześniej wiadomo było, że pokaże go TVP, a rozgrywanie szlagieru przy pustych trybunach byłoby strzałem w kolano.

- Jestem przeciwny zamykaniu stadionów. Decyzja o niewpuszczeniu kibiców na spotkanie z Wisłą przy Łazienkowskiej była niejako wspólna, klub przyjął ją ze zrozumieniem. Dzięki temu Legia przygotowała się lepiej do organizacji kolejnych meczów. 

Nierozwiązanym problemem pozostają race. Ostatnio cały świat obiegła fotografia palącego się kibica Zagłębia Lubin. Kiedy ten problem zostanie rozwiązany?

- Fakty są takie - w obowiązującym systemie prawnym używanie środków pirotechnicznych jest nielegalne. Tu należałoby postawić kropkę, bo jak ktoś łamie przepisy, nie powinno być dla niego miejsca na stadionie. Na razie sami kibice piętnują używanie petard hukowych, które są niczym innym jak tylko niebezpieczną, bezmyślną chuliganką.

Trwają prace nad zmianą o ustawie o bezpieczeństwie imprez masowych. Czy dopuści ona używanie materiałów pirotechnicznych na stadionach?

- Zmiany nie dotyczą jej liberalizacji, ale mają zwiększyć skuteczność działania przepisów. Chodzi o wprowadzenie przepisów, których ustawodawca nie przewidział w 2009 roku, ani przy późniejszej nowelizacji, kiedy zmiany wymuszone były organizacją Euro 2012. Przede wszystkim chcemy zmienić sposób identyfikacji osób przychodzących na mecze. Naszym zdaniem wystarczy do tego imię, nazwisko i PESEL. Konieczność gromadzenia wizerunku tylko zniechęca nowych kibiców do przyjścia na stadion. Do tego liczymy na to, że zostanie wprowadzona możliwość wpuszczania fanów na miejsca stojące. Tak jest chociażby w Bundeslidze.

Kibicom stwarzają też problemy karty kibica. Może rozwiązaniem byłoby wprowadzenie karty kibica Ekstraklasy, która umożliwiałaby kupno biletu na wszystkie mecze?

- To ciekawy pomysł, ale nie bierzemy go pod uwagę. Spełniamy dziś obowiązek ustawowy dotyczący centralnego systemu identyfikacji kibiców. Dopuszcza on tzw. wielostadionowość, czyli jedna osoba może kupić bilet na kilka obiektów. Nie zapominajmy jednak, że tutaj ostatnie słowo należy do organizatora, czyli klubu. To on może zdecydować, że np. na spotkanie Legii z Zawiszą nie będą sprzedawane bilety dla osób zameldowanych w województwie kujawsko-pomorskim. Ale tak też jest w innych krajach.

Rozmawiał: Krzysztof Oliwa

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Animucki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje