Reklama

Reklama

Lotto Ekstraklasa podpalana z wyrzutni racami przez szaleńców

Podczas wczorajszych derbów Krakowa pseudokibice Cracovii strzelali racami z wyrzutni nie tylko do fanów Wisły, ale do całej polskiej piłki klubowej - pisze w swym felietonie Michał Białoński.

W niedawnych derbach Zagłębia Ruhry Borussia Dortmund prowadziła 4-0 z Schalke 04 Gelsenkirchen. Kibice z Gelsenkirchen dziwnym trafem nie wpadli na pomysł, by już przy wyniku 3-0 prać pirotechniką w fanów rywala. Ani im to było w głowie. Dopingowali swój zespół z całych sił, zdzierali gardła. Skończyło się słynnym na całą Europę powrotem, wyrównaniem na 4-4. Meczem, który stworzył historię. Wspaniałą.

U nas "fani' też stworzyli historię. Haniebną. Cracovia przegrywała z Wisłą 0-3 na początku II połowy. Grupkę frustratów kibicujących "Pasom" mecz przestał interesować. Postanowili zrobić zadymę. Pod osłoną flagi, na sektorze najbliższym trybunie gości, zainstalowali wyrzutnię petard i rac. Urządzili sobie strzelaninę jak do kaczek. Pirotechnika z wyrzutni leciała z takim impetem, że po trafieniu w głowę, nie daj Boże w oko, mogła ranić i to poważnie. Musieli zdawać sobie sprawę z tego, że celowo polują na zdrowie drugiego człowieka. Walisz płonącą racą w 700-osobowy tłum, to musisz się liczyć z tym, że kogoś zrobisz kaleką. Wyślesz go do szpitala, skażesz na ślepotę.

Atak trwał pięć-dziesięć minut i nikt nic nie zrobił, by ująć sprawców na gorącym uczynku, przykładnie ich ukarać. Policja pojawiła się o wiele za późno. Wiadomo, kulawa w takich sytuacjach Ustawa o Bezpieczeństwie Imprez Masowych, zabrania jej automatycznej obecności na obiekcie, nawet podczas wydarzenia o podwyższonym ryzyku. Dlaczego jednak nie została wezwana na pomoc, gdy zaczęło się instalowanie wyrzutni, a już z pewnością powinno się to odbyć po pierwszym strzale.

Wypadło to fatalnie: człowiek walił czym popadnie w człowieka i nikt mu nie przeszkadzał. Strażacy salwowali się ucieczką, by nie dostać po głowie.

Grupka zadymiarzy strzelała nie tylko do  700 kibiców Wisły. Oni zaatakowali całą polską piłkę, wysiłek wszystkich, którzy próbują ze słabej sportowo Ekstraklasy uczynić produkt, dla którego całe rodziny powinny chodzić na stadiony, sponsorzy nie szczędzić pieniędzy, a główny nadawca - pobijać rekordy oglądalności, a co za tym idzie, płacić klubom coraz więcej. Na pewno wyższego kontraktu telewizyjnego nie uda się uzyskać z szyldem "jedynej ligi w Europie, na meczach której kibice ładują do siebie wyrzutniami".

Reklama


Wydaje się, że nadszedł moment, w którym same kluby powinny powiedzieć temu "basta". Zbyt dużo jest w Ekstraklasie zgniłych kompromisów ze środowiskami, które przypominają bombę z opóźnionym zapłonem. Te wszystkie oddane im cateringi, sklepy z pamiątkami i inne przywileje, na czele z najtańszymi biletami, włodarzom klubowym zapewniają pozorny spokój: grupa trzymająca władzę na trybunach ich przecież nie zbojkotuje. Ten spokój kończy się takimi incydentami, jak te, których byliśmy świadkami podczas meczu Legia - Borussia Dortmund, z harcami bojówek przez trybunę honorową, czy strzelanina szaleńców identyfikujących się z Cracovią, rozpoczęta w 57. min derbów.

Frustracja wzięła górę nad rozsądkiem i żaden z napastników nie zaciągnął ręcznego. Nie zapaliła mu się czerwona lampka: oto właśnie, przez nasz występek, właściciel i sponsor w jednym, zapewniający stabilizację najstarszemu polskiemu klubowi może pomyśleć - "Po co mi to wszystko? Oni kogoś zranią, zabiją podczas meczu, a to ja pójdę do więzienia jako organizator!?"

- Faktycznie, ci którzy doprowadzili do przerwania tego meczu zaszkodzili Cracovii, a nie nam. Bo to przecież jej zależało na odrabianiu strat. My prowadziliśmy 3-0 - podkreślał po meczu strzelec dwóch goli Jesus Imaz.

Gdy bezsilnie spoglądałem na strzelanie racami do bezbronnych ludzi, przypomniała mi się niedawna obrona rac w wykonaniu szefa rady nadzorczej Ekstraklasy SA Karola Klimczaka. - Prawo zakazujące pirotechniki jest fikcją, bo i tak wszyscy jej używają - argumentował Klimczak, który jest przecież świetnym menedżerem Lecha. W sprawie rac mylił się, i to grubo. Derby Krakowa potwierdziły to po raz kolejny. Polski kibic, a raczej pseudokibic, nie dojrzał do pirotechniki. W jego rękach raca nigdy nie będzie bezpieczna.

Michał Białoński 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje