Liga Europy. Waldemar Jaskulski: Ze Standardem Lech ma największe szanse
Były reprezentant Polski i piłkarz Standardu, Waldemar Jaskulski mówi o starych, "dziwnych" czasach. Mecz Lecha Poznań ze Standardem Liege w czwartek, 4 listopada o 18:55. Transmisja w Polsacie Sport Premium 1 i na platformie IPLA.

Maciej Słomiński, Interia: Ciężko pana znaleźć, co pan porabia?
Waldemar Jaskulski, 13-krotny reprezentant Polski: - Pracuję w zakładach chemicznych w Policach. Tu też mieszkam.
Historia zatoczyła koło, bo poważną karierę piłkarską zaczynał pan właśnie w Chemiku Police.
- Poszedłem do wojska. Grałem w innym Chemiku, tym z Bydgoszczy i jakimś cudem wypatrzył mnie trener policzan Wiesław Durda. To był emerytowany wojskowy i swoimi kanałami sprawił, że trafiłem do wojska właśnie w Policach.
Powołanie do reprezentacji dostał pan, gdy przesunięto pana z drugiej linii na pozycję stopera. Czyj to był pomysł?
- W sezonie 1993/94 trenerem Pogoni Szczecin początkowo był Romuald Szukiełowicz i za jego kadencji to się stało. Trener powinien decydować o sprawach boiskowych, chociaż w naszej lidze różnie bywa. Rok wcześniej "Portowców" prowadził Leszek Jezierski i to podobno on, "Napoleon" podpowiadał władzom klubu taką roszadę. Można gdybać, pewnym jest, że ta zmiana wyszła mi na dobre. Gdyby nie ona raczej bym w kadrze nie zagrał.
Gra w kadrze i mistrzostwo Polski z Widzewem Łódź zaowocowały transferem do Standardu Liege, który teraz w Lidze Europy zmierzy się z Lechem Poznań. Były inne propozycji poza tą z Belgii?
- To były dziwne czasy. W Pogoni dyrektor klubu mówił o kierunku niemieckim. Był gdzieś temat TSV Monachium, gdzie grał mój kolega z reprezentacji, Piotrek Nowak. Oficjalnie zgłosił się Standard i tam poszedłem.
W transferze brał udział Włodzimierz Lubański, ale dziś nie składacie sobie chyba życzeń świątecznych.
- Pan Lubański był jaki był. Pomógł tyle, co mógł. Byliśmy w dziwnym układzie, po roku podpisałem kontrakt bez jego pomocy. Pretensji żadnych po latach nie żywię. Niech sobie Pan Włodek w spokoju żyje.
Co pan zastał w Liege?
- To już nie czasy komuny, że na mityczny zachód jechało się z otwartą buzią. Miasto Liege nie zachwycało. Centrum w miarę zadbane, poza tym to miasto fabryczne.
A sportowo?
- Nie miałem problemu z grą. Poziom trochę wyższy niż w naszej lidze. Języka na początku nie chciało mi się uczyć, po dwóch latach załapałem i radziłem sobie bez problemu.
Jacy zawodnicy grali wtedy w Standardzie?
- Był Andrzej Kubica, który po pół roku został wypożyczony do Nicei, z którą zdobył Puchar Francji. Byli bracia Mpenza. Emile był lepszym piłkarzem od Mbo, dwa zupełnie inne charaktery, inni ludzie.
Nie byliście z Kubicą jedynymi Polakami w lidze belgijskiej.
- W pierwszym moim sezonie Andrzej Rudy z Lierse zdobył mistrzostwo Belgii. Przyjechali na mecz ostatniej kolejki do nas, wygrali 3-0, zapewniając sobie ostatni do dziś krajowy tytuł. Andrzej nawet się wtedy nie przebrał w strój piłkarza.
Standard grał wtedy w połowie ligowej stawki.
- To było sporo poniżej aspiracji tego klubu. Na samym początku mojego pobytu w Belgii przegraliśmy w finale Pucharu Intertoto z niemieckim Karlsruhe. Wygraliśmy 1-0 u siebie, by ulec 1-3 na wyjeździe, u rywali pierwsze skrzypce grał filigranowy Thomas Hassler.
Transfer do Belgii oznaczał dla pana koniec kariery reprezentacyjnej. Z Orłem na piersi zagrał pan 13 razy. Dużo to czy mało?
- Reprezentacja Henryka Apostela, u którego grałem najwięcej, właśnie się kończyła, po nim nastał Antoni Piechniczek. Po meczu w Moskwie (0-2 z Rosją) rozmawialiśmy chwilę z Piechniczkiem, selekcjoner zapraszał mnie na zgrupowanie w Wiśle, ale byłem zajęty organizacją wyjazdu do Belgii. Dziwne rzeczy się działy podczas tego wyjazdu do Moskwy. Andrzej Juskowiak, Wojciech Kowalczyk i Tomasz Iwan zrezygnowali wtedy z gry w kadrze. Grałem w Belgii dużo i dobrze, byłem do dyspozycji selekcjonera, ale telefon milczał.
W najbardziej pamiętnym meczu ery Apostela, z Francją w Paryżu, pan nie zagrał.
- Pojechałem do Warszawy, pan doktor uznał, że kontuzja nie pozwala mi grać. A może pauzowałem za kartki? Nie pamiętam już, tyle lat minęło. Andrzej Woźniak bronił fenomenalnie, za darmo "Księciem Paryża" nie został, chociaż akurat co miał złapać, to wpuścił. Bywa i tak.
Śledzi pan rodzimą Ekstraklasę?
- Tak, na ile czas pozwala. Jednak jak oglądałem ostatnio mecz Warty Poznań z Legią Warszawa, to się zdołowałem. Najbardziej oczywiście interesują mnie losy Pogoni, mieszkam niedaleko. Z kolegą z boiska, Adam Beneszem obiecujemy sobie, że jak stanie nowy stadion to wspólnie się wybierzemy.
Muszę pana spytać o mecz Lecha ze Standardem. Obie drużyny zanotowały po dwie porażki w grupie Ligi Europy, zagrają o zachowanie szans na awans.
- Nie widzę niestety wielkich szans, by Lech wyszedł z tej grupy. Widzieliśmy, że Rangers są za mocni, nie mówiąc już o Benfice, która jest poza zasięgiem. Standard gra solidną piłkę, co rzuciło mi się w oczy, to że próbują rozgrywać akcje bokami, mają ciekawych skrzydłowych. Nie jestem w stanie przewidzieć wyniku. Lech ma bardzo fajny, młody zespół tylko samą młodością meczu się nie wygra. Co wystarcza na naszą ligę, na rozgrywki europejskie może być za mało. Ze Standardem Lech ma największe szanse z grupowych rywali.
Rozmawiał Maciej Słomiński








