Legia... znów wzbudza strach. Tylko nie wiadomo, co dalej
Legia Warszawa nie przegrała już od dziewięciu spotkań, ale brak zwycięstwa w ostatnim z tych meczów z bardzo dużym prawdopodobieństwem kosztował ją utratę ostatniej szansy na wskoczenie do pociągu, który mógłby skończyć swój bieg w europejskich pucharach. Jednocześnie kolejne kluby przyjeżdżając na Łazienkowską znów zaczęły ją traktować jak drużynę z ligowej czołówki. Największe wyzwanie dopiero się jednak zacznie, bo pojawia się cała masa pytań, jak zbudować zespół na nowy sezon. I za co.

Trzy tygodnie temu po meczu z Rakowem Częstochowa, Interia zadała Markowi Papszunowi pytanie o największe zaskoczenie podczas dotychczasowego pobytu w Legii. Trener wskazał na poziom mentalny drużyny - znacznie gorszy, niż można było zakładać. Jego odbudowanie po koszmarnej rundzie jesiennej stało się dla niego większym wyzwaniem, niż zarządzanie składem, czy wdrażanie swojej wizji na grę. Obserwując mecze Legii, można jednak mówić o jeszcze jednym aspekcie - Legia od pewnego momentu rundy wiosennej znów wzbudza u rywali obawę.
Każdy chce się bronić
Ostatnim przeciwnikiem, który przyjechał na Łazienkowską, by grać w miarę otwarty i nastawiony na zdobywanie goli futbol, była Wisła Płock - ekipa, która w tym sezonie słynie z... defensywy. Płocczanie wyglądali na tle Legii bardzo dobrze, w pewnym momencie osiągnęli taką przewagę, że cząstkowa statystyka strzałów z tego okresu gry wynosiła 7:0 na ich korzyść i przyniosła im gola wyrównującego (wcześniej Legia prowadziła po trafieniu Rafała Adamskiego). Strzelec bramki Wiktor Nowak nawet szczególnie nie celebrował, a zamiast tego, wziął piłkę pod pachę i pobiegł z nią na środek boiska. Wisła czuła, że Legię można pokonać. Skończyło się inaczej, po ciosie w końcówce przegrała, co było pierwszym zwycięstwem Marka Papszuna w nowych barwach. Reszta ligi dostała sygnał, że Legia jest w stanie się odgryźć i ten sygnał do dziś jest aż nadto widoczny. Po Wiśle Płock na Łazienkowską przyjechały trzy drużyny i żadna z nich nie zdecydowała się odważnie zaatakować. Cracovia nawet nie próbowała wystawić nosa zbyt daleko, Raków strzelił szybkiego gola z dużego przypadku, a później przeszedł do obrony własnego pola karnego (Legia wyrównała), a teraz Górnik ewidentnie przyjechał po remis 0:0, by po stracie gola w 82. minucie, wyciągnąć wynik na 1:1 w ostatniej akcji.
Zostawiając gdzieś z boku same wyniki, to jest największa różnica między Legią z jesieni, a Legią z wiosny - bez względu na jej pozycję w tabeli, przyjście i styl Marka Papszuna wzbudzają w rywalach na tyle duży respekt, że Legię znów się trochę jak drużynę z czołówki. Górnik Zabrze, sam będący dziś czołową polską ekipą, finalistą Pucharu Polski ze stratą zaledwie trzech punktów do pierwszego miejsca w Ekstraklasie, grał tak, by dowieźć 0:0. Pod bramką Legii nie działo się nic, a dopiero po golu Rafała Augustyniaka z rzutu karnego okazało się, że można Legii zagrozić - trzy z siedmiu strzałów, jakie Górnik oddał w całym meczu, miały miejsce po tym, jak Legia wyszła na prowadzenie w samej końcówce. Swoją drogą to już kolejny mecz Legii, którego nie wygrywa, mimo że rywal w tygodniu był zaangażowany w inne spotkanie. Trzy tygodnie temu takim meczem był ten z Rakowem, gdy Raków trzy dni wcześniej grał z Fiorentiną, a jeszcze wcześniej Legia też nie wygrała z Jagiellonią, mimo że ta miała w nogach 120 minut we Florencji.
Kadra jednak bez wielkiej rewolucji?
Realnie Legia powoli może się szykować do następnego sezonu, wiedząc, jak on będzie wyglądał. W teorii wciąż jest zaangażowana w walkę o utrzymanie, bo przewaga nad strefą spadkową wciąż jest minimalna, ale patrząc na krzywą wznoszącą i fakt, że Legia od dziewięciu meczów nie przegrała, powoduje, że strach o ligowy byt nie powinien być ogromny. Przed meczem z Górnikiem na moment wydawało się, że są nawet powody, by ponownie uwierzyć europejskie puchary, bo przecież pierwszy raz na głos te dwa słowa wypowiedział wtedy sam Marek Papszun - dodając założenie, że stanie się to realne, jeśli Legia wygra najbliższe dwa domowe mecze: z Górnikiem i Zagłębiem. Warunek nie został spełniony, strata do czołowej piątki urosła do ośmiu punktów, co przy sześciu meczach do końca sezonu wydaje się mało realne do odrobienia. W ten sposób można otworzyć dyskusję o tym, jak miałaby wyglądać kadra Legii na kolejny sezon, bo w połowie kwietnia z bardzo wysokim prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że Legia będzie ją budowała pod grę w Ekstraklasie i bez Ligi Konferencji. Przy ograniczeniach finansowych.
Na liście zawodników, którym kończy się kontrakt, widnieją między innymi nazwiska Artura Jędrzejczyka, Jeana-Pierra Nsame, Bartosza Kapustki, Patryka Kuna, Rafała Augustyniaka, Radovana Pankova, Kacpra Tobiasza i Jurgena Elitima (Ermala Krasniqiego nie liczymy, bo trudno spodziewać się, by to wypożyczenie miało zostać skonsumowane transferem). Z jednej strony to piłkarze, którzy przyłożyli rękę do zimowania w strefie spadkowej, z drugiej... jak nie oni, to muszą przyjść inni. A wątpliwe, że Legię będzie stać na duże ruchy. Drużyna już zimą potrzebowała wzmocnień i zdecydowała się na dwa - pozyskano bramkarza Otto Hindricha oraz Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Sporo to mówiło o finansach klubu.
Na początku rundy wydawało się, że rewolucja kadrowa pod przyszły sezon będzie szeroka, jednak z biegiem rundy wiosennej można zadawać sobie pytanie, czy na pewno. Negocjacje z Rafałem Augustyniakiem z jesieni można by odpuścić, ale dzisiejszy Rafał Augustyniak daje drużynie całkiem sporo po zmianie pozycji na środkowego obrońcę. Patryk Kun też dużo zyskał na przyjściu Marka Papszuna (i przede wszystkim Legia zyskała nowego Patryka Kuna), ale gdy spojrzymy całościowo na karierę tego piłkarza w Warszawie, nie wyglądało to najlepiej. Do Jurgena Elitima Papszun miał kilka publicznych uwag, ale w weekend był to jest jeden z lepszych piłkarzy przeciwko Górnikowi. Nsame w teorii by się przydał, bo Legia w ataku ma swoje problemy, ale z drugiej strony nawet przy tych problemach i po wyleczeniu kontuzji, on już teraz siedzi na ławce. Artur Jędrzejczyk jako postać w szatni to pewnie duża osobowość, ale z Górnikiem wszedł na utrzymanie wyniku i nie było to skuteczne wejście - to on ostatecznie przegrał walkę w powietrzu z Pawłem Bochniewiczem, który głową doprowadził do remisu.
Mamy tutaj całą masę niejednoznacznych postaci i dziś trudno powiedzieć, jak Legia to poukłada pod następny sezon. Można orientacyjnie zerknąć w kierunku ostatniego katastrofalnego sezonu, gdy Legia też biła się o utrzymanie i musiała łatać budżet po braku awansu do europejskich pucharów. Okno transferowe sprzed czterech lat było zaskakująco dobre w tym kontekście: przyszedł Carlitos jako transfer gotówkowy plus udało się wykupić Maika Nawrockiego, a z wolnych transferów Legia ściągnęła m.in. Rafała Augustyniaka, Pawła Wszołka i Blaża Kramera. Na polskie warunki nie najgorzej, choć oczywiście nie było to też takie okno, po którym by zaczęły opadać szczęki.
Przyczyny zapaści są znane
Legia wciąż jest zagrożona spadkiem, jednak w przypadku doprowadzenia sezonu do szczęśliwego końca, dopiero ten następny da odpowiedź, czy zatrudnienie Marka Papszuna może stać się lekarstwem na całe zło, które toczy ten klub od dawna. "Legii od środka nie rozbija niezaspokojona konieczność zdobycia mistrzowskiego tytułu, tylko konieczność przetrwania" - pisaliśmy w grudniowym tekście, w którym wyjaśnialiśmy, skąd wzięła się zapaść.
Jeszcze jeden fragment tamtego tekstu: "Legię od kilku innych polskich klubów - Rakowa, Lecha, czy ostatnio Widzewa, a nawet Jagiellonii - dzieli jedno: brak spokoju finansowego. Jeśli któryś z wymienionych wyżej klubów nie załapie się do europejskich pucharów, będzie w stanie funkcjonować na nie gorszym poziomie, niż w feralnym sezonie bez awansu. Dziurę w Rakowie czy Widzewie zasypie majętny właściciel (o ile rzecz jasna nie zmieni swoich planów względem klubu), a w Poznaniu czy Białymstoku rezerwy budżetowe są na tyle godne, że będzie można uniknąć działania w panice. W przypadku Lecha i Rakowa widać to zresztą na żywym przykładzie - po tym, jak kluby te zdobyły mistrzostwo Polski, a rok później psuły sezon (co skutkowało potężnymi ciosami w budżet), i tak bardzo szybko wracały do gry o kolejny tytuł - Lech go nawet odzyskał, Rakowowi brakło punktu. Jednocześnie dziś oba te kluby dysponują potężnymi w polskiej skali kadrami - bez wymuszonej po drodze konieczności dokonywania masowej wyprzedaży.
Legia tego spokoju finansowego nie ma, co powinno być bezpośrednim wyrzutem sumienia Dariusza Mioduskiego. To szereg jego decyzji po awansie do Ligi Mistrzów sprzed niemal dekady doprowadził do genezy zdarzeń, które obserwujemy po latach. W Legii Dariusza Mioduskiego odbywało się zatrudnianie trenerów, którzy nawet nie byli trenerami, podpisywanie kontraktów z piłkarzami, którzy nie byli w stanie dowieźć celu, jakim była gra w fazie grupowej europejskich pucharów - skutkiem czego była trzyletnia przerwa w Europie i załamanie finansów. Do tego wszystkiego doszedł brak realnej ścieżki rozwoju dla młodzieży kształcącej się w jednym z najnowocześniejszych centrów treningowych w Europie (nie bez powodu najzdolniejsza legijna młodzież uciekała do innych klubów, które następnie zarabiały krocie na sprzedawaniu tych piłkarzy dalej). W skrócie: Legia generowała koszty, nie rekompensując ich przychodami. Zadłużenie rosło i do dziś - nawet gdy Legia zalicza w teorii mocne okno transferowe - jest niczym kamień przymocowany do liny obwiązanej wokół pasa. Ciągnie w dół. Już pal sześć to, co wydarzyło się w poprzednim dziesięcioleciu. Gorzej, że mając segregator pełen wniosków, klub jest kierowany na podobną modłę w kolejnym".













