Legia znokautowana jeszcze przed przerwą. Trzy kroki Lecha do tytułu
Mecze Lecha Poznań z Legią Warszawa często decydowały o losach mistrzostwa Polski, ale ten sezon jest wyjątkowy. "Kolejorz" rzeczywiście znów walczy o tytuł, jego największy rywal zaś... broni się przed degradacją. Przy Bułgarskiej ponad 40 tysięcy kibiców oczekiwało spektaklu. A dostało koncert jednej drużyny. Już po pierwszej połowie obrońca tytułu prowadził 4:0, a Legia od 20. minuty grała w dziesiątkę. Do końca sezonu zostały cztery kolejki, Lechowi do dziesiątego mistrzostwa kraju potrzebne są jednak tylko co najwyżej trzy zwycięstwa.

Wiele było w XXI wieku meczów Lecha z Legią - czy to w Poznaniu, czy też w Warszawie - nazywanych już po fakcie "kitami", a nie "hitami". Kończonych remisami 0:0 czy jednobramkowymi zwycięstwami którejś z tych drużyn. Nawet, a może zwłaszcza wówczas, gdy jedni i drudzy walczyli o tytuły. A te zwykle ostatecznie jechały do stolicy.
Jesienią w Warszawie też tak było, ale wtedy obie ekipy mogło tłumaczyć to, że walczyły w Lidze Konferencji. Dziś stawka była zupełnie inna. Lech jest liderem, choć po piątkowej wygranej w Białymstoku dogonił go punktami Górnik Zabrze. A Legia broni się przed spadkiem. Marek Papszun i tak poprawił sytuację drużyny, od 1 lutego nie przegrała spotkania, choć większość z tych dziesięciu zremisowała. Przy Bułgarskiej faworytem nie była, niemniej presja spadała dziś raczej na Lecha. A z drugiej strony - Papszun, z Rakowem, wygrał na tym stadionie... pięć ostatnich potyczek.
Zwycięstwo bowiem pozwalało "Kolejorzowi" uciec na trzy punkty od Górnika Zabrze, a ma od tej drużyny lepszy bilans bezpośrednich spotkań. Do końca sezonu "Kolejorzowi" zostały cztery spotkania: w Lublinie, z Arką w Poznaniu, w Radomiu. I wreszcie na koniec z Wisłą Płock przy Bułgarskiej. Wystarczyłyby trzy zwycięstwa.
Lech Poznań - Legia Warszawa. Polski klasyk rozstrzygnięty już w pierwszej połowie
Tymczasem gdy pojawiły się składy obu zespołów, kibice Lecha przecierali oczy. Na ławce rezerwowych znalazł się Antonio Milić, na środku obrony - Robert Gumny. A przecież Papszun ma w ataku dwie wieże: Rafała Adamskiego i Miletę Rajovicia. A do tego jeszcze niepokorny Timothy Ouma zajął miejsce zawieszonego za kartki Pablo Rodrigueza w środku pomocy. Piłkarz, którego Niels Frederiksen nie zabrał nawet na obóz przed sezonem. Luis Palma czy Filip Jagiełło oglądali zaś grę z boku.

Tymczasem duński szkoleniowiec miał nosa - Kenijczyk stał się jednym z bohaterów "Kolejorza".
To spotkanie miało dwa kluczowe momenty, pierwszy nastąpił już po upływie dwóch minut. Patrik Walemark zagrał do Aliego Gholizadeha - Irańczyk znów w meczu z Legią huknął w ten sam, dalszy narożnik. A Otto Hindrich niewiele mógł zrobić.
Lech więc prowadził, Legia starała się go nękać wysokim pressingiem - w stylu podobnym do tego, którym zaskoczył mistrzów Polski dwa tygodnie temu GKS Katowice. Tyle że dziś pod bramką Bartosza Mrozka zagrożenia praktycznie nie było.
A w 18. minucie doszło do tego drugiego kluczowego zdarzenia. Rafał Augustyniak chciał wybić piłkę przed Leo Bengtssonem, był trochę spóźniony. Sam wślizg zapewne nie spowodowałby nic więcej niż żółta kartka, taką zresztą pokazał sędzia Piotr Lasyk. Tyle że drugą nogą przygniótł staw skokowy Szweda. I po interwencji VAR Lasyk zmienił swoją decyzję - wyrzucił kapitana Legii z boiska.
Papszun zareagował w nieco zaskakujący sposób - zdjął z boiska nie Rajovicia, ale znacznie szybszego od niego Adamskiego. Legia straciła atut w przypadku kontrataków. A defensywę musiała wzmocnić, stąd wejście Artura Jędrzejczyka.

Tyle że niewiele to dało. Lech karcił rywala prostopadłymi podaniami. W 31. minucie kluczowe okazało się akurat dośrodkowanie Gholizadeha na środek pola karnego i dość przypadkowe odbicie po walce Gurgula. Mikael Ishak podwyższył na 2:0. Jeszcze gdy obie ekipy grały w komplecie, kapitan Lecha też miał sytuację sam na sam, wtedy jednak lepszy okazał się Hindrich.
A przed przerwą Legia była już rozbita całkowicie. Najpierw Ouma zagrał między obrońcami do Walemarka, strzał Szweda odbił bramkarz Legii. Ale dobitki Michała Gurgula już nie mógł. Obrońca Lecha wielokrotnie włączał się do ofensywy, niemiłosiernie uciekał Pawłowi Wszołkowi.
A później na 4:0 podwyższył Ishak, po kapitalnym zagraniu Joela Pereiry.
Minęła pierwsza połowa, spotkanie zostało już rozstrzygnięte. Można się było jedynie zastanawiać, czy Legia nie dozna historycznej porażki. Choć już taka była - w Poznaniu tylko dwukrotnie przegrywała w lidze trzema bramkami: 1:4 w 1949 roku i 2:5 w poprzednim sezonie.
Goście już tylko głęboko się bronili, rzadko kontrowali. Choć w 49. minucie Damian Szymański miał w końcu dobrą sytuację, ale jego strzał zablokował Pereira. A Lech cisnął, ale bez wykończenia tych akcji. Choć pogromu odwiecznego rywala domagała się zdecydowana większość z niemal 41 tys. kibiców.

Skończyło się na 4:0, choć chyba żaden z kibiców gospodarzy nie narzekał. Były owacje dla Gholizadeha przy jego zmianie, był powrót po ponad rocznej przerwie Radosława Murawskiego. I był debiut w ekstraklasie 17-letniego Huberta Janyszki.
Lech musi więc jeszcze wykonać trzy kroki, by obronić tytuł. A może mniej, choć to zależy też od innych wyników, przede wszystkim - Górnika Zabrze.
W Warszawie znów zaś będą drżeć. I z uwagą patrzeć na wynik poniedziałkowego spotkania Piasta z Arką. Strefa spadkowa, na cztery kolejki przed końcem, jest tylko punkt za Legią...













