Legia zaskoczona w Białymstoku. Nagle zwrot akcji. Zaważyły dwa gole samobójcze
Po historycznym boju w Lidze Konferencji Jagiellonia wróciła na krajowe podwórko. W niedzielne popołudnie do Białegostoku przyjechała Legia, która jak na razie walczy o utrzymanie. Goście przegrywali już 0:2, wszystko wskazywało na to, że poniosą kolejną porażkę. Tymczasem zdołali doprowadzić do wyrównania po... dwóch golach samobójczych rywali. Koniec końców obie ekipy podzieliły się punktami.

W czwartek Jagiellonia Białystok była bardzo bliska dokonania rzeczy wręcz niewykonalnej. Ekipa Adriana Siemieńca po upływie regulaminowego czasu gry wygrywała z Fiorentiną na wyjeździe 3:0, co oznaczało, że odrobiła straty z pierwszego spotkania. Niestety w dogrywce pojedyncze akcje zaważyły o końcowym rezultacie. Przedstawiciel Ekstraklasy wygrał 4:2, ale dwumeczu to Włosi okazali się lepsi.
Trzy dni po starciu w Lidze Konferencji Jagiellonia na własnym stadionie gościła Legię. W stolicy trwa kryzys, który w ostatnim czasie został nieco zażegnany. 21 lutego warszawski zespół wygrał pierwszy mecz w lidze od 28 września (2:1 z Wisłą Płock), wcześniej zanotował dwa remisy z rzędu. To jednak nie wystarczyło, aby "Wojskowi" wykaraskali się ze strefy spadkowej. Przed niedzielnym hitem 23. kolejki zajmowali 16. miejsce (24 pkt).
Jagiellonia wygrywała już 2:0. Potem Legia wróciła do żywych
Niektórzy kibice i eksperci twierdzili, że trzy doby nie wystarczą, aby Białostoczanie odpowiednio się zregenerowali. Ich zdaniem to właśnie aspekt fizyczny i wydolnościowy miał być po stronie Legii, która na odpoczynek - w odróżnieniu do gospodarzy - miała aż tydzień.
Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. W pierwszych fazach spotkania drużyna Marka Papszuna faktycznie kreowała okazje, jej tempo gry było nieco szybsze. Tymczasem Białostoczanie w bardzo wyrachowany sposób czekali na swoje momenty, w których okazali się bezlitośni. W 17. minucie Jagiellonia wyszła na prowadzenie po cudownym uderzeniu z dystansu autorstwaLeona Flacha. Niemiec strzelił technicznie, bardzo precyzyjnie. Przy okazji asystę zanotował Bartosz Mazurek, czyli strzelec hat-tricka we Florencji.
Niedawni uczestnicy Ligi Konferencji nie ściągali nogi z gazu. Zaledwie pięć minut później piłkę do siatki z bliskiej odległości, po wcześniejszym sparowaniu przez bramkarza Legii, wpakowałAfimico Pululu. Cała akcja - rozpoczęta na własnej połowie - była fenomenalna. Trudno nie zachwycać się nad grą Jagiellonii. Gwiazdor "Dumy Podlasia" rozgrywał świetne spotkanie. Niedługo później po jego strzale głową futbolówka odbiła się od poprzeczki, mogło być 3:0. Wcześniej dobrą interwencją popisał się Otto Hindrich, który stał między słupkami Legii kosztem Kacpra Tobiasza.
Było 2:0. Jagiellonia niemal całkowicie kontrolowała to, co dzieje się na boisku. Na pochwały oprócz strzelców goli zasłużył również Kajetan Szmyt. 23-latek kąsał rywali na lewym skrzydle, biła od niego jakość.
Warszawianie mieli swoje momenty - zazwyczaj za sprawą niezłych dośrodkowań Patryka Kuna z lewego wahadła. Tuż przed przerwą goście niespodziewanie zdobyli bramkę kontaktową. Z rzutu wolnego dośrodkowywał Kacper Chodyna. Chwilę później niefortunnie we własnym polu karnym interweniował Bernardo Vital. Portugalczyk przy pomocy głowy skierował piłkę do siatki Sławomira Abramowicza.
W ten sposób zespół Papszuna został podłączony do prądu, choć przez 45 minut nie potrafił oddać celnego strzału. Mimo to nie zanosiło się, że Legia będzie w stanie odwrócić losy niedzielnego starcia.
Po rozpoczęciu drugiej odsłony w grze "Wojskowych" wreszcie "coś drgnęło". Wyróżniał się przede wszystkim Wahan Biczachczian, był strzał w słupek, były niezłe okazje. I w końcu było też wyrównanie. W 57. minucie drugi z zawodników Jagielloni zdobył bramkę samobójczą. Tym razem był nim bohater z pierwszej połowy - Leon Flach. Po cichutku Legia wróciła do niedzielnego hitu, z 0:2 na 2:2 - nadal bez celnej próby uderzenia. Tak czy inaczej goście zaczęli prezentować się zdecydowanie lepiej, nie odstawali od zespołu Siemieńca.
Intensywność po obu stronach nieco wyhamowała. W 69. minucie niewiarygodne pudło zanotował Mileta Rajović. Ściągnięty za trzy miliony euro Duńczyk z dwóch metrów od linii bramkowej zablokował swój strzał... własną nogą.
Nie było już zdecydowanego kreatora. Zarówno Legia, jak i Jagiellonia korzystały z ataku pozycyjnego i kontr. Przed 80. minutą to stołeczny klub był zdecydowanie bliższy objęcia prowadzenia. Ostatecznie nie oglądaliśmy już żadnych trafień na stadionie przy ul. Słonecznej. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2.
W tej sytuacji Jagiellonia pozostaje liderem (38 pkt), a Legia wciąż zajmuje 16., czyli spadkowe miejsce (24 pkt).












