Reklama

Reklama

Legia Warszawa - Lech Poznań 2-1. "Kolejorz" rośnie i... upada. Gdzie zmierza poznański projekt?

W Warszawie Legia pokonała Lech Poznań i udowodniła, że łatwo nie odda miana najlepszej polskiej drużyny. Mistrzowie Polski muszą jednak mieć się na baczności, bo "Kolejorz" ma dziś wszystko, aby Legii odskoczyć tak, jak ta miała uczynić to po awansie do Ligi Mistrzów. Z drugiej strony: jeśli w Poznaniu szybko nie zabiorą się za odrabianie ligowych strat, za rok może ich zabraknąć w pucharach.

Gdy w 2016 roku Legia Warszawa zremisowała 1-1 z Dundalk FC i tym samym otworzyła wrota do Ligi Mistrzów, niejeden ekspert przewidywał, że zastrzyk gotówki z Champions League doda warszawskiej drużynie nadludzkich sił i pozwoli jej odskoczyć od ekstraklasowych rywali. Wizja wielkiego skoku nie musiała być wcale football fiction, bo tylko za europejski sezon 2016/17 na konto Legii przelano 120 mln zł, czyli więcej niż wynosił wówczas budżet Lecha Poznań, najgroźniejszego rywala mistrzów Polski.

Reklama

Dziś wiadomo już, że Legia nie tylko nie odskoczyła, ale wręcz przykucnęła. I zamieniła się miejscami z "Kolejorzem", który dziś jako jedyny polski klub gra w fazie grupowej Ligi Europy, a z transferów zarobił aż 80 mln zł. Czy poznaniacy wykorzystają szansę? Na razie Lech musiał uznać wyższość Legii, która w niedzielę może i nie zagrała najlepiej, ale popisała się zabójczą skutecznością. Co więcej: jeżeli zespół Dariusza Żurawia nie zacznie uwijać się jak w ukropie, to może stracić szansę na grę w przyszłorocznych pucharach.

Czy świat należy do młodzieży?

Sytuacja Legii i Lecha jest dziś całkiem inna. Na Łazienkowskiej oglądaliśmy młodzieżowców: 21-letnich Jakuba Modera i Tymoteusza Puchacza oraz 18-letniego Jakuba Kamińskiego. Na murawie pojawili się także 18-letni Filip Marchwiński i 20-letni Michał Skóraś. Mniejsze pole manewru miał (i zazwyczaj ma) trener Czesław Michniewicz. Ten do boju posłał tylko 19-letniego Macieja Rosołka. Na ławce dość niespodziewanie zasiadł także Kacper Skibicki, zdobywca bramki i bohater meczu, ale fakt jest taki, że stało się to głównie dzięki problemom zdrowotnym Bartosza Slisza, Michała Karbownika oraz Tomasa Pekharta. 

Niedzielne okoliczności uzmysławiają jednak, jak krótka jest młodzieżowa kołdra Legii. Na Bułgarskiej mogą szczycić się Kamińskim, Puchaczem i Skórasiem, którzy z Ekstraklasy wyjadą wkrótce za kolejne miliony. To potwierdza tezę o skuteczności poznańskiej akademii, która przecież niedawno wypuściła w świat Roberta Gumnego i Kamila Jóźwiaka. W Legii jest wręcz przeciwnie: Karbownik jest już sprzedany, o wyjeździe myśli także Slisz, a Rosołek gra przeciętnie. Promykiem nadziei jest postawa Skibickiego, ale przeciwko poznaniakom dopiero zadebiutował, więc z oceną jego potencjału należy poczekać.

Nie jest także tajemnicą, że szczycących się imponującym Legia Training Center warszawiaków niedługo czeka wielka rewolucja, bo umowy wygasają czołowym, ale leciwym już zawodnikom: Igorowi Lewczukowi, Walerianowi Gwilii, Arturowi Borucowi czy Pawłowi Wszołkowi. O przyszłość będzie drżało łącznie aż 15 piłkarzy. Większość zapewne czeka pożegnanie z Łazienkowską. A naturalnego zaplecza w postaci zdolnej młodzieży wciąż nie ma. Ten element piłkarskiej układanki sprawia, że w przyszłość znacznie spokojniej mogą patrzeć działacze z Wielkopolski. 

Katastrofalne wyniki Lecha

Cała ta wyliczanka nazwisk i milionów euro pokazuje, że Lech jest dziś zabezpieczony nawet na wypadek sprzedaży kluczowych piłkarzy, a jednocześnie, że nie jest finansowo uzależniony od gry w europejskich pucharach (tak jak Legia w 2016 roku). Dzisiejsza Legia natomiast sprzedawać za bardzo nie może, bo nie ma młodych wilczków, którzy mogą zagwarantować jej duży zysk.

Jednocześnie jedynym rzetelnym wymiernikiem jakości piłkarzy są wyniki, w głównej mierze - ligowe. A te dla Lecha na razie są katastrofalne, bo "Kolejorz" z zaledwie dwoma zwycięstwami zajmuje w tabeli dopiero 12. miejsce. Po przeciwnej stronie jest natomiast Legia, która z tygodnia na tydzień się rozpędza i w niedzielę dojechała do fotela wicelidera. Żartobliwie można to porównać do sytuacji, gdy jeden facet ma szybki samochód z pustym bakiem, a drugi ma cysternę paliwa, ale nie ma prawa jazdy. I obaj postanawiają ruszyć w wyścig, aby udowodnić kto jest szybszy.

Nie ma złotego środka

Pytanie czy miliony, które wpłyną do klubowej kasy Lecha z Niemiec czy Anglii, nie zawrócą działaczom w głowie i ci nie będą szastać pieniędzmi na niezbyt udane zagraniczne wynalazki, które w cudowny sposób mają pomóc dogonić Legię? A tak w przeszłości bywało w... Warszawie. Karol Klimczak i Piotr Rutkowski zapewniają, że nie, bo wyciągnęli wnioski z błędów, również swoich. Przykłady Lubomira Szatki, Pedro Tiby, Daniego Ramireza czy Mikaela Ishaka sprawią jednak, że poznaniaków będzie kusić wydanie kolejnego miliona euro na piłkarza pokroju Czecha Jana Sykory. To natomiast sprawi, że pójdą tą samą drogą co Legia, która bez twardej strategii raz-dwa zmarnotrawiła finansowy zastrzyk.

Z drugiej strony Legia Dariusza Mioduskiego postanowiła latem wydawać mało i sprowadzać zawodników za darmo. Udało się, bo na Łazienkowską przyjechali Artur Boruc, Bartosz Kapustka, Joel Valencia czy Filip Mladenović. Ale skończyło się to klapą w pucharach, czyli odpadnięciem z Omonią Nikozja i Karabachem Agdam. I choć w lidze Legii wiedzie się coraz lepiej i dziś na Łazienkowskiej nikt nie boi się mówić głośno o obronie mistrzostwa Polski, to pucharowa drzazga siedzi głęboko pod skórą. Chociaż z drugiej strony pokonanie Lecha, który w pucharach prezentuje się godnie, z pewnością jest dużą osłodą. A w Poznaniu muszą zapomnieć o porażce i wziąć się do pracy, bo za kilka tygodni może okazać się, że "Kolejorza" za rok może zabraknąć w europejskich pucharach.

Sebastian Staszewski, Interia



Dowiedz się więcej na temat: Legia Warszawa | Lech Poznań | PKO Ekstraklasa | Liga Europejska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje