Legia nie może być spokojna? Te dane są niepokojące przed walką o byt
Legia Warszawa od września czekała na zwycięstwo w Ekstraklasie, notując przy okazji najdłuższą w historii istnienia klubu serię 12 kolejnych ligowych meczów bez wygranej. Jej kibice odetchnęli z ulgą, zwłaszcza, że w piłce przyjęło się przekonanie, iż wystarczy się przełamać, by dalej już poszło. Tyle, że rozkładając mecz z Wisłą Płock na czynniki pierwsze, powodów do zmartwień jest sporo.

Po wygranej 2:1 nad Wisłą Płock, Polskę obiegły obrazki z szatni Legii. Marek Papszun nadawał ton przyśpiewce "kto wygrał mecz?", a wśród piłkarzy nie było widać choćby jednej osoby, która głośno nie celebrowała. Złośliwi twierdzili, że legioniści cieszą się, jakby właśnie wygrali Ligę Mistrzów, podczas gdy wciąż są w strefie spadkowej Ekstraklasy, jednak tym obrazkom trudno się dziwić i trudno z nich szydzić - bagaż siedzący na psychice po katastrofalnej serii musiał być tak ogromny, że zrzuceniu musiała towarzyszyć tego typu radość. Zwłaszcza, że wszyscy - z Markiem Papszunem na czele - byli przekonani, że główny powód niemocy tego zespołu leżał właśnie w mentalu. W strachu przed podejmowaniem nieoczywistych decyzji, w drżącej nodze w kluczowym momencie. W meczu z Wisłą otrzymaliśmy całkiem niezły dowód - najlepszym piłkarzem Legii, przy okazji jedynym, który nie wykazywał absolutnie żadnych deficytów w kwestii pewności siebie, był Rafał Adamski - nieskażony dotychczasowym kataklizmem napastnik pozyskany z pierwszoligowej Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Adamski strzelił gola na 1:0, jednocześnie harując na murawie za dwóch. Do niego jeszcze wrócimy, natomiast podstawą rozwoju jest zawsze krytyczne spojrzenie. A Legia - mimo przełamania - i tak dostarczyła sporo powodów do tego, by choć na moment zastanowić się, czy mamy do czynienia z prawdziwym przełomem, czy jednorazowym wystrzałem.
Wisła Płock pokazała pazur. Legia miała powody do obaw
W Ekstraklasie nie ma drugiej drużyny, o której tak bardzo nie wiadomo, co mam sądzić i tak trudno określić, gdzie znajduje się w tej chwili, co w przypadku Legii. Jej aktualny stan jest pełen sprzeczności. Chronologicznie: był fatalny i przegrany mecz z Koroną na starcie rundy. Później równie fatalny z Arką, ale progres polegał na tym, że udało się go zremisować, w dodatku pokazując pazur, skoro oba gole na wagę remisu padły po 90. minucie. Następnie miało miejsce starcie w Katowicach z GKS-em, gdzie Legia rozegrała już całą jedną (pierwszą) bardzo dobrą połowę. A teraz przyszło zwycięstwo z Wisłą Płock. Gdybyśmy rozrysowali sobie ten cykl na wykresie, to tendencja byłaby oczywista.
Z drugiej strony, gdyby ocenić, czy to był dobry mecz Legii, trudno byłoby odpowiedzieć twierdząco. Nie można było mieć odczucia, by Legia miała kontrolę i by po objęciu prowadzenia wzięła wszystko w swoje ręce,by to prowadzenie utrzymać. Im bliżej było wyrównującego gola, tym bardziej pachniało, że to się stanie. Poza golami, najlepszą sytuację bramkową stworzyła sobie właśnie Wisła - kiedy zastępujący Kacpra Tobiasza w bramce Otto Hindrich cudem wybronił strzał Ioannisa Niarchosa. Ta okazja - według zmierzonych statystyk - była na takim samym poziomie, co rzut karny.
Zanim w końcówce na boisku pojawił się Kacper Chodyna i zdobył zwycięską bramkę, plan Legii opierał się raczej na przetrwaniu. Najlepiej pokazuje to zapis kolejnych prób. Po golu Rafała Adamskiego, jedyny strzał na bramkę Wisły Płock oddał w 34. minucie Wojciech Urbański. Od tego momentu goście oddali pięć kolejnych strzałów jeszcze przed przerwą, w tym stworzyli sobie sytuację, z której powinien paść gol na 1:1 (wspomniane uderzenie Niarchosa). Tuż po wznowieniu gry, Legia oddała dwa kolejne strzały, ale od 49. minuty aż do gola Chodyny, gospodarze na połowie gości niemal nie istnieli. Między 54., a 69. minutą Wisła Płock oddała cztery kolejne strzały - wszystkie z pola karnego. Trzy z nich w przeciągu trzech minut. Później Wisła dorzuciła kolejne trzy strzały, z których jeden skończył się golem na 1:1. Legia pomiędzy 49., a 83. minutą, czyli przez 34 minuty gry, nie oddała nawet jednego, choćby niegroźnego strzału, pozwalając rywalowi na oddanie w tym czasie siedmiu kolejnych. Grając u siebie nie była w stanie zapobiec długiemu fragmentowi spotkania ze statystyką strzałów 0:7.
Ciekawy był też obrazek po tym, jak na około 20 minut przed końcem spotkania Wiktor Nowak doprowadził do remisu. Piłkarz Wisły prawie nie celebrował tej bramki, za to szybko wziął piłkę z siatki i sprintem pobiegł postawić ją na środku boiska. Słowem - Wisła Płock przyjechała na Legię, strzeliła gola na 1:1, po czym wysłała sygnał do świata, że jej piłkarza "z boiska" czują, że remis w Warszawie jest wynikiem niezadowalającym. Przy okazji obnażony został kłopot Legii, którego Marek Papszun wciąż nie rozwiązał - po tym, jak w pierwszej połowie grecki napastnik urwał się Kamilowi Piątkowskiemu, tym razem Rafał Augustyniak po prostu usunął się Wiktorowi Nowakowi, by za bardzo nie przeszkadzać. W Legii w czterech wiosennych meczach nie działa zatem ani krycie strefowe (bramki tracone po stałych fragmentach gry), ani indywidualne.
Drużyna walcząca z jednym kluczowym elementem
To wszystko wyżej każe zastanowić się, czy czeka nas stały trend z rosnącą Legią, czy mówimy o jednorazowym wyskoku. Odpowiedzi poznamy dopiero w następnych tygodniach, jednak - poza zwycięstwem samym w sobie - był element w Legii, który niesie nadzieję.
Legia meczu z Wisłą nie wygrała na poziomie charakteru, lecz przygotowania fizyczynego. Przebiegła 122,5 km, w tym 2 km w sprincie (łącznie 102 sprinty, więc więcej niż jeden na minutę meczu), 8,5 km w HSR, czyli w biegu o wysokim tempie (sumarycznie 593). To są świetne wyniki fizyczne, pokazujące zarówno skalę walki, jak i wspomniane przygotowanie. Co ciekawe, w tym elemencie brylował piłkarz wzięty z zewnątrz (co też każe zastanowić się nad wnioskami) - Rafał Adamski. Zanotował 13 sprintów - najwięcej w drużynie - i osiągnął też najwyższą prędkość pojedynczego biegu spośród wszystkich legionionistów. Sprowadzonego na początku sezonu za 3 mln euro Miletę Rajovicia miażdżył pod każdym względem - oprócz gola i kluczowego podania do Wahana Biczachczjana, które mogło skończyć się bramką (Ormianin uderzył za słabo), zanotował 73 proc. celnych podań (Rajović - 60 proc.), i miał 7 na 9 wygranych pojedynków (Rajović 5/10), w tym 2/2 w powietrzu (Rajović 4/6) i 5/7 na ziemi (Rajović 1/4). Poza tym Adamski był najczęściej faulowanym piłkarzem w meczu.
Nowy napastnik Legii ma również jedną podstawową przewagę nad Rajoviciem i trzecim z napastnik, Antonio Colakiem (właściwie ma ją również nad każdym innym piłkarzem Legii) - jest nieskażony wszystkim, co działo się w tym sezonie. Gra bez bagażu, który doprowadził drużynę nad przepaść. Do tego nie ma kompletnie nic do stracenia - musi zdawać sobie sprawę, że opcje są dwie: albo nikt nie będzie miał do niego pretensji, gdy mu nie wyjdzie, bo przychodził tu jako piłkarz 1-ligowy i najwyżej pozostanie na poziomie 1-ligowym, albo wszystkich zaskoczy i zrobi się z niego bohatera. Jeśli jest jedna osoba w Legii, która ma prawo nie odczuwać napięcia wokół klubu, to jest to Rafał Adamski.
Na razie jednak zarówno w jego przypadku, jak i całej Legii, mówimy o jednym występie z konkretami. Prawdziwy test dopiero nadchodzi, bowiem w weekend Legia zmierzy się w Białymstoku z Jagiellonią. Wtedy nieco rozjaśni się miejsce, w którym naprawdę znajduje się ten zespół.












