Legia jak klub bez mapy. Co dalej z Papszunem? Zwrot akcji możliwy
W sprawie Marka Papszuna i jego przenosin do Warszawy nic nie jest jeszcze przesądzone. Wszystko zależy od determinacji Legii, bo Raków nie ma zamiaru puścić trenera za półdarmo. W Częstochowie nie wiedzą aktualnie, na czym stoją, ale nieśmiało przewijają się tam myśli, że scenariusz, w którym Papszun wypełnia ważny do końca sezonu kontrakt, nie jest wcale nierealny.

Sytuacja z ewentualnymi przenosinami Marka Papszuna do Legii Warszawa jest dynamiczna. Słyszymy, że do przełomu może dojść nawet we wtorek, ale w Rakowie nikt nie zdziwi się, jeśli wydarzenia wcale nie nabiorą tempa. Wszystko przez potężny rozjazd pomiędzy tym, jak sprawę w momencie jej startu widziała Legia, a z czym zderzyła się w rzeczywistości. W Częstochowie nabierają wody w usta, trudno uzyskać jakąkolwiek konkretną informację, klub stoi wręcz na straży zdania, że "być może wcale nic się nie dzieje", natomiast drążąc temat szybko, okazuje się, że temat jest bardzo żywy. Pchnięcie go na dalsze tory zależy już tylko od Legii i jej determinacji - równie dobrze może stać się to nawet dziś. Pewne wydaje się jedno: Legia nie była przygotowana na płacenie Rakowowi wysokiej kwoty odstępnego (o ile w ogóle była przygotowana na płacenie jakiejkolwiek), a nagłośnienie sprawy w mediach sprawiło, że została postawiona pod ścianą: albo zapłaci, albo narazi się na śmieszność.
Legia jak klub bez mapy
Sposób działania warszawskiego klubu nie jest niczym nowym w ekstraklasowym środowisku. W 2021 roku Dariusz Mioduski udzielił nawet wywiadu klubowej stronie, w którym w praktyce przywitał Marka Papszuna na pokładzie swojego klubu, mimo iż ten był pracownikiem Rakowa. Do transferu nie doszło, bo nowy dyrektor sportowy Legii, Jacek Zieliński, miał inną wizję, jeśli chodzi o obsadzenie stanowiska trenera.
Jakiś czas temu w jednym z polskich klubów dało się natomiast usłyszeć taką historię: Legia zagięła parol na piłkarza, któremu niedługo później kończył się kontrakt - z tego względu można było legalnie przystąpić do negocjacji z tym zawodnikiem. Problem polegał jednak na tym, że w przypadku dogadania się z piłkarzem, kontrakt z Legią zacząłby obowiązywać od lipca, a w Warszawie chcieli go jak najszybciej. Wtedy z klubem skontaktować miał się Dariusz Mioduski, mówiąc, że dogadał się z tym zawodnikiem, ale po co czekać do końca sezonu, skoro można piłkarza puścić już teraz, a Legia jest gotowa za niego zapłacić pewną kwotę - znacząco jednak odbiegającą od oczekiwań. W klubie zweryfikowali tę informację u samego piłkarza. Ten stanowczo zaprzeczył, by był dogadany z Legią, czego najlepszy dowód przyniosła przyszłość, bo po sezonie ten zawodnik w Warszawie wcale nie wylądował. W opisywanym klubie potraktowano to z dużym niesmakiem - jako sianie fermentu ze strony Legii i prowadzenie negocjacji niezgodnie z ogólnie przyjętą etykietą.
Teraz Legia również chciała przejąć Marka Papszuna, zaczynając negocjacje od niewłaściwej strony. Można się tylko zastanawiać, czy w tej sprawie większy jest bałagan organizacyjny w Legii (przed podjęciem rozmów z trenerem, nie sprawdzono oczekiwań ze strony Rakowa), czy jednak dominowało przekonanie klubu o tym, że Legia może więcej - jak we wspomnianej anegdocie wyżej. Różne doniesienia w tej sprawie spływają - na przykład, że Marek Papszun miał w kontrakcie klauzulę pozwalającą mu odejść do klubu zagranicznego lub reprezentacji, ale jednocześnie słowo właściciela Rakowa - o czym pisał wczoraj Piotr Koźmiński z goal.pl - że jeśli będzie chciał odejść, nie będzie mu się robić problemu. Jeśli faktycznie tak było, mielibyśmy do czynienia z interpretacją takich słów, bo "brak robienia problemów" nie jest tym samym, co "oddanie za darmo lub za grosze". I Raków - ze swojej perspektywy - słowa zamierza dotrzymać: transferu Papszuna nie będzie blokować (mimo że Michała Świerczewskiego, właściciela Rakowa, na to stać), ale oczekuje określonej zapłaty. Jeśli Legia określi się, że jest w stanie ponieść ten koszt - a mówi się o kwocie w okolicach miliona euro - zapali się zielone światło.
To zresztą jest dobrze znany mechanizm na rynku - kluby często w negocjacjach z piłkarzami, z którymi chcą przedłużyć kontrakt, przekonują, że podpisanie nowej umowy wiąże się z daniem słowa, że dobra oferta nie zablokuje transferu. Tylko że za tego piłkarza i tak trzeba zapłacić. Legia wydaje się być zaskoczona, że za innego pracownika kontraktowego również należy.
Legia wciąż popełnia podobne grzechy
Zastanawiające jest to, jak długo można nie uczyć się na własnych błędach. W Legii latami trwało zatrudnianie sensownego trenera, a gdy już tacy zaczęli się przewijać, i tak nie obrano jasnej wizji, kim właściwie powinien być trener Legii Warszawa. Klub odbija się od różnych wizji trenerskich, co widzieliśmy nawet latem, gdy fiasko rozmów z Goncalo Feio - trenerem reaktywnym, niebazującym na posiadaniu piłki, a wręcz przeciwnie - spowodowało sprowadzenie Edwarda Iordanescu, szkoleniowca lubującego się w prowadzeniu gry i dążącego do jak największego posiadania futbolówki.
Trzymanie się jednego trenerskiego kierunku i tak jest mniejszym problemem, niż brak jakiejkolwiek wizji na to stanowisko. W sezonie 2021/22 Legia walczyła o utrzymanie. Jeszcze jesienią zwolniono Czesława Michniewicza i przekazano zespół Markowi Gołębiewskiemu, czyli trenerowi dużo za małemu na Legię. Skończyło się klęską i jeszcze szybszą zmianą. Teraz Legia rozstała się z Iordanescu i dała zespół Inakiemu Astizowi, który całym sobą udowadnia, że ani tej pracy nie potrzebuje, ani nawet nie chce. Różnica jest taka, że Gołębiewski miał być trenerem na stałe, a Astiz tymczasowym, tyle że ta tymczasowość trwa już miesiąc (podczas gdy Gołębiewski z roli stałego szkoleniowca został zwolniony po półtora miesiąca). Jeśli Legia szybko nie dogada się z Rakowem, Astiz jako tymczasowy trener być może też tyle wytrzyma. Czyli w sezonie, w którym odgórnie jako katastrofę oceniano brak mistrzostwa, powierzono mu drużynę na jedną piątą/jedną szóstą jego długości. Jemu i sztabowi złożonemu z czterech ludzi, bo po odejściu Iordanescu tak to wygląda - jak w 2. Lidze, albo jeszcze niżej.
Saga z Markiem Papszunem jest kolejnym dowodem, że kontrola wydarzeń nie jest w Legii najmocniejszą stroną. Nawet dogadanie się w tej sprawie i ostateczne zatrudnienie tego szkoleniowca będzie się wiązać z przeszarżowaniem. Brak zatrudnienia - ze stratami wizerunkowymi.












