Na inaugurację nowego sezonu Ekstraklasy, otwiera się w nowym oknie Lech Poznań przy ul. Bułgarskiej poległ 1:4 przeciwko Cracovii. Cztery dni później "Kolejorz" dał już swoim kibicom mnóstwo szczęścia, rozbijając aż 7:1 islandzki Breidablik w pierwszym meczu drugiej rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów.
Dlatego też do wyjazdowego starcia z Lechią Gdańsk w drugiej serii gier mistrz Polski przystępował w dosyć dobrych nastrojach. Pierwszy gwizdek w stolicy Trójmiasta wybrzmiał o godz. 20:15. Początek spotkania był nieco chaotyczny, szarpany. W około 10. minucie do siatki po rzucie rożnym trafił Antonio Milić. Radość Chorwata nie trwała zbyt długo. Dlaczego?
Lech przegrywa w Gdańsku. To już druga porażka w Ekstraklasie
Wszystko przez to, że arbiter w trakcie akcji bramkowej dopatrzył się faulu. Nie piłkarza Lecha, a Lechii. Podbiegł do monitora VAR, po czym podyktował dla "Kolejorza" rzut karny. Do jedenastki podszedł nie kto inny, jak Mikael Ishak. Szwed uderzył jednak koszmarnie, lekko, niemal w środek bramki. Dla porównania - we wtorek wykorzystał trzy karne w starciu z Breidablikiem. Tym razem zawiódł na całej linii.
Nie dało się ukryć, że po tym incydencie drużyna Lecha nieco się posypała. Ten fakt wykorzystali gospodarze. W 22. minucie to oni otrzymali rożnego. Po dośrodkowaniu piłkę z okolic 16. metra od własnej bramki spokojnie mógł wybić Ishak, jednak napastnik poznańskiego zespół znów nie podołał. Był to drugi kamyczek do jego ogródka, ponieważ kilkanaście sekund po nieudolnej interwencji gdańszczanie wyszli na prowadzenie. Po strzale jednego z zawodników futbolówka trafiła pod nogi Tomasa Bobceka, który znalazł się dosłownie kilka metrów od bramki. Bartosz Mrozek podbiegł do rywala, próbował skrócić, kąt, ale to nic nie dało. Słowacki napastnik Lechii pokonał go w sytuacji sam na sam.
Osiem minut później Bobcek zanotował drugie trafienie. Otrzymał cudowne podanie prostopadłe z głębi pola, którego autorem był Kacper Sezonienko. 22-latkowi za tę akcję należą się wielkie brawa. Najpierw popisał się efektownym przyjęciem, które zmyliło przeciwników, po czym obsłużył kolegę. Tomas Bobcek płaskim uderzeniem strzelił na 2:0. Drużyna Nielsa Frederiksena znów wpadła w tarapaty. W międzyczasie rywale obili poprzeczkę, która uchroniła gości przed utratą trzeciej bramki. W 31. minucie przysłowiową "wędkę" dostał Timothy Ouma wypożyczony ze Slavii Praga. Kenijczyk kompletnie nie odnajdywał się w środku pola. Od tego momentu mistrzowie Polski stworzyli sobie kilka niezłych sytuacji, ale nie zamienili ich na trafienie. Obie ekipy schodziły na przerwę przy dwubramkowym prowadzeniu gospodarzy.
W drugą część meczu Lech wszedł zdecydowanie odmieniony. Kilka minut po wznowieniu gry z linii pola karnego, bez przyjęcia, z kozłującej piłki, wewnętrzną częścią stopy uderzył Gisli Thordarson, który zmienił wspomnianego Oumę. Frederiksen miał nosa, aby jak najszybciej wpuścić Islandczyka na murawę. Gol kontaktowy sprawił, że poznaniacy rozkręcali się coraz bardziej. W 55. minucie samobójcze trafienie zanotował Szymon Weirauch, który próbował zablokować strzał Filipa Szymczaka oddany z lewej strony pola karnego, z bardzo bliskiej odległości. Nagle zrobiło się 2:2. Mistrzowie Polski podnieśli się z kolan.
I jednocześnie zaczęło sprzyjać im szczęście. Równo 20 minut od rozpoczęcia drugiej połowy tym razem to Lech objął prowadzenie. Po rzucie rożnym futbolówka zaczęła odbijać się od wielu zawodników obu drużyn. W końcu po instynktownym strzale jednego z nich otarła się o Mateusza Skrzypczaka, następnie odbiła się od słupka i przekroczyła linię bramki. Tym sposobem goście kompletnie odmienili losy starcia. Nieustannie napierali na rywali, którzy zostali kompletnie stłamszeni. Odważna Lechia z pierwszej części gry istniała tylko na papierze. Zrehabilitował się nawet Mikael Ishak, który w 70. minucie wpisał się na listę strzelców. Goście prowadzili 4:2 i nic nie wskazywało na to, że czeka nas kolejny zwrot akcji. Ale nic bardziej mylnego.
Trzy minuty przed upływem regulaminowego czasu gry hat-tricka ustrzelił Bobcek. Słowak wykorzystał precyzyjne dośrodkowanie Ivana Zhelizko i pokonał Mrozka strzałem z głowy. Zespół Johna Carvera znów została "podłączona do prądu". Walczyła do samego końca. Sił wystarczyło na pojedyncze zrywy i sytuacje, jednak żadna z nich nie została zamieniona na bramkę. To poznaniacy po szalonym spotkaniu cieszyli się z wygranej 4:3, choć w samej końcówce drżeli o utrzymanie zwycięstwa.













