Reklama

Reklama

Kto zawinił - klub, czy "Franz"?

Teoretycznie Franciszek Smuda nie wykonał zadania, bo miał trzy lata w Lechu na zdobycie mistrzostwa Polski, a tego nie osiągnął (nic nie zapowiada trzęsienia ziemi, jakim byłaby porażka Wisły u siebie ze Śląskiem).

Tak naprawdę jednak "Franz" powinien być rozliczany za ostatni rok. Wcześniej przy Bułgarskiej musiał posprzątać stajnię Augiasza. A to w szatni nie wszystkim było po drodze, a to kibice zamiast wspierać robili akcje "Smuda, gdzie te cuda!?". Po połączeniu Amiki z Lechem miał wyjść silny twór, ale pozbyto się kilku wartościowych zawodników m.in. Dziewickiego, Bieniuka. "Franz" został bez obrony na "dzień dobry".

Za jego sprawą pojawił się w Poznaniu filar defensywy "Kolejorza" Arboleda, który w połączeniu ze sprowadzonymi rok temu Peszką, Stiliciem, Lewandowskim, czy pół roku wcześniej Rengifo stworzyli nową jakość, która rozpędziła lokomotywę do najlepszych w historii klubu występów w europejskich pucharach.

Reklama

Rozliczając "Franza" za ostatni rok trzeba by używać samych superlatyw. I jeden cień - przegrane na 99 procent mistrzostwo. Jeszcze w lutym wszyscy - nie tylko w Poznaniu - rozpływali się nad grą Lecha w Pucharze UEFA. Minęły trzy miesiące i Smuda już nic nie jest warty?

Na pewno nie.

Udowodnił, iż - wbrew obiegowej opinii, jakoby w okresie przygotowawczym zarzynał drużyny - potrafi zadbać o wysoką formę zespołu w środku zimy. Nie miał jednak na tyle szerokiego składu, by wygrać wyścig z Wisłą. Smuda nie miał na ławce wartościowych zmienników dla Rengifo, czy Murawskiego, gdy ci wypadali przez kontuzje. Gdy w Krakowie kontuzji doznawał Paweł Brożek, Wisła i tak wygrywała, bo za strzelanie goli wzięli się obrońcy. "Biała Gwiazda" traciła Boguskiego, zwyżkę formy dostał Ćwielong, szalał Małecki. Trzeba było ratować mecz w Gdańsku, krakowianie wprowadzali z ławki Łobodzińskiego i ten strzelał dwa gole. W Poznaniu na ławce mieli marność.

Smuda domagał się nie tylko podwyżki do 150 tys. zł miesięcznie (nie czuł się gorszy od Kasperczaka), ale też transferów. Dla klubu stał się niewygodny. Z prezesem Jackiem Rutkowskim nigdy za sobą nie przepadali. Teraz rozstają się w zgodzie. Jak się mają jednak do tego słowa prezesa, który w zimie zapowiadał, że wprowadzi model panujący w Werderze Brema, gdzie jeden trener pracuje przez 10, a nawet 13 lat? Nijak.

Jedyny i to mały kamyczek do ogródka Smudy, to Gordan Golik. Wyróżniający się pomocnik Varteksu Varażdin nie doczekał się od "Franza" szansy, by zaistnieć w ekstraklasie. Owszem, Smuda ma nosa i na treningach potrafi wyczuć, kto się nadaje do meczu, a kto nie. Dla świętego spokoju mógł jednać dać Gordanowi choć jedną szansę. A tak wyszło, że zignorował cały bałkański zaciąg z ostatniej zimy.

Jedno jest pewne: "Franz" i Lech charakterem, ambicjami pasowali do siebie. Szkoda, że wyszło jak zwykle w Polsce. Trenerowi Jackowi Zielińskiemu życzę jak najlepiej - to dobry, ciągle młody i uczciwy szkoleniowiec. Przez brak charyzmy nie pasuje mi jednak do klubu walczącego o najwyższe cele.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL