Reklama

Reklama

Kto i dlaczego rzuca kłody pod nogi Bońkowi?

​We wtorek prezes PZPN-u Zbigniew Boniek przegrał drugą batalię o poprawę statutu. Prześledziłem komentarze po zjeździe. W niektórych kręgach zapanowała radość, satysfakcja: "Patrzcie! A jednak Boniek też człowiek, czasami przegrywa." Witajcie w naszym bagienku.

Nikt nie podszedł do sprawy w ten sposób: - a może straciliśmy ostatnią szansę na poprawę "biblii" polskiej piłki?

Reklama

Jeszcze gorsza konstatacja jest taka, że próbę ulepszenia piłki zablokowały siły, którym najbardziej powinno na tym zależeć - Ekstraklasa SA.

Ta sama Ekstraklasa, której przedstawiciele tak dzielnie szturmują podwoje Ligi Mistrzów od 19 lat. Przypomnijmy: w tym okresie do Champions League przebiły się takie "potęgi": Białoruś, Słowacja, Rumunia, Czechy , Cypr, Węgry, Serbia, Chorwacja, Norwegia, Szwecja. Wszyscy, tylko nie my.

Szef rady nadzorczej Ekstraklasy SA Maciej Wandzel broni się tym, że za późno PZPN dostarczył projekt zmian statutowych ("20 grudnia, na święta, a do 9 stycznia był termin złożenia poprawek, to za krótki czas"), że zmiany nie były dobrze skonsultowane. Czyżby kłaniały się kłopoty z czytaniem ze zrozumieniem? Dziwnym trafem, na poprzedzającym walne zarządzie PZPN-u żaden z czterech przedstawicieli klubów nie zgłosił uwag do zmian statutowych. Na pytanie o nie zapanowała cisza. Cisza przed burzą.

A później do przedstawicieli klubów Ekstraklasy i I ligi poszedł SMS, że postawa na zjeździe ma być: "generalnie nieprzejednana".

Czyli była to zwykła intryga: "pokażemy Bońkowi, że nie rządzi we wszystkim".

Najbardziej dziwi, że delegaci klubów zablokowali także poprawki wprowadzane na ich korzyść. Zwłaszcza te o możliwości zwiększenia Ekstraklasy do 18 drużyn i o korzystniejszym sposobie rozstrzygania sporów z zawodnikami, by kluby - po ewentualnej w krajowej jurysdykcji - nie były skazane na porażki przed Trybunałem Arbitrażowym FIFA.

Wygrało pieniactwo? Jeśli nie, to pokazywanie wała.

Boniek wykonał wiele zabiegów dyplomatycznych, by przekonać do zmian baronów. Teraz, gdy mu się to udało, kłody pod nogi rzuciła Ekstraklasa SA. Spółka, która żyje z klubów, bo po odejściu operatora telefonii komórkowej nie ma sponsora tytularnego.

A kluby? Za wyjątkiem Legii, Lecha, Lechii kluby piszczą z biedy, wiele spośród nich drenuje kasę samorządów. Wygląd niektórych płyt boisk, jak ostatnio tego w Kielcach, staje się obiektem kpin. Na jedno gwizdnięcie z Polski odchodzą najlepsi piłkarze, bo nie stać klubów na ich zatrzymanie. Ostatnie takie przypadki to: Rudnevs, Radović, Rakels, Kuciak, Wilczek, Stilić.

PR-em nie wszystko da się naprawić. Ostatnio na Wiśle, gdzie dotychczas nie wstydzili się frekwencji z kołowrotków, zaczęto podawać - zgodnie z zaleceniami Ekstraklasy SA - frekwencję "sprzedażową". Czyli nie liczy się, ile ludzi przyszło na mecz, tylko ile sprzedano biletów i karnetów. Na Reymonta mogło być 6-7 tys., ale sprzedażowo wyszło o wiele piękniej - 9,1 tys. Taka frekwencja została wydrukowana w gazetach.

Tylko kogo chcemy w ten sposób, takimi martwymi duszami oszukać?

Pewne jest jedno - zjednoczone przez Wandzela kluby Ekstraklasy i I ligi nie są wstanie spojrzeć dalej niż na koniec własnego nosa. Szarsza skala, interes polskiej piłki ich nie interesuje. Efekt jest taki, że później słyszymy z ust klubowych delegatów głosy takie, jak ten:

- Nie rozszerzajmy ligi do 37 kolejek, bo dla nas każdy mecz u siebie to i tak straty finansowe.  

Nagle w niektórych szalonych głowach po wczorajszym zjeździe autorytetem staje się Zdzisław Kręcina. Ludzie łatwo zapominają skandale z jego udziałem u schyłku kadencji Grzegorza Laty. Równie łatwo wymazują z pamięci drastyczne zmiany na lepsze, jakie w PZPN-ie wprowadził Boniek.

Co polska piłka zawdzięcza Bońkowi piłkarzowi i prezesowi ogólnie wiadomo. Przeciwnie jest z Maciejem Wandzelem. Dla mnie jego mocna pozycja jest tajemnicą, pewnie stoi za nią sprawna dyplomacja, ale czy również piłkarskie know-how?

Pamiętajmy o jednym - Zibi może rządzić tylko do października. Jeśli później się nie zdecyduje kandydować, biada następcy. Będzie miał tak jak Werner Liczka, który w Wiśle zastąpił charyzmatycznego Henryka Kasperczaka. Do mistrzostwa zespół doholował, ale z każdym miesiącem drużyna rozchodziła się w szwach.

A co jeśli Bońkowi nie będzie chciało się użerać z małymi ludźmi? Jak będzie wyglądała piłka? Znowu będzie "i śmieszno, i straszno" jak za Laty? Nie martwmy się. Wtedy panowie z Ekstraklasy SA umyją ręce i powiedzą: "To nie my!".

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Boniek | Marcin Wandzel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje