Cracovia wygrała w tym roku kalendarzowym trzeci mecz, ale po raz pierwszy zrobiła to w sposób, który znajdował pełne uzasadnienie w przebiegu spotkania. Kontrowersje może wzbudzać rzut karny na 1:1, ponieważ nie było oczywiste, czy piłka rzeczywiście trafiła w rękę zawodnika Rakowa, ale nie zmienia to ogólnej oceny: krakowianie z dużą łatwością tworzyli sytuacje i mogli wygrać znacznie wyżej.
Wartość ich goli oczekiwanych wyniosła 3,72. Lepszy wynik Cracovia zanotowała wcześniej tylko raz w historii pomiarów xG w Ekstraklasie - osiem lat temu, w wygranym 4:2 meczu z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza, gdy osiągnęła 3,73. Do podobnych wartości zbliżała się jeszcze w wysoko wygranych spotkaniach z Motorem Lublin i Ruchem Chorzów, gdy strzelała odpowiednio sześć i cztery gole. To dużo mówi o tym, jak zły w defensywie był niedzielny mecz Rakowa.
Co się dzieje z Rakowem?
W przypadku Cracovii można było wcześniej dostrzec oznaki postępu pod wodzą Bartosza Grzelaka, mimo że nie przekładały się jeszcze na gole i punkty. W Rakowie podobnych podstaw do optymizmu obecnie brakuje. W trzech ostatnich spotkaniach, wliczając dwumecz z Hammarby, najmocniej widoczna była niska obrona. Brak traconych bramek w starciach ze Szwedami nie był jednak jej efektem, lecz dobrej postawy Kacpra Trelowskiego i masy szczęścia. Jest to pewna nowość, bo do tej pory Raków był klubem, ktory element szczęścia starał się neutralizować.
W latach 2020-2023 Raków miał łatwy do rozpoznania plan. Jego fundamentem była gotowość właściciela Michała Świerczewskiego do dużych inwestycji, a towarzyszyło jej konsekwentne podnoszenie jakości w niemal każdym obszarze. Ludzi, którzy dochodzili do granicy swoich możliwości, zastępowano osobami mającymi w założeniu wyższy potencjał (nie tylko na boisku). Klub budował kadrę na początek sezonu i sprawiał wrażenie organizacji realizującej wieloletnią strategię krok po kroku.
Dziś tego kierunku nie widać. To właśnie teraz Raków jest bliżej przeciętności niż w sezonie Dawida Szwargi, gdy Świerczewski publicznie pisał, że klub stał się przeciętniakiem. Ówczesna drużyna wciąż miała mocną kadrę, ale została bardzo osłabiona przez liczne kontuzje. To był mocny zespół z problemami. O obecnym trudno mówić, że jest mocny. Wprawdzie nie wygląda na kandydata do ostatniego miejsca, lecz bez istotnych wzmocnień także trudno uznać go za jednego z głównych pretendentów do tytułu. Miejsce w okolicach szóstej lub siódmej pozycji nie byłoby zaskoczeniem - wtedy owszem.
Zmiana modelu finansowania
Jedną z przyczyn może być zmiana sposobu finansowania i budowania drużyny. Podczas grudniowej konferencji Michał Świerczewski potwierdził, że Raków nie chce już koncentrować się na kupowaniu gotowych zawodników. Priorytetem mieli stać się młodzi piłkarze z potencjałem sportowym i sprzedażowym. Dla polskiego klubu jest to naturalny kierunek, ale w przypadku Rakowa można go było również odczytać jako ograniczenie skali finansowania przez właściciela.
Poprzedni model zakładał akceptowanie dużych strat w nadziei, że zostaną później zrekompensowane sukcesem sportowym. Po mistrzostwie Polski Raków dotarł do fazy play-off eliminacji Ligi Mistrzów, a następnie wystąpił w Lidze Europy. Nagrody od UEFA przekroczyły wówczas 10 milionów euro i pozwoliły pokryć znaczną część wcześniejszych nakładów.
Kolejna próba nie przyniosła już takiego efektu. Po transferach, na które przeznaczono około 6-8 milionów euro, drużyna zakończyła sezon na siódmym miejscu i nie zakwalifikowała się do europejskich pucharów. Jednocześnie oddalała się wizja nowego stadionu, a konkurencja w Ekstraklasie stała się znacznie mocniejsza, co sprawia, że inwestycje, które dawały sukcesy kilka lat temu, dziś nie są gwarantem niczego. Przykładowo Górnik Zabrze, Lech Poznań, Jagiellonia Białystok, Korona Kielce czy Widzew Łódź dysponują dziś mocniejszymi zespołami niż jeszcze niedawno. Klub działa przy tym w ograniczonym rynku biznesowym, a niewielki stadion nie generuje przychodów pozwalających na długotrwałe rywalizowanie z największymi ośrodkami.
Sam Świerczewski już w 2023 roku przyznawał, że Raków zbliża się do swojego sufitu. Wskazywał właśnie na stadion i potencjał biznesowy Częstochowy. Ograniczenia są widoczne też w możliwościach transferowych - brak kadry w połowie sierpnia sugeruje, że była grupa zawodników, która Rakowowi po prostu odmawiała. Klub może chcieć pozyskiwać jakościowych zawodników, ale przekonanie ich do gry w Częstochowie i sfinalizowanie transakcji to osobne kwestie. Dla wielu zagranicznych piłkarzy znaczenie mają stadion, frekwencja i atmosfera, które sprawdzają jeszcze przed podjęciem decyzji.
Transfery, które nie rozwiązują problemów
Największe wątpliwości budzi rozbieżność między deklarowaną strategią a rzeczywistym wykorzystaniem nowych zawodników. W składzie na Cracovię znalazł się 21-letni Jerzy Napieraj, który trzy poprzednie mecze rozpoczynał na ławce. W trakcie spotkania weszli 21-letni Oliwier Kwiatkowski i 22-letni Adin Molnar. Inni młodzi zawodnicy - Isak Brusberg, Marko Perović, Abraham Ojo czy Jakub Jendryka - grają niewiele albo wcale.
Perović, Molnar, Kwiatkowski i Jendryka zostali sprowadzeni w obecnym oknie, prowadzonym przed rozpoczęciem europejskich pucharów. Tymczasem po meczu z Cracovią Kroczek otwarcie mówił, że nie miał wystarczających możliwości reagowania z ławki.
- Dlaczego zagrał Jean Carlos i go nie ściągnęliśmy? Nie mieliśmy kogo wstawić. Otieno nie był dziś zdolny do grania od początku. Wystawiliśmy Ameyawa, który też nie był gotowy do grania całego meczu. Czy myślałem, żeby wystawić Didiego na "szóstce"? Nie, nie myślałem, bo wtedy już w ogóle nie miałby kto grać w obronie. Mecz kończą Racovitan i Napieraj, który dopiero zaczyna granie na tym poziomie. Svarnas nie był zdolny do gry, Tudor jest kontuzjowany, musieliśmy przesunąć tam Repkę. Nie mogliśmy dokonać innych zmian, bo nie miał kto wejść - powiedział trener Rakowa, cytowany przez Kamila Głębockiego z kanału Na Wylot.
Te słowa pokazują skalę problemów kadrowych, ale jednocześnie stanowią bardzo mocną ocenę działań klubu. Skoro trener twierdzi, że nie miał kogo wprowadzić, choć na ławce znajdowali się piłkarze pozyskani kilka tygodni wcześniej, oznacza to, że letnie transfery nie zapewniły drużynie oczekiwanej jakości lub nie zostały jeszcze odpowiednio przygotowane do gry. Taka publiczna wypowiedź może też utrudnić budowanie pozycji nowych zawodników.
Model po Marku Papszunie nie działa
Odejście Marka Papszuna unaoczniło, jak duży był jego wpływ na funkcjonowanie Rakowa. Klub najpierw postawił na Dawida Szwargę, a później na Dawida Kroczka, czyli trenerów w pewnym stopniu wywodzących się z tej samej szkoły. Pomiędzy nimi pracował Łukasz Tomczyk, którego filozofia różniła się w szczegółach, ale zachowywała część podstawowych założeń poprzedniego modelu.
Raków próbuje więc utrzymać dawną tożsamość mimo zmiany strategii transferowej, mniejszej skali inwestycji i słabszej kadry. Na razie nie przynosi to oczekiwanych efektów. Jeśli klub w przyszłości zdecyduje się na kolejną zmianę trenera, zasadne będzie rozważenie szkoleniowca wywodzącego się z innej szkoły i gotowego zbudować nowy model gry, lepiej dopasowany do obecnych realiów.
Porażka z Cracovią nie przesądza o całym sezonie, podobnie jak trzy ligowe przegrane nie oznaczają jeszcze, że Raków znalazł się w trwałym kryzysie. Pokazała jednak problemy, które narastały znacznie dłużej: brak wyraźnej strategii, mniejszą skuteczność na rynku transferowym, ograniczenia infrastrukturalne i finansowe oraz trudności z odtworzeniem systemu stworzonego przez Papszuna.
Najważniejsze pytanie nie dotyczy więc tego, czy Raków odbije się od ostatniego miejsca, bo potencjał kadry powinien na to pozwolić. Dotyczy tego, jaki pomysł na dalsze funkcjonowanie ma Michał Świerczewski.











