Reklama

Reklama

Koronawirus w sporcie. Przyszedł kapitan do prezesa i pokazał mu figę

Nie ma co żałować róż, gdy płoną lasy - to powiedzenie zyskuje dziś zastosowanie niemal w każdej dziedzinie naszego świata, która nie wiąże się z utrzymaniem życia, pokonaniem koronawirusa. Pandemia miażdży ludzi, niszczy też sport. Wiele klubów stoi nad przepaścią, waży się ich "być albo nie być", co nie wszyscy zdają się rozumieć.

Świat sportu zatrzymał się na okres pandemii. Nawet MKOl, choć ciążyły na nim gigantyczne zobowiązania w stosunku do sponsorów, przeniósł na przyszły rok igrzyska olimpijskie. Straty są olbrzymie. Wcześniej na podobny krok zdecydowała się UEFA, przekładając na 2021 rok mistrzostwa Europy.

Reklama

Zdecydowana większość środowiska sportowego wykazuje się zrozumieniem.

- W tych czasach hierarchia musi być właściwie postawiona: najpierw zdrowie i chleb, a dopiero później igrzyska - trafnie skomentował decyzję przeniesienia IO szef PZLA i członek prezydium zarządu PKOl Henryk Olszewski.

- Trzeba mieć świadomość, że sport jest w bardzo ciężkiej sytuacji. Zawodnicy nie mogą trenować i występować, to pociągnie za sobą ogromne konsekwencje finansowe. Brak możliwości startów oznacza przecież złamanie umów sponsorskich. Ze związkami sportowymi i Ministerstwem Sportu postaramy się stworzyć takie warunki, abyśmy godnie mogli wystartować w przyszłorocznych igrzyskach - stara się nie załamywać rąk Andrzej Kraśnicki, przewodniczący PKOl.

Świat sportu trafił do zamrażarki, bo wszystkie siły rzucono na walkę z epidemią. Sytuacja nie odbiega w niczym od wojny światowej. Kultura, sztuka, sport zeszły na drugi plan wobec zagrożenia zdrowia i życia ludzi. Nie wszyscy to jednak rozumieją.

Prezes poważnego polskiego klubu PKO Ekstraklasy zaprosił wczoraj na negocjacje kapitana zespołu. Zaapelował do niego o zgodę na obniżkę poborów o 50 procent na czas kryzysu. Kluby są odcięte od wszelkich dochodów. Nie ma meczów, więc nie ma wpływów od sponsorów, praw telewizyjnych, kibiców. Piłkarz ten miał się zgodzić, ale co najwyżej na 20 procent obniżki i podziękował prezesowi za rozmowę. Rozmawiał w imieniu całego zespołu.

Kapitan ów zarabia 60 tys. zł miesięcznie. Gdyby przystał na ofertę prezesa musiałby przeżyć od pierwszego do pierwszego za 30 tys. zł. Nie zgodził się. Zostawił prezesa samego z kryzysem. W dobie koronawirusa samemu, bez wsparcia, można tylko zbankrutować. I zrozumieli to piłkarze w Śląsku Wrocław, godząc się na zamrożenie zdecydowanej większości wypłat (będą otrzymywać tylko 15-30 procent), na zaciskania pasa w celu ratowania klubu przystała też zaprawiona w takich bojach Wisła Kraków. Już wczoraj powiedział nam o tym Lukas Klemenz, a w nocy specjalne oświadczenie wystosowała żywa legenda klubu Jakub Błaszczykowski, razem z trenerem Arturem Skowronkiem. Zarządzający Wisłą i Śląskiem mają pole manewru na szachownicy. Koronawirus im powiedział "szach", ale jeszcze nie "mat". W klubie, w którym kapitan był nieprzejednany, prezes jeszcze nie wie, ale tak naprawdę ma założonego mata. Szuka ruchu, ale nie ma go i to w żadną stronę.

Sytuacja z owym kapitanem z Ekstraklasy, który chce być jak Bayern Monachium i pozwala tylko na 20 procent obniżki ma też inny wymiar niż czysto finansowy. Ona dowodzi jak wielu ludzi oderwanych jest jeszcze od rzeczywistości i nie dostrzega wojny światowej z COVID-19.

Tymczasem sytuacja jest prosta: jeśli pandemia zakręci jeszcze bardziej szalone koło, potrwa np. jeszcze pół roku i wykosi sporą część społeczeństwa świata, nie tylko piłkarze, ale wszyscy zawodowi sportowcy mogą stać się jak pracownicy zakładu wytwarzającego luksusowe zegarki, których ceny zaczynają się od 30 tys. zł - niepotrzebni. Taki zegarek to szpan i przynależność do wyższej klasy, ale w czasach pokoju, a nie wojny.

Panuje wojna z wirusem, umierają ludzie, a podczas niej fabryki traktorów i maszyn rolniczych zmieniają linię produkcyjną, by wyjeżdżały z niej czołgi. Dziś zamiast nich potrzebujemy środków odkażających, respiratorów, masek i maseczek, odzieży ochronnej.

Tylko kluby PKO Ekstraklasy, 1. i 2. ligi, siatkarskiej PlusLigi stać na komfort oczekiwania na koniec epidemii, przy zawieszonych rozgrywkach, z nadzieją na ich dokończenie, czyli wywiązanie się z umów sponsorskich. Kluby hokejowe, koszykarskie, a ostatnio nawet piłki ręcznej ogłosiły zakończenie sezonu, przy zielonym stoliku ligi wyłoniły mistrzów Polski, a zawodników wysłali do domów, by nie zwiększać kosztów. Najbardziej zasłużony polski kub hokejowy Podhale Nowy Targ natychmiast zaprzestał treningów, a MCSiR rozmroziło taflę lodową, bo jej utrzymanie również słono kosztuje.

Kibice pomagają jak mogą. Ci z trzecioligowego Hutnika Nowa Huta zakupują wirtualne bilety, by pomóc klubowi przetrwać do lepszych czasów.

Panie kapitanie klubu Ekstraklasy, który nie przystał na zaciśnięcie pasa: włącz telewizję, odpal portal internetowy - za ich pośrednictwem rozejrzyj się, co się dzieje. Pamiętaj jednak, że nadal obowiązuje akcja #zostanwdomu. Twój klub nie przetrwa bez twego wsparcia!

Michał Białoński



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje