Reklama

Reklama

​Kontrowersje wokół rekordowej frekwencji. 120 czy 108 tysięcy na Śląskim?

Dzisiaj mija 52. rocznica niecodziennego rekordu, jaki padł podczas piłkarskiego meczu w Polsce. 18 września 1963 roku w pierwszym meczu 1/16 Pucharu Europy Mistrzów Krajowych Górnik grał na Stadionie Śląskim z Austrią Wiedeń. Na trybunach pojawiła się rekordowa liczba widzów. Według jednych źródeł na stadionie było 120 tys. kibiców. Znany śląski dziennikarz i wydawca Andrzej Gowarzewski uważa jednak, że ta liczba została zawyżona.

Ekstraklasa. Wyniki, tabela i statystyki - kliknij tutaj!

Dziś późnym popołudniem, w pierwszym meczu 9 kolejki Ekstraklasy, zabrzanie podejmują u siebie Śląsk Wrocław. Na rozbudowywanym Stadionie im. Ernesta Pohla zasiądzie co najwyżej 5,5 tysięcy fanów. To nic w porównaniu z tym, co było przed laty... 

Reklama

Początek lat 60. to zdecydowana dominacja w lidze jedenastki z Zabrza, która seryjnie zdobywała mistrzostwo. W PEMK Górnik zadebiutował w 1961 roku meczami z Tottenhamem. W pierwszym meczu na Stadionie Śląskim było 4-2 dla zabrzan. W Londynie rywal z nawiązką odrobił jednak straty i zwyciężył aż 8-1. 

Na kolejny start w najbardziej z prestiżowych pucharów zabrzanie czekali dwa lata.  We wrześniu 1963 roku rywalem Górnika była mocna wtedy Austria. Spotkanie wzbudziło ogromne zainteresowanie.     

Górnika wspierała cała Polska

"Kibice Ruchu liczą godziny. Kibice Polonii również. Sympatycy Zagłębia trzymają kciuki. Górnicy Szombierek, którzy poza jedenastką Pawła Sobka i braci Wilimów nie widzą "bożego świata", od kilku dni egzaminują dźwięk swoich gardeł. Kibice Piasta, Rapidu, Slavii, Dębu, Naprzodu, Concordii i klubików z całego Śląska, Zagłębia, Opolszczyzny, Krakowskiego ("pasiaki" specjalnie przełożyły mistrzowski mecz z Polonią Bydgoszcz na czwartek, by być uczestnikami chorzowskiej uczty), kibice z całej Polski, ci, którzy w normalny, powszedni dzień ligowy dopingują tylko jedną drużynę, tę swoją, najukochańszą, jedyną - dziś zapomną o członkowskich legitymacjach, sercowych zobowiązaniach i klubowych herbach. Wszyscy będą za Górnikiem" - pisał przed meczem katowicki "Sport".    

- Ludzie siedzieli wszędzie, na schodkach, w przejściach. Nie było wolnego miejsca. Austria to był wtedy czołowy klub w Europie. Jak grałem w szesnastu takich pucharowych spotkaniach, to nigdy nie było mniej niż 80 tysięcy na stadionie, a z reguły przychodziło po 100 czy 90 tysięcy ludzi. W spotkaniu z Austrią  padł jednak rekord - opowiada Interii Jan Kowalski, jeden z uczestników tamtego pamiętnego meczu.  

Górnik, po trafieniu Romana Lentnera w 71 minucie, wygrał to ważne spotkanie 1-0, a na drugi dzień "Sport" dał taki tytuł: 

"120.000 zawiedzionych na Stadionie Śląskim. 11 murarzy z Wiednia zrealizowało plan minimum". 

Był to przytyk do defensywnej gry rywala, który przed rewanżem chciał wywieźć z wyjazdowego terenu jak najkorzystniejszy rezultat. 

Katowicki "Sport" tak relacjonował to co działo się na trybunach. "Jak długo Stadion Śląski stadionem, nie widział on tak wielkiej ilości widzów z okazji imprezy sportowej. Przybyli oni nie tylko z Katowic i okolicy. Do Chorzowa zjechały wycieczki z całego kraju. Przyjechali kibice i piłkarze, ba nawet całe drużyny, spodziewając się, że wielkie widowisko dostarczy im sporo materiału porównawczego i w swej pracy codziennej skorzystają z poglądowej lekcji".       

- Na ten mecz rzeczywiście przyjechali kibice z całej Polski. Ludzie zjeżdżali się od rana. Atmosfera była jak na odpuście. Trąbki, flagi, a na nich napisy kto skąd przyjechał. Górnikowi kibicowała wtedy cała Polska. Burdy na trybunach? Panie, były takie sytuacje, że jeden siadał koło drugiego, pytał skąd jest, wyciągał flaszeczkę i razem kibicowali. Przed stadionem nie było żadnej kontroli. Nikt nikogo nie sprawdzał. Po meczach chłopcy sprzątający trybuny worami wynosili puste butelki - wspomina Jan Kowalski. 

Żadna inna sportowa impreza w Polsce wcześniej ani później nie zgromadziła takiej widowni, jak mecz Górnika z Austrią. Tylko czy na trybunach faktycznie było 120 tysięcy kibiców? 

Nie 120, a 108 tysięcy

Tą liczbą w wątpliwość poddaje Andrzej Gowarzewski. - To bzdura - mówi dosadnie. 

Ten śląski wydawca znakomitych Encyklopedii Piłkarskich Fuji, który słynie z rzetelności i dokładności, tak opowiada Interii o pamiętnym spotkaniu z 18 września 1963. 

- Weryfikowałem tą frekwencję w IPN-ie i w dostępnych milicyjnych raportach, bo milicja liczyła dobrze. Te 120 tysięcy to liczba, której nie idzie wierzyć. W "Sporcie" wielokrotnie o tym rozmawialiśmy. Padały argumenty, że to dobrze wygląda, że to dobrze dla popularyzacji piłki, klubu czy stadionu. W ostatnim opracowaniu dotyczącym Górnika podaliśmy liczbę 108 tysięcy i ona wydaje się prawdziwa - podkreśla.  

Gowarzewski tłumaczy, że po latach trudno zweryfikować rzeczywistą frekwencję.  - W "Sporcie" podano wtedy 120 tysięcy, a w "Przeglądzie Sportowym" 95 tysięcy. Są więc dwa źródła i któremu tutaj wierzyć? Zresztą przez lata dziennikarze ustalali liczbę we własnym gronie. 

Trzeba zresztą powiedzieć, że na polskich stadionach nie było i nie ma rzetelnego systemu podawania dokładnej liczby widzów. Jeśli na Stadionie Narodowym jest 52 128 widzów, to trzeba zapytać czy w tej liczbie są też stewardzi, tajniacy zabezpieczający imprezę, dziennikarz, którzy wchodzą innym wejściem i inni goście. Podawanie wielkości co do jednej osoby jest bez sensu - uważa Gowarzewski.   

To nie wszystko, śląski wydawca i dziennikarz wspomina o tym, jak to w przeszłości liczono kibiców. 

- W latach 60. i 70. była podwójna tendencja, co do wysokości frekwencji. Pierwsza to propagandowa, a druga na użytek międzynarodowy. Propagandowa, bo wiadomo, liczna widownia oddziaływała na wyobraźnię. A międzynarodowa? Tu była tendencja do zaniżania liczby kibiców. Chodziło o to, że międzynarodowym organizacjom piłkarskim FIFA i UEFA nie trzeba było płacić za dużo z tytułu sprzedaży biletów. To tzw. świętopietrze sprawiło, że na przykład na meczu Polska - Holandia, na którym było 70 czy 80 tysięcy osób, to w oficjalnym protokole wpisano liczbę 22 000. Tak, żeby zapłacić jak najmniej - opowiada Andrzej Gowarzewski.  

Trzeci mecz w Wiedniu

Wracając do rywalizacji Górnika z Austrią, to zakończyła się ona dopiero na trzecim meczu. Dlaczego? Rewanż wiedeńczycy u siebie wygrali 1-0 i według ówczesnego regulaminu, w wypadku takiego samego wyniku dwumeczu rozgrywano kolejne, decydujące spotkanie. Wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji, nierozważni działacze Górnika zgodzili się na to, żeby ewentualne mógł on być rozegrany we... Wiedniu.      

- Prasa narzekała, w my byliśmy zadowoleni. Przez tydzień przebywaliśmy w dobrym hotelu pod Wiedniem. Świetne warunki, jedzenie i baza treningowa. Dla nas to był taki nieplanowany urlop, a jak pokazał ten trzeci mecz, to ten austriacki luft nam służył - mówi z uśmiechem Jan Kowalski.   

Górnik wygrał 2-1 po golach Ernesta Pohla i Jerzego Musiałka i awansował do 1/8 PEMK. Tam jednak nie udało się sforsować kolejnej przeszkody, jaką była Dukla Praga, w składzie której nie brakowało wicemistrzów świata z Chile 1962 roku, ze słynnym Josefem Maspoustem na czele. Pierwszy mecz Górnik wygrał wprawdzie na Śląskim 2-0, ale w Pradze lepszy był mistrz Czech, który zwyciężył 4-1.

Autor: Michał Zicharz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje