Transfery przeprowadzone między 3 a 9 września (koniec okna transferowego w Polsce) nie muszą być spóźnione z perspektywy całego sezonu. Będą jednak spóźnione w kontekście ośmiu najważniejszych spotkań w pucharach - sześciu na jesień i dwóch zimowych (Liga Europy rozgrywa dwa mecze w styczniu).
Polskie okno pozostanie otwarte, europejskie już nie
W przypadku Lecha trudno twierdzić, że klub nie wykorzystał letniego okna. Do Poznania trafili między innymi Luis Palma, Terry Yegbe, Mateusz Lis, Allahyar Sayyadmanesh i Gustav Berggren. Zwłaszcza wykupienie Palmy za rekordowe w historii klubu 4 mln euro oraz Yegbe (3 mln euro) pokazało, że mistrz Polski jest gotów przeznaczyć znaczące pieniądze na podniesienie jakości zespołu.
Niels Frederiksen ma obecnie wiele możliwości w ofensywie. Mikael Ishak wciąż jest jej punktem odniesienia, ale trener może korzystać także z Yannicka Agnero, Patrika Walemarka, Daniela Hakansa, Sayyadmanesha czy Palmy. Do tego dochodzą Pablo Rodriguez, Leo Bengtsson oraz Filip Jagiełło. W przednich formacjach Lech nie jest już uzależniony od jednego lub dwóch piłkarzy.
Poznaniacy mają również szeroki wybór w środku pola. Do Radosława Murawskiego, Antoniego Kozubala i Jagiełły dołączył Berggren, znający Ekstraklasę z występów w Rakowie. To transfer może mniej efektowny niż sprowadzenie Palmy, ale bardzo istotny właśnie w perspektywie gry na kilku frontach. Lech potrzebował zawodnika, który nie będzie wymagał wielomiesięcznej adaptacji i od razu może wejść do rotacji.
Najwięcej pytań dotyczy zabezpieczenia defensywy i bramki. Odstawienie Bartosza Mrozka sprawiło, że numerem jeden został Mateusz Lis, a za jego plecami pozostają bardzo młodzi bramkarze. W przypadku kontuzji lub obniżki formy podstawowego golkipera pole manewru Frederiksena będzie niewielkie.
Na środku obrony pierwsze wybory wydają się klarowne: Mateusz Skrzypczak i Terry Yegbe. W odwodzie pozostaje Alex Douglas, a niektórzy młodzi zawodnicy mogą być zgłaszani na liście B. Nie jest to sytuacja alarmowa, ale przy ośmiu meczach w Lidze Europy, spotkaniach ligowych i Pucharze Polski jedna dłuższa absencja może wyraźnie ograniczyć możliwości rotacji.
Lech ma więc kadrę, która pozwala myśleć o awansie do TOP 24. Pod względem ofensywnej jakości jest nawet lepiej przygotowany niż w poprzednich europejskich kampaniach.
Jagiellonia długo goniła, ale finisz miała efektowny
Sytuacja Jagiellonii wygląda inaczej. Gdy Lech zaczynał swoje działania na rynku, Jagiellonia była "w proszku". Gdy rozmawialiśmy jakiś czas temu o tej sytuacji z Adrianem Siemieńcem, przekonywał, że mimo braku transferów i pozornego "sypania się" drużyny z poprzedniego sezonu, praca nad wzmocnieniami trwa. I po czasie trzeba przyznać - efekty są imponujące. Jagiellonii być może pomogło odświeżenie struktur - odchodzącego do Widzewa Łukasza Masłowskiego, w roli dyrektora sportowego zastąpił Radosław Kucharski. Zmieniła się taktyka na rynku, co może być także efektem zarobionych pieniędzy w ostatnich latach - mniej jest wyszukiwania bardzo nieoczywistych piłkarzy, których transfer jest obarczony większym ryzykiem sportowym (za to mniejszym finansowym), więcej zawodników, po których wiadomo, na co ich stać. I którzy zaczęli już to udowadniać w eliminacjach Ligi Europy. Po awansie sytuacja jest jeszcze lepsza.
Ale po kolei. Transfery były przeprowadzane stopniowo. Do Białegostoku trafili Michał Perchel, Rodrigo Conceicao, Nik Prelec, Anders Klynge, Hampus Finndell, Jeremy Agbonifo i Ousmane Sow. W ostatnim dniu okna w największych ligach klub dołożył jeszcze Aleksandara Cirkovicia, wypożyczonego z Ferencvarosu z opcją wykupu.
To ruch bardzo charakterystyczny dla obecnej Jagiellonii. Cirković nie wymaga przedstawiania polskim kibicom. W poprzednim sezonie, grając w Lechii Gdańsk, zdobył sześć bramek i zanotował pięć asyst w 27 występach. Nie jest zawodnikiem sprowadzonym wyłącznie z nadzieją, że kiedyś dostosuje się do Ekstraklasy. Może pomóc od razu.
Podobnie wygląda sytuacja Sowa. Jagiellonia sprowadziła gracza, który w barwach Górnika Zabrze udowodnił, że potrafi robić różnicę w polskiej lidze. Agbonifo jest z kolei transferem o dużym potencjale - zawodnikiem, za którego Lens stosunkowo niedawno zapłaciło kilka milionów euro. Klynge i Finndell wzmacniają środek pola, a Prelec daje trenerowi kolejną opcję w ataku. I co ważne - wejście do drużyny ma tak dobre, że tęsknota za Afimico Pululu w ogóle już nie uwiera. Wśród wymienionych piłkarzy mamy szereg dobrych skrzydłowych - a przecież w 2026 rok białostoczanie wchodzili bez choćby jednego, który mógłby gwarantować konkrety. Zmiana jest kosmiczna.
To naprawdę wygląda dobrze
Paradoksalnie największym problemem Jagiellonii może nie być już liczba zawodników, lecz proporcje w kadrze. Adrian Siemieniec ma bardzo wiele wariantów w ofensywie. Do Jesusa Imaza dochodzą między innymi Sow, Agbonifo, Cirković, Kamil Jóźwiak, Prelec, Dimitris Rallis (choć tu wydaje się, że piłkarz jest na prostej drodze do odejścia z klubu) i Youssouf Sylla (dotychczas mający małe znaczenie w kadrze, ale akcja i gol z Rakowem pokazały, że to może się zmienić). Konkurencja jest duża, a część piłkarzy może występować na kilku pozycjach.
Defensywa też wygląda na nieźle przygotowaną. W kadrze są między innymi Dušan Stojinović, Yuki Kobayashi, Bernardo Vital, Apostolos Konstantopoulos, Guilherme Montoia, Rodrigo Conceicao, Miki Villar czy Cezary Polak, a do klubu powinien jeszcze przed zamknięciem złoszeń dołączyć doskonale znany na Podlasiu lewy obrońca Bartłomiej Wdowik.
To szczególnie istotne, bo Jagiellonia Siemieńca nie broni się poprzez głębokie ustawienie całego zespołu. Boczni obrońcy lub wahadłowi mają uczestniczyć w ataku, stoperzy muszą radzić sobie z dużą przestrzenią za plecami, a od środkowych pomocników wymaga się intensywności i odwagi w rozegraniu. W takim modelu nie wystarczy mieć zawodników zdolnych wypełnić skład. Potrzebni są piłkarze o odpowiednich cechach. Jagiellonia zbudowała szeroką i interesującą kadrę.
Kto może wypaść z europejskiej kadry?
Lista A na zgłoszeniach do Ligi Europy może liczyć maksymalnie 25 zawodników, ale jej rzeczywista pojemność zależy również od spełnienia wymogów dotyczących piłkarzy wyszkolonych w klubie i krajowej federacji. Jeżeli klub nie posiada odpowiedniej liczby takich graczy, nie może po prostu zastąpić ich kolejnymi obcokrajowcami - liczba dostępnych miejsc się zmniejsza.
Jagiellonia sprowadziła latem wielu zagranicznych zawodników, a Ćirković dołączył do zespołu tuż przed terminem zgłoszeń. Siemieniec i jego sztab mogą więc stanąć przed koniecznością pominięcia któregoś z seniorów. Naturalnymi kandydatami są piłkarze znajdujący się niżej w hierarchii, leczący urazy albo dublujący pozycje, na których trener dysponuje już kilkoma rozwiązaniami.
W Lechu sytuację ułatwia większa liczba wychowanków mogących znaleźć się na liście B. Michał Gurgul czy Wojciech Mońka nie muszą zajmować miejsc przeznaczonych dla seniorów, o ile spełniają wymagania UEFA. Pozwala to zgłosić praktycznie wszystkich najważniejszych piłkarzy pierwszego zespołu.
Awans nie może być tylko nagrodą
Oba polskie kluby już osiągnęły wynik, który jeszcze kilka lat temu zostałby przyjęty z ogromnym entuzjazmem. Lech i Jagiellonia zagrają jesienią w Lidze Europy, zarobią znaczące pieniądze i zmierzą się z rywalami z czołowych lig.
Zmieniły się jednak okoliczności i oczekiwania. Polska liga rośnie w rankingu UEFA, jej czołowe kluby dysponują coraz większymi budżetami, a faza ligowa daje więcej możliwości zdobywania punktów niż dawny system grupowy. Sam udział przestaje być wystarczającym sukcesem.
Lech wygląda na drużynę gotową jakościowo do walki o czołową dwudziestkę czwórkę, choć powinien obawiać się przede wszystkim problemów na bramce i środku obrony. Jagiellonia przeprowadziła efektowną końcówkę okna i stworzyła Siemieńcowi szerokie możliwości w ofensywie.
Wtorkowe listy nie przesądzą jeszcze, dokąd Lech i Jagiellonia dotrą w Lidze Europy. Pokażą jednak, że po awansie oba kluby naprawdę mocno przygotowały się do rywalizacji.











![Ekstraklasa: Wisła K. - Jagiellonia. O której i gdzie oglądać? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000N9LWPBF9088EC-C401.webp)
