Kanonada w Ekstraklasie. Marciniak w roli szeryfa VAR. Dwa gole "skasowane"
Lechia Gdańsk pokonała 4:2 Koronę Kielce w ostatnim meczu 27. kolejki Ekstraklasy. Goście przez ponad godzinę toczyli bój w osłabieniu po czerwonej kartce dla Konstandinosa Sotiriou. Mimo że przegrywali już różnicą trzech goli, zrobili z końcówki spotkania prawdziwy thriller. Dowodzący zespołem VAR Szymon Marciniak miał mnóstwo pracy. Aż trzy gole zostały anulowane - w jednym przypadku... decyzję cofnięto.

Lechia przystępowała do tej konfrontacji z żądzą odwetu za jesienną porażkę w Kielcach 0:3. Przy okazji chciała uciec nieco dalej od strefy spadkowej. Dystans raptem czterech punktów generował spory dyskomfort.
Kielczanie mieli świadomość, że meldują się na obiekcie najbardziej bramkostrzelnej ekipy Ekstraklasy. W dodatku dwa ostatnie spotkania na obcym terenie kończyli bez punktu. Niewiele wskazywało, że będą w tym starciu dominować, mimo że w tabeli plasowali się trzy szczeble wyżej.
Lechia - Korona. Egzekucja na Wybrzeżu. VAR "kasuje" bramkę, ale potem cios za ciosem
Systemem VAR dowodził w tym spotkaniu Szymon Marciniak. Interweniować musiał już w pierwszym kwadransie. I od razu z radyklanym efektem końcowym.
W sprawdzanej akcji piłkę do bramki gości bezpośrednio z rzutu rożnego skierował Aleksandar Cirković. Gol nie został jednak uznany. Wideoweryfikacja wykazała, że chwilę wcześniej Tomasz Bobczek faulował stojącego między słupkami Xaviera Dziekońskiego.
Kilka chwil później ci dwaj piłkarze ponownie stanęli oko w oko. Uderzenie z półwoleja w wykonaniu Słowaka było potężne, ale golkiper Korony popisał się skuteczną paradą. Przewaga gdańszczan rosła jednak z minuty na minutę.
Efekt? W 19. minucie było 1:0. Po nieudolnej interwencji kieleckich defensorów spod linii końcowej futbolówkę na piąty metr odegrał Camilo Mena. Tam dopadł do niej Cirković i tylko dopełnił formalności.
Nie minęło półgodziny gry, a do kolejnej sytuacji strzeleckiej doszedł Bobczek. Tym razem z pola bramkowego uderzył nad poprzeczką. Ale... do akcji ponownie wkroczył VAR.
I tym razem decyzja okazała się dla gości niekorzystna. Napastnik Lechii był faulowany. Rzut karny i czerwona kartka dla Konstandinosa Sotiriou!
Niezawodnym egzekutorem "jedenastki" okazał się Bobczek. W ten sposób w klasyfikacji strzelców zrównał się z liderującym samodzielnie przez kilka godzin Karolem Czubakiem z Motoru Lublin. Obaj mają na koncie po 15 trafień.
Przed przerwą 24-letni snajper pokonał jeszcze Dziekońskiego strzałem głową, ale bramka nie została wpisana do protokołu z powodu ewidentnego ofsajdu. Druga połowa zapowiadała się dla kielczan na drogę przez mękę.
Po zmianie stron do pogromu jednak nie doszło. Grający w osłabieniu goście bronili się tyleż skutecznie, co szczęśliwie. Zaczęli nawet trafiać do siatki. To jednak nie wystarczyło, by odwrócić losy spotkania.
Lechia nie zadowoliła się dwubramkowym prowadzeniem. Konrad Matuszewski uchronił Koronę przed stratą kolejnego gola, wybijając piłkę tuż sprzed linii bramkowej, ale jeszcze przed upływem kwadransa zrobiło się 3:0. Tym razem z linii pola karnego precyzyjnie przymierzył Rifet Kapić.
W tym momencie w szeregi gdańszczan wkradło się rozprężenie. W efekcie stracili dwie bramki. Z ostatnich minut potyczki zrobił się thriller.
Oba gole padły w końcowym kwadransie. Najpierw kontaktowe trafienie z rzutu karnego zaliczył kapitan Dawid Błanik. Potem na listę strzelców wpisał się Pau Resta - początkowo arbiter odgwizdał pozycję spaloną, ale po kolejnej analizie VAR ostatecznie wskazał na środek boiska.
Ostatnie słowo należało jednak do wybrańców Johna Carvera. W doliczonym czasie gry rezultat starcia na 4:2 ustalił Dawid Kurminowski. Gdyby nie ujemne punkty na starcie sezonu (-5) Lechia traciłaby dzisiaj do lidera tabeli już tylko trzy "oczka".













